sobota, 3 grudnia 2016

Saroo Brierley - "Lion. Droga do domu"




























Dwadzieścia pięć lat rozłąki.

Ponad milion kilometrów kwadratowych do przeszukania.
I chłopiec, który zrobi wszystko, aby po latach odnaleźć utraconą rodzinę.

Pięcioletni Saroo zostaje sam na dworcu kolejowym. Szukając starszego brata, wsiada do przypadkowego pociągu i zmęczony… zasypia. Budzi się półtora tysiąca kilometrów od domu, w pięciomilionowej Kalkucie.

Nie pamięta, skąd pochodzi, nie wie, jak wrócić. Walczy o przetrwanie w jednym z najbardziej przerażających miast świata. Śpi na brudnych ulicach, ucieka przed gangami żebraków. Adoptowany, trafia do dalekiej Australii.

Mija dwadzieścia pięć lat. Myśl o odnalezieniu prawdziwej rodziny nie daje Saroo spokoju.
Ma jednak tylko okruchy wspomnień.
I technologię XXI wieku, która przyjdzie mu z pomocą.



Historia, która zdarzyła się naprawdę. Jeśli opis książki, Was nie zachęcił do sięgnięcia po nią, mam nadzieję, że mi uda się to zrobić. Naprawdę jest to historia godna poznania i polecenia.



Rzadko czytam książki przedstawiające prawdziwą historię bohatera. Zazwyczaj mam do czynienia z fikcją literacką, w której autor bardziej lub mniej realistycznie przedstawia wymyśloną przez siebie historię. Tym razem było inaczej. Wszystko, co zostało napisane wydarzyło się naprawdę. Chociaż czasem bardzo trudno było mi w to uwierzyć, historia, którą opisuje Saroo Brierley miała miejsce w rzeczywistości. To właśnie on przeżył coś, co potem postanowił opisać w książce. 




























Indie to jeden z najbardziej zaludnionych krajów na świecie. Bieda, głód, ubóstwo i śmierć towarzyszy mieszkańcom na każdym kroku. Saroo pochodzi z bardzo biednej rodziny. Ojciec opuścił ich i wychowaniem jego i trojga rodzeństwa zajmuje się matka, która robi wszystko, aby zarobić na ich wyżywienie. Haruje od świtu do nocy na budowie, aby jej dzieci miały co jeść. Starsi bracia również pomagają zdobywać pieniądze, a Saroo opiekuje się najmłodszą siostrą. Pewnego dnia wyrusza z najstarszym bratem do miasta. Gubi się, wsiada do pociągu, zasypia i budzi się w zupełnie obcym miejscu, daleko od domu i próbuje przetrwać. 

Historia przetrwania najbardziej mnie zaskoczyła. Opisy każdego dnia, tego, jak mały, pięcioletni chłopiec musiał walczyć o przeżycie, przyprawiały mnie o dreszcze. Dziecko, dla którego każdy dzień był wielką niewiadomą, musiało uczyć się przetrwania. Pięcioletni Saroo został sam, bez rodziny, bez pieniędzy, jedzenia i dachu nad głową. W wielkim, pięciomilionowym, niebezpiecznym miejscu, gdzie niebezpieczeństwo czyhało na niego na każdym kroku. Jednak Saroo nie poddaje się. Postanawia walczyć. Musi odnaleźć drogę do domu, ale przede wszystkim musi przeżyć. 

Przeżycia Saroo czyta się z zapartym tchem. Nie mogłam się oderwać od lektury nawet na chwilę. Opisy jego "szkoły przetrwania" sprawiły, że książkę czytało się ekspresowo. Nie mogłam jednak uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę. Że to wszystko spotkało pięcioletnie dziecko. Ile trzeba siły i przede wszystkim odwagi, aby przeżyć to, co przeżył Saroo. Nam trudno jest to sobie wszystko wyobrazić, jednak ta historia wydarzyła się naprawdę. Saroo nie miał łatwego dzieciństwa zanim trafił do rodziny zastępczej do Australii. 

To bardzo poruszająca książka. Tak jak wspominałam, czyta się ja rewelacyjnie i jest bardzo wciągająca. Początkowe perypetie związane z walką o przetrwanie, a potem poszukiwania domu i rodziny bardzo mnie poruszyły. Podczas czytania, zwłaszcza na początku miałam w głowie tylko jedno: "wow, nie wierzę, jak to możliwe? Jak to się mogło stać? Jakim cudem taki mały chłopiec to wszystko przeżył?". I początkowo było genialnie. Nie mogłam przestać jej czytać, nie mogłam się oderwać, byłam zachwycona. 




























Potem niestety wszystko pękło, jak bańka mydlana. Cały mój zachwyt nad książką niestety prysł. Autor wydłużał tę powieść jak tylko się dało, stosując zupełnie niepotrzebne opisy. Miałam wrażenie, że już to czytałam. Końcówka, to same żmudne, długie opisy, bez których książka naprawdę byłaby dużo lepsza. Saroo Brierley do tego stopnia przesadził z prezentacją wszystkiego wokół, czego tylko się dało, że czytając zakończenie, zasnęłam z książką w ręce. Przy samym końcu, przy prawie najważniejszej części historii, ja po prostu zasnęłam, zamiast być zaciekawioną jak to wszystko się skończy. 

Na usprawiedliwienie mogę powiedzieć tyle, że Saroo Brierley nie jest pisarzem. Po prostu spisał swoje wspomnienia, aby każdy, kto tylko chce mógł poznać jego historię, która jest naprawdę niesamowita. 

Wykonanie nie jest rewelacyjne, ale to nie to jest w tym wszystkim najważniejsze. Najważniejsza jest historia, którą przeżył autor i z którą chciał się podzielić. A ona naprawdę jest godna poznania i polecenia. Historia jest cudowna, poruszająca i wstrząsająca, dlatego mam nadzieję, że sięgnięcie po "Lion. Droga do domu" i spodoba Wam się chociaż w połowie tak jak mi. 

Poza samą historią, do przeczytania zachęca również okładka, która jest przepiękna. Nie mogę się na nią napatrzeć. Widziałam różne inne, które zostały wydane w innych krajach i nasza absolutnie jest najpiękniejsza. 


Wczoraj również do kin wszedł film - "Lion. Droga do domu", który został nakręcony na podstawie właśnie tej książki. Jestem jego bardzo ciekawa. Na pewno będę chciała go obejrzeć jak najszybciej i mam nadzieję, że spodoba mi się w podobnym stopniu jak książka. Jeśli tylko uda mi się go obejrzeć, dam Wam znać, jakie jest moje zdanie na jego temat i co wypadło lepiej. Książka, czy film?