środa, 15 listopada 2017

Nicholas Sparks - "We dwoje"

Jeżeli mam wskazać swoją ulubioną autorkę, to zawsze mam z tym problem i nie potrafię wybrać jednej osoby. Jednak jeśli chodzi o autora, tutaj nie mam żadnych wątpliwości. Nicholas Sparks. Już od jego pierwszej książki przeczytanej przeze mnie (Jesienna miłość) jestem jego wielką fanką. Nie oznacza to jednak, że znam już wszystkie jego powieści. Jest kilka takich, po które nie miałam okazji sięgnąć. Jednak gdy tylko zobaczyłam zapowiedź jego najnowszej książki, wiedziałam, że muszę ją od razu przeczytać. I tak też się stało. Jak zwykle spodziewałam się czegoś genialnego. A co otrzymałam? Czytajcie dalej! 

O to właśnie chodzi w życiu, pomyślałem. O miłość, śmiech i przyjaźń; radosne chwile spędzone z tymi, na których ci zależy.


32-letni Russell Green ma wszystko: wspaniałą żonę, uroczą 6-letnią córkę, prestiżową posadę dyrektora reklamy w dużej firmie oraz wygodny dom w Charlotte. Jego życie przypomina piękny sen, a szczęście skupia się wokół jego miłości, Vivian. Ale na lśniącej powierzchni idealnej bańki mydlanej zaczynają pojawiać się rysy… Ku rozpaczy i zaskoczeniu Russa, jego życie niespodziewanie wywraca się do góry nogami. W ciągu kilku miesięcy traci żonę i pracę. Musi zająć się córką i zaadaptować się do nowej rzeczywistości. Przyjdzie mu zmierzyć się z nieznanym, pokonać własne słabości, sięgnąć po umiejętności, z których nigdy nie korzystał. Czeka go wielki emocjonalny test, ale też… niespodziewana nagroda.

Nie jest to najlepsza książka autora, jaką miałam okazję czytać.
Przez długi czas czytania miałam ochotę po prostu ją zostawić i zabrać się za inną lekturę. Jednak zostałam zdopingowana do dokończenia tej historii, więc w łóżku, pod kocykiem, z dużą paczką chusteczek (chora byłam, nie to, że aż tak wzruszająco było) zabrałam się za kontynuowanie powieści. I muszę przyznać, że to była dobra decyzja. Otrzymałam nagrodę, dokładnie tak jak nasz bohater. Początek niestety dla mnie był bardzo nudny i słaby, po prostu. Historia rozkręca się dopiero gdzieś w połowie książki, jednak potem jest już dużo, dużo, dużo lepiej. I dzięki temu nie muszę Wam pisać, że się zawiodłam totalnie na swoim ukochanym autorze.

Pierwsze na co muszę zwrócić uwagę to bohaterowie. Vivian i Russell, bo to. na nich się głównie skupię. Niby małżeństwo, a jakby z dwóch krańców świata. Zupełnie dwie różne osoby, różne charaktery, osobowości. Nie mam pojęcia jak to się stało, że oni zostali małżeństwem, czy może ludzie tak po prostu strasznie potrafią się zmienić. 


Vivian to taka księżniczka. Zakupy, fryzjer, kosmetyczka - to dla niej idealna sobota. Zawsze wszystko musi być tak, jak ona chce, a jeżeli jest nie po jej myśli, wtedy następuje wielka obraza i "fochy" stulecia. To karierowiczka, dla której najważniejsze są pieniądze, które lubi mieć, a jeszcze bardziej lubi wydawać. W stosunku do London, sześcioletniej córki jest naprawdę bardzo dobrą, kochającą mamą. Jednak gdy rozpoczyna nową pracę, mam wrażenie, że ją zaniedbuje. Poznaje nowych ludzi, dużo czasu spędza ze swoim szefem, z którym...no właśnie, zaczynają ją łączyć również inne relacje, nie tylko zawodowe. Dla Russa jest okropna. Taki wstrętny babsztyl, który potrafi wytknąć każdy, nawet najmniejszy błąd drugiej osobie, a sama w sobie nie widzi żadnej winy. To chyba jedna z najbardziej denerwujących bohaterek, z jakimi miałam okazję się spotkać. Nawet nie wiecie co czułam, gdy tylko ta kobieta pojawiała się na kartach powieści. Miałam ochotę zrobić jej coś złego. (Gośka, stop. Już wiemy, że jej bardzo nie lubisz.)

Russell to jej totalne przeciwieństwo. Jest marketingowcem, założył swoją własną agencję reklamową i szuka klientów. Odkąd Vivian postanowiła pójść do pracy, jego życie zmieniło się o 180 stopni. Musiał przejąć obowiązki żony, czyli opieka nad London, pranie, gotowanie, sprzątanie. Dla niego to zupełnie nowa sytuacja i z początku nie bardzo sobie radzi w tej sytuacji. Jednak bardzo kocha swoją żonę i zrobi wszystko, aby ta była szczęśliwa. Zupełnie nie zauważa tego, w jaki sposób ona go traktuje. Jednak z biegiem czasu ich relacje zaczynają się zmieniać. Odsuwają się od siebie, Vivian w większości czasu nie ma w domu. Russ chce zrobić wszystko, aby uratować to małżeństwo, jednak ona w pewnym momencie oświadcza, że to koniec i wyprowadza się z domu. Dla Russella to totalne zaskoczenie, cios w samo serce. Nie może się pozbierać, jednak wie, że musi zająć się córką i chce zrobić to najlepiej jak potrafi. 

Tak jak wspominałam na początku, pierwsza połowa książki dla mnie była po prostu nudna. Nic specjalnego się nie działo. Akcja toczyła się bardzo wolno, za wolno. Wynudziłam się okropnie. Dopiero po połowie zaczęło się robić interesująco i z wielką ciekawością czytałam i czekałam na to, co będzie dalej. I muszę przyznać, że nie wydarzyło się w tej książce nic, czego bym się nie spodziewała. Niestety, książka jest przewidywalna. Jednak dla mnie nie jest to absolutnie żaden minus. Po prostu znam już na tyle twórczość Sparksa, że wiem, czego mogę się spodziewać. Chociaż mogę przyznać, że zachowanie Vivian na końcu jednak trochę mnie zaskoczyło. 


"We dwoje" to piękna książka o relacjach na linii ojciec - córka. Wspaniale było czytać o tym, jak spędzają wolny czas, jak Russ troszczy się o swoją małą córeczkę i jak bardzo ona kocha swojego tatusia. Mimo, iż wychowywał ją praktycznie sam, dał radę! Był w stanie pogodzić swoją pracę, codzienne obowiązki i wychowanie córki, a także spędzanie z nią każdej wolnej chwili. Tak jak mówią, że pierwszą miłością dziewczyny powinien być ojciec, tak tutaj bez wątpienia jest to widoczne gołym okiem. Dziewczynka uwielbia swojego ojca, który jest w stanie zrobić dla niej wszystko. 

Poza relacją z London, wspaniale została również ukazana jego relacja ze starszą siostrą, Marge. Ich wzajemna miłość, oddanie i gotowość do pomocy w każdej sytuacji rozczuliła mnie. Miłość, którą darzyli się przez dzieciństwo i nastoletni okres, nie zmalała w żadnym wypadku. Nadal, tak jak kilkanaście lat temu są gotowi zrobić dla siebie wszystko. 

"We dwoje" to książka o pokonywaniu swoich granic, o miłości - zarówno do płci przeciwnej, do dziecka, rodziców i rodzeństwa. Piękna historia o losach Russa i jego najbliższych. Autor nie byłby sobą, gdyby nie dodał do tego tragedii, bólu, straty. Taka mieszanka to zdecydowanie wspaniała lektura na jesienno-zimowe popołudnia. Nie przestraszcie się tego początku, o którym wam mówię. Naprawdę nie jest tak źle, a później autor wynagradza nas przepiękną historią, od której wprost nie można się oderwać. I mimo, że nie jest ona może najlepszą książką tego autora, to i tak myślę, że warto ją przeczytać. Mnie się bardzo podobała i nie żałuję, że po nią sięgnęłam.