wtorek, 21 marca 2017

"Szept wiatru" Sylwii Trojanowskiej - fragment nr 8.


Od równo tygodnia na blogach książkowych możecie czytać po kolei fragmenty "Szeptu wiatru" Sylwii Trojanowskiej. Dzisiaj przyszła pora na mój, ósmy fragment. Jeśli nie mieliście okazji czytać od początku, podaję Wam kolejne blogi:


Turkusowa sowa



— To wcale nie było mądre — skwitowała Zośka, kiedy żegnałyśmy się, stojąc przed autem.
Zabraliśmy ją spod tej piekielnej bramy na drugą stronę „Trójkąta Bermudzkiego”, skąd sobie tylko znanymi przejściami przedostawała się do swojej oficyny.
— Oni z reguły nie cackają się z takimi jak ty. Mogli ci naprawdę zrobić krzywdę.
— Wiem, ale nic nie poradzę, że coś we mnie wstąpiło.
— Naprawdę to nagrałaś? — Zaprzeczyłam ruchem głowy. — Jesteś sprytna! Zaskoczyłaś go!
— Aha.
— Oni do tej pory mnie nigdy nie zaczepiali.
— Serio? To był pierwszy raz?
— Tak. Pierwszy. Pewnie dlatego, że zazwyczaj to mój ojczym z nimi w bramie stał, a odkąd go nie ma, Juliusz przejął dowodzenie.
— Ten typ ma na imię Juliusz? Jezu… Słowacki by się w grobie przewrócił! — Pogładziłam Zośkę po ramieniu. — Mieszkasz w strasznym miejscu, nie zazdroszczę ci.
— Ostatnio trochę się pogorszyło. Częściej przyłażą pod moją bramę, bo stąd nikt ich nie przegania. Czasami wystają pod nią całymi dniami.
— Nigdy więcej nie będę narzekała na swoją ulicę.
— Ja myślę! — Zośka zerknęła do samochodu. — Leć do matki, może musisz jej pomóc. Twój ojciec nieźle oberwał.
Mój ojciec rzeczywiście zaliczył potężny cios, który na dodatek urósł w oczach mojej matki do ciosu niemal śmiertelnego i to zadanego ręką dwa razy większego mężczyzny. Miałabym wątpliwości co do śmiertelności tego ciosu oraz gabarytów przeciwnika, ale postanowiłam nie umniejszać rangi tego wydarzenia.
— Byłeś taki bohaterski, Robercie! — powtarzała. — Ty też, Kasiu, choć uważam, że niepotrzebnie się narażałaś. Mogli ci coś zrobić!
— Tato sam powiedział, że trzeba działać, więc… natchnął mnie i zadziałałam — odpowiedziałam, choć o żadnym natchnieniu mowy być nie mogło.
— Moja krew… — odparł ojciec.
— Bo to twoja córeczka — dodała matka.
— Córeczka… — wymruczał niemal niesłyszalnie ojciec, ale ja doskonale usłyszałam to jakże obce w jego ustach słowo.
Ojciec spojrzał na mnie w lusterku wstecznym. Nie uśmiechnął się, choć pewnie w normalnych rodzinach ten serdeczny grymas stanowiłby całkowicie naturalną reakcję. My jednak nie tworzyliśmy normalnej rodziny. W normalnej rodzinie słowo „córeczka” w ustach ojca po prostu istnieje, szczególnie kiedy ta „córeczka” jest dzieckiem. Ja jednak nawet kiedy byłam mała, tego pieszczotliwego określenia nie doświadczałam, zazdroszcząc koleżankom, które miały to na co dzień. Od zawsze w ustach ojca byłam po prostu Katarzyną, tylko Katarzyną.
Nagle wszystko dookoła stało się nieważne, zapomniałam o tym, co przed chwilą się działo, o pyskówce, o zagrożeniu i o przypływie odwagi. Nagle byłam tylko ja i mój ojciec, i nasze spojrzenia, choć dalekie, to jednocześnie niemożliwie bliskie. Lampiłam się w jego odbicie, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszałam. Ojciec przymknął oboje oczu, głęboko westchnął i jeszcze raz spojrzał na mnie w lusterku. Nieznacznie pokiwał głową. Nie wiem, czy słusznie, ale odebrałam to jako przeprosiny za tak późne zwrócenie się do mnie w sposób jak najbardziej właściwy, w sposób należny każdej niewinnej istotce, którą zapewne i ja w dzieciństwie byłam.
Moje ciało przeszył dreszcz, który był chyba wyrazem ulgi i radości, spowodowanej krótkim, ale jakże brzemiennym w skutki słowem „córeczka”.

Kolejny fragment pojawi się jutro u Klaudii -  porozmawiajmy-o-ksiazkach.blogspot.com