piątek, 22 stycznia 2016

Miriam Collee - „W Chinach jedzą księżyc”



          Kultura azjatycka zawsze mnie interesowała. Zaczęło się od anime, później pojawiła się fascynacja Japonią, następnie moja uwaga zwróciła się na Koreę, i tak oto skończyłam z książką o Chinach w ręce. Jest to kultura szczególnie różna od europejskiej. Co więcej najmniej nam znana. Oglądamy wiele europejskich i amerykańskich filmów, jednak produkcje azjatyckie są rzadkością. Faktem jest, iż ostatnio takowe zaczęły się pojawiać, a jednak dalej tak naprawdę niewielkie mamy pojęcie o tamtejszej rzeczywistości i tradycjach. Zachęciło mnie to, że będę miała okazję przeczytać historię dosłownie z życia wziętą, a nawet zabarwioną humorem. Jak już wiecie - to jest coś, co bardzo lubię i cenię. Z zapałem zabrałam się za lekturę i mimo burz, których ostatnio wiele przeżyłam, a jeszcze więcej przede mną, udało mi się w końcu skończyć.
         Miriam i Tobias prowadzą spokojne życie w Niemczech. Mają piękny dom, ciekawą pracę, dobry samochód, a przede wszystkim nie mogą się nacieszyć najukochańszą córeczką Amelie.
Wiadomość o pracy w Szanghaju przychodzi znienacka. Jak to, przenieść się do Chin?
Przeprowadzka do Azji wydaje się być szalonym ale jakże oryginalnym pomysłem. Przeczytane książki i przewodniki dają im pewność, że nic nie jest takie straszne, jak się wydaje!
Na miejscu okazuje się, że tak naprawdę o Chinach nie wiedzieli nic!
Zapchane toalety, problemy z chińskimi „złotymi rączkami”, niedziałająca klimatyzacja, oszukujące opiekunki, szaleni taksówkarze, niezrozumiały język, – wszystko to spotyka Miriam i Tobiasa, którzy nie sądzili, że nowe miejsce przysporzy im tylu przygód!



- Dlaczego do niej nie zagadnąłeś? - zapytał Tobi.
- Zagadnąć obcą dziewczynę - Liwei potrząsnął głową. - To niemożliwe. 
- Nigdy? - dopytywał się mój mąż.

- Może w sytuacji ekstremalnej. Liwei zastanowił się chwilę, a potem dodał wyjaśniająco: - Podczas trzęsienia ziemi czy czegoś podobnego. 

         Właściwie od początku wyraźnie widoczne jest zderzenie obu kultur: europejskiej i azjatyckiej, a różni nas nie tylko język i wygląd. Przede wszystkim posiadamy odmienną mentalność. W zupełnie inny sposób obieramy i spoglądamy na różnego rodzaju sprawy. Miriam nieraz „opadała szczęka”, kiedy obserwowała co się wokół niej dzieje, przyznam że i ja miewałam momenty, kiedy musiałam swoją pozbierać z podłogi. Chińczycy są narodem, którego nie da się opisać w kilku słowach. Sądzę nawet, że w pewnych sferach nie sposób ich zrozumieć.  A raczej jest to nie możliwe na tak wczesnym etapie, na którym znajdują się bohaterowie - a my razem z nimi. Nic w tym dziwnego, ponieważ patrzymy na ten kraj i jego mieszkańców przez pryzmat znanej nam rzeczywistości. 
         Chiny zostały zaprezentowane od strony codziennej. Po prostu zostaje przybliżone jak wygląda tam życie. Co ciekawe w osłupienie mogą wprowadzić nas najzwyklejsze rzeczy: jak wizyta u lekarza, podejście do pracy fachowców czy obyczajowość. Jest to świat, w wielu aspektach podobny do naszego, a jednocześnie jakże odmienny. I to jest najbardziej niezwykłe. Śledząc perypetie Miriam i jej rodziny, bywałam oniemiała z wrażenia a jednocześnie chciałam wiedzieć coraz więcej. Najbardziej jednak zaskakujące wydaje mi się to, że z tej pozycji wyłania się niezbyt pochlebny i pozytywny obraz Chin. Przynajmniej ja tak to odebrałam. Życie Miriam, Tobiasa i Amelie w Państwie Środka to pasmo nieszczęść i absurdów. Zdarzało mi się myśleć: „Kobieto, co ty tam jeszcze w ogóle robisz?”, Trudno mi stwierdzić, co tutaj nie zadziałało. Po przeczytaniu tej książki jestem bowiem jednocześnie zafascynowana i zniechęcona. Współczułam głównej bohaterce i doznałam wielkiego szoku,  kiedy okazało się, że ona ten kraj pokochała. Na palcach jednej ręki mogłabym zliczyć pozytywy życia w Chinach, opierając się na historii autorki, skąd więc sentyment? Nie wiem. Chyba właśnie tak działa Państwo Środka. Bohaterkę spotykało wiele nieprzyjemnych rzeczy, które i mnie zmierziły, a jednak ona ten kraj pokochała, a ja mam ochotę go zobaczyć i spojrzeć na niego własnymi oczyma. 


Dla uczczenia przyjazdu rodziców poprosiłam Guiling, żeby na kolację kupiła na targu świeże krewetki. Dopiero co nauczyłam się, jak jest „świeży” po chińsku. 
- Xinxian de xia - powiedziałam, a ona wskoczyła na swój rower górski i wróciła z wielką niebieską torbą. 
- Mamo, patrz! Torba umie biegać! - wykrzyknęła na jej widok Amelie. 
- Heng xinxian, bardzo świeże. 

Potem wrzuciła dwa kilo żywych krewetek do zlewu. Wzięła nożyczki, którymi Amelie robi wycinanki, i po kolei zaczęła obcinać im głowy. Moi rodzice gapili się na to z otwartymi ustami. A Guiling śmiała się tak mocno, że chwiały się ściany. 

          W Chinach jedzą księżyc czytało się szybko,nawet przyjemnie, natomiast chwilami spojrzenie pisarki na Państwo Środka wprawiało mnie w pewien dyskomfort. Jak już wspomniałam - nie wiem czy Miriam Collee zachęca odbiorów do odwiedzin tego kraju, czy może stara się od tego odwieść innych Europejczyków. Ja odebrałam wiele sprzecznych sygnałów. Co więcej postawa głównej bohaterki nie do końca mi się podoba. Może wynika to z faktu, że ona jest Niemką a ja Polką i mimo wszystko zupełnie inaczej postrzegamy  pewne rzeczy, jednak bywały momenty, w których nie mogłam pojąć jej postępowania lub ją zwyczajnie potępiałam. 

          Uważam również za dyskusyjne stwierdzenie, że jest to opowieść zabawna. Mnie niezbyt rozweseliła. Oczywiście bywały momenty, kiedy parskałam śmiechem. Było ich jednak mniej niż więcej. Jak już wspominałam, przez większość lektury znajdowałam się w stanie permanentnego zdumienia.  Niemniej wielu czytelników bawiło się przednio, zatem wina może tutaj leżeć po mojej stronie, nie autorki. 

Cztery, po chińsku „si”, wymawia się tak samo jak słowo oznaczające śmierć. Dlatego w chińskich wieżowcach nie ma czwartego, czterdziestego i czterdziestego czwartego piętra. Nikt nie kupiłby na nich mieszkania. Moja umowa na telefon komórkowy była o połowę tańsza niż inne, bo zgodziłam się na numer, w którym trzy razy występowała cyfra cztery, a ani razu szczęśliwa ósemka. W zamian numer z sześcioma ósemkami zlicytowano w prowincji Syczuan za dwa miliony trzysta tysięcy juanów (około dwustu trzydziestu trzech tysięcy euro.)

          Podoba mi się, że zwrócono uwagę na problemy społeczne, które są rozpisane nie tylko w liczbach, ale i zostały podparte relacją sytuacji, które rzeczywiście miały miejsce. Miriam Collee podaje statystyki i opisuje zjawiska, które budzą smutek. Samobójstwa, depresje, zanieczyszczenia, choroby, skandaliczne warunki sanitarne... wszystko to jest na porządku dziennym. Mimo to Chiny w pokrętny sposób sprawiają wrażenie niezwykle barwnego kraju. Doceniam również to, że w powieści pojawia się głos Chińczyków, który rzuca światło na dotychczas niezrozumiałe dla mnie kwestie. 

         Jestem zaskoczona, że ta książka wzbudziła we mnie tyle sprzecznych emocji - zupełnie się tego nie spodziewałam. Nie potrafię ocenić czy autorka wiernie oddała obraz Chin, musiałabym tam być, mimo to uważam, że jest to ciekawa pozycja. Ucieszyło mnie, że choć statystyki i ciocie oraz wujkowie "dobre rady" mylili się w pewnej kwestii, a mianowicie podróż do Państwa Środka bynajmniej nie rozbiło małżeństwa Miriam i Tobiasa. Mężczyzna nie dał się skusić żadnej młodej, ponętnej i, nie ukrywajmy, zdesperowanej Chince. Ich relacja się pogłębiła i uległa wzmocnieniu. To pokrzepiające. Zdecydowanie zachęcam do zapoznania się z tą książką wszystkie osoby, które tym krajem się interesują, bowiem sporo możemy dowiedzieć się nie tylko o specyfice Chin, ale i o tradycjach, obyczajach i normach społecznych. 



Autor: Miriam Collee
Tytuł: W Chinach jedzą księżyc
Wydawnictwo: Pascal
Data wydania: 19 marca 2014
Liczba stron: 304
Ocena: 6/10


Za egzemplarz serdecznie dziękuję księgarni: