środa, 29 kwietnia 2015

Michał Rutkowski - "Wynalazca szczęścia"




Wydawałoby się, że ta książka to po prostu rozmowa chłopca z dziewczynką. Dwoje dzieci, nic nadzwyczajnego, jednak tematy jakie poruszają i sposób w jaki chłopiec się o nich wypowiada dają do myślenia. 
To filozoficzna książka, pierwsza w moich dotychczasowych odkryciach. Nigdy jakoś szczególnie nie interesowały mnie te tematy, ta książka miała być taką eksperymentalną, byłam ciekawa jakich odpowiedzi udziela na pytania o sens życia, o miłość, dobro, czy zło. 

Główny bohater - chłopiec w bardzo obrazowy sposób przedstawia swojej przyjaciółce problemy współczesnego świata, które dotykają go już od wieków. Bardzo spodobało mi się to, że o tak poważnych sprawach rozmawiają dzieci, dzięki temu książka od razu staje się ciekawsza i patrzy się na nią z lekkim uśmiechem na ustach. 

Jest jeden minus, przez te ciągłe rozterki i rozmyślania, książka sprawia, że nie da się jej ciągle czytać, przynajmniej ja nie potrafiłam. Wracałam do niej kilkakrotnie. Może to nic złego, a może tylko mnie to dotyczy, jednak uważam, że niektóre sprawy warto sobie na spokojnie, z dystansem przemyśleć. 

Przygoda chłopca i dziewczynki ciągnie się przez całą książkę, podczas wspólnie spędzonych chwil rozmawiają o życiu jak dorośli ludzie, jednak sytuacje w jakich się znajdują pozwalają spojrzeć na świat optymistycznie. Zagłębiając się w ludzką duszę, odkrywają kolejne tajemnice i przedstawiają je z różnych punktów widzenia. 

Mimo, że chłopiec jest tutaj głównym bohaterem i to on jest raczej optymistą, to ja bardziej skłaniam się ku dziewczynce, która często sprowadza swojego przyjaciela na ziemię, jest realistką. Być może odnalazłam w niej siebie i to dlatego jest mi bliższa. Nie lubię zbyt długo bujać w obłokach, lecz w tej książce trochę się zapomniałam i dobrze mi to zrobiło. Polecam!


Za możliwość przeczytania książki, dziękuję:
Znalezione obrazy dla zapytania novaeres







poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Tadeusz Borowski - "Wybór Opowiadań"





"Opowiadania" to kolejna lektura, z którą przyszło mi się zmierzyć przed maturą. Jest to zbiór kilku opowiadań, w których autor ukazuje obraz wojny. Jednak Borowski nie robi tego, co wszyscy. Pokazuje rzeczywisty obraz obozów pracy, całkiem inny od tego, co dotychczas zostało ukazane.

Miałam do czynienia z pięcioma utworami. Każdy z nich był inny, a jednak łączyło ich jedno - II wojna światowa, życie przepełnione strachem i udrękami.
Głównym bohaterem każdego opowiadania jest Tadek, młody chłopak, mający marzenia i plany na przyszłość. Jednak musiał się zmierzyć z brutalną rzeczywistością, jaka dotknęła jego, a także jego najbliższych.
Wielu myliło ów Tadka z samym autorem. Mimo licznych podobieństw trzeba oddzielić obie te postacie.

"Pożegnanie z Marią" to zapowiedź problematyki, z jaką zmierzył się Borowski. Przedstawia obraz okupowanej Warszawy. W ludziach budzi się instynkt przetrwania, zanikają uczucia wyższe. Warszawiacy na każdym kroku odczuwają strach i niepewność jutra. Bo przecież każde wyjście na ulicę może skończyć się łapanką i wywiezieniem do obozu, gdzie czekała śmierć. Właśnie w tym utworze poznajemy przyjaciół Tadka, a także jego narzeczoną, Marię. Mimo otaczającej ich rzeczywistości starają się żyć normalnie. Tadeusz pisze wiersze, wraz z Marią wiele rozmawia o poezji, pomagają innym. Niestety, opowiadanie kończy się tragedią dla nich obojga. Maria zostaje złapana w łapance ulicznej, a Tadeusz jest świadkiem odjazdu jego ukochanej ciężarówką pełną nowych więźniów.

"Dzień na Harmenzach" to utwór, ukazujący zwykły dzień Tadka w obozie pracy. Pracuje on wraz z innymi więźniami przy układaniu torów. Upał i zmęczenie nie stanowi problemu w prowadzeniu rozmów, m. in. o sytuacji innych więźniów. W obozie życie płynie inaczej. Tutaj największym marzeniem uwięzionej osoby jest zaspokojenie głodu. Dotknięci chorobami i brakiem jedzenia ludzie są zdolni do wszystkiego.

"Proszę państwa do gazu", taki wymowny tytuł nosi kolejne opowiadanie Borowskiego. Na łamach tego utworu zostaje zaburzony obraz ofiary i kata. Niemcy, którzy powinni być postrzegani jako kaci, nie angażują się w rozładunek nowo przybyłych więźniów, ograniczają się jedynie do jego nadzorowania. Więźniowie z komanda, czyli oddziału robotniczego, pracującego przy określonej robocie, są wycieńczeni i zmęczeni pracą, a swoją złość wyładowują na słabszych. Ukazuje to zatarcie się granicy między ofiarą a katem. Więźniowie z komanda zamiast współczuć, pomóc albo okazać zwykłe uczucie, jakim jest litość, traktowali nowoprzybyłych brutalnie i stawali się dla nich katem.

W opowiadaniu "U nas, w Auschwitzu" autor pokazał jak destruktywnie masowa zbrodnia odciska się zarówno na psychice, jak i na etycznym kodeksie człowieka. Ukazuje brutalną obozową rzeczywistość, bez żadnych upiększeń czy prób heroizacji więźniów. Jedynym sposobem na ocalenie w obozowym piekle jest, zdaniem pisarza, żerowanie na innych. Ktoś musi zginąć, a szansę na przetrwanie mają wyłącznie najsilniejsze jednostki. Nic dziwnego, że w takich warunkach zanika etyka chrześcijańska oraz wszelkie moralne normy.

"Bitwa pod Grunwaldem" to czas po uwolnieniu więźniów z lagrów. Przebywają oni w obozach dla dipisów. Ludzie, pomimo pozornej wolności żyją tak, jak wcześniej w obozie. Mają zniszcony system nerwowy, kradną, oszukują, nie mają współczucia. Są przyzwyczajeni do widoku śmierć. Już to, że ktoś inny umiera na ich oczach nie robi na nich wrażenia. Niewiele szczęścia pozostało w człowieku z odniesionego zwycięstwa nad hitlerowcami. Bowiem borykają się oni z problemami, o których istnieniu w normalnym świecie nie mieliby pojęcia. Trudno im przystosować się do nowych praw.


„Bo żywi zawsze mają rację przeciwko umarłym”


W warunkach obozowych zacierają się granice między katem a ofiarą. Poniżani, torturowani więźniowie wyładowują swój strach i agresję na słabszych od siebie. Faszystowskie metody sprawiają, że więźniowie tracę poczucie godności ludzkiej, nie buntują się, pokornie idą na śmierć, zabijają swoich najbliższych. Za drutami ludzie dają się oszukać i oszukują innych. Z obojętnością przechodzą obok cudzej śmierci, cieszą się, że żyją jeszcze
.
Według Borowskiego największą zbrodnią było z lagrowanie człowieka. Doprowadzenie więźniów głodem i ciężką pracą do stanu skrajnego wyczerpania, w którym jednostka przestaje być człowiekiem i staje się zwierzęciem walczącym o swoje przetrwanie. Nie potrafi już współczuć, litować się, nie pomaga innym. Totalitaryzm odarł go z jakichkolwiek uczuć.

Zestawienie licznych przykładów postaw ludzkich ukazanych w tych opowiadaniach, prowadzi do stwierdzenia, że codzienność śmierci wytwarzają w człowieku nowy sposób myślenia. Człowiek zlagrowany pragnie tylko zachować życie za wszelką ceną, oczywiście swoje życie.

To smutne. Czytając te opowiadania nasuwa się myśl: dlaczego w człowieku pojawia się taka brutalna chęć zabijania niewinnych? I czy patrząc na dzisiejszy świat możemy być pewni, że II wojna światowa nauczyła nas czegoś?



Autor: 
Tytuł: "Wybór Opowiadań"
Wydawnictwo: Sara
Ilość stron: 125


 

sobota, 25 kwietnia 2015

Nicholas Sparks - "Ostatnia piosenka"

 

Ostatnia Piosenka to już któraś z kolei książka Sparksa, po którą sięgnęłam z wielką przyjemnością. Wiele o niej słyszałam. Czytając Wasze recenzje błędem byłoby nie wziąć jej do ręki. Sporo obiecywałam sobie po tej książce i muszę przyznać, że absolutnie się nie zawiodłam. Pan Sparks stanął na wysokości zadania i wyszło mu to znakomicie. Nic dziwnego, że ma aż tyle fanów na całym świecie. Autor zasłynął ze swojej pierwszej powieści "Pamiętnik", który wzrusza miliony kobiet na całym świecie. 


Życie siedemnastoletniej Ronnie Miller wywróciło się do góry nogami, gdy jej ojciec postanowił porzucić karierę i wyjechać do niewielkiego miasteczka w Północnej Karolinie. Jego ucieczka oznaczała koniec małżeństwa Millerów. Trzy lata później Ronnie dalej nie chce mieć nic wspólnego z ojcem i nie utrzymuje z nim kontaktu.


Nieoczekiwanie matka wysyła dziewczynę i jej młodszego brata, Jonaha, by spędzili wakacje w Wilmington. Dla Ronnie to ciężka próba - przyzwyczajona do Nowego Jorku, zakochana w jego nocnym życiu i modnych klubach, musi zmierzyć się nie tylko z niechęcią do wiodącego spokojne życie pianisty i zaangażowanego w budowę miejscowego kościoła ojca, ale również z senną atmosferą nadmorskiej mieściny. Wszystko wskazuje na to, że to będzie najgorsze lato w jej życiu.

Książka wzbudziła we mnie wiele pozytywnych emocji. Pod koniec jednak nie wytrzymałam i popłakałam się. Jest ona bardzo wzruszająca. Autor chciał nam pokazać, że bez względu na wszystko powinniśmy umieć kochać i przebaczać. 
Język, którym posługuje się autor jest jasny i zrozumiały chyba dla każdego. Książkę czyta się fantastycznie. Jest bardzo wciągająca. 
Została podzielona na 37 rozdziałów. Każdy z nich jest podpisany imieniem, np. Ronnie, Will. Autor  przez to chciał nam ułatwić w rozpoznaniu kto jest narratorem w danym rozdziale, bo jest ich kilku. Powieść jest bardzo dobra, zresztą jak wszystkie inne Sparksa, które do tej pory trafiły w moje ręce. Autor potrafi w jednej książce doprowadzić czytelnika do uśmiechu na twarzy jak i do łez. 

Moim zdaniem ta książka jest rewelacyjna. Ukazane są w niej uczucia nastoletniej Ronnie do ojca, brata i chłopaka poznanego na plaży, który zmienia ją ze zbuntowanej nastolatki w dojrzałą, rozważną dziewczynę. 
Postać dziewczyny jest znakomicie skonstruowana. Jest on żywiołowa, mądra, ale czasem nie do zniesienia.  Początkowo jest uparta i bardzo niemiła w stosunku dla swojego ojca. Z czasem jednak wszystko się uspakaja. Nastolatka przeżywa metamorfozę. Staje się cicha, miła, uczynna. Potrafiła wybaczyć ojcu, i dokończyć za niego tytułową piosenkę. W książce ukazany jest również stosunek do jej młodszego brata. Jest dla niego cudowna, czasem tylko gdy ma gorszy dzień nakrzyczy na niego, ale nic poza tym. Ronnie ogólnie jest postacią pozytywną. 

To, co najbardziej podobało mi się w tej książce to znajomość głównej bohaterki z Willem. Niby to nic takiego, w wielu innych książkach młodzi ludzie zakochują się w sobie, jednak styl Sparksa sprawił, że czytało mi się rewelacyjnie. Zarówno Ronnie jak i Will wzbudzili moją sympatię. Początkowo denerwowało mnie jej zachowanie, a potem zmieniła swoje postępowanie (na szczęście). Jedynym błędem jaki popełniłam było to, że wcześniej obejrzałam film, który został tak wiernie odtworzony. Podczas czytania miałam przed oczami Miley i Liama. Wiedziałam jak się skończy i to mi przeszkadzało. Książka pokazuje, że każdy, kto tylko chce potrafi się zmienić. 
Niektórzy mogą pomyśleć, że to kolejne romansidło jakich wiele. Mam nadzieję, że po przeczytaniu zmienicie zdanie i przeżyjecie niesamowite wakacje razem z Ronnie i Willem. 
Przy "Ostatniej Piosence" bardzo miło spędziłam czas. 



Moja ocena: 10/10



Imię i Nazwisko: Nicholas Sparks
Tytuł książki: Ostatnia Piosenka
Tytuł oryginału: The last song
Wydawnictwo: Albartos
Rok wydania (w Polsce): 2010

piątek, 24 kwietnia 2015

BlaskTV: TOP 5: Moi ulubieni bohaterowie męscy (anime)



Dzisiaj miała być recenzja "Draculi" ale z powodu braku czasu (uczę się pilnie do matury!) i faktu, iż już przez jakiś czas nie dodałam nic związanego z anime, stwierdziłam, że ranking będzie bardziej odpowiedni. Daaawno nie pojawiła się recenzja jakiegokolwiek anime, ale teraz oficjalnie i na piśmie obiecuję, iż po 20 ostro wezmę się do roboty! ;) Tymczasem zapraszam do zapoznania się z zestawieniem!

5. Ren Tsuruga 

      To bohater z boskiego "Skip Beat!". Nie sposób się nie roześmiać, kiedy Ren odbiera biednej Kyoko wcześniej ofiarowane punkty, kiedy ta chlapnęła coś, co go dotknęło. Niemożliwe jest także, aby bez emocji śledzić jego zmagania z własnymi uczuciami, których przez długi czas nie był świadomy. Imponuje mi jego dojrzałość, mądrość, ale i pewna głupkowatość, a także bezdenna miłość do pracy. Rozwala mnie także sposób, w jaki radzi sobie z emocjami (czyt. ukrywa je za anielskim uśmieszkiem, który przeraża znękaną Kyoko). A do tego... jest dżentelmenem - taaak, uwielbiam Tsurugę! :D



4. Lawliet (L)

       Nie ma to jak genialny dziwak! Ubóstwiam L za jego brutalną szczerość i bezkompromisowość. Jest przeciwieństwem Raito, który jest przystojnym łgarzem. Ja, ceniąc sobie prawdomówność, od razu detektywa polubiłam, tym bardziej, że wyznaję bardzo podobny system wartości. Dlatego też kibicowałam mu do samiutkiego końca. Wciąż zazdroszczę mu tego, że choć słodycze pochłaniał w ogromnych ilościach i z zawrotną prędkością, nie miał najmniejszych kłopotów z wagą. Farciarz!



3. Sasuke Uchiha 
        Obecnie czuję niesmak do "Naruto", a dokładniej do "Naruto Shippuuden" z powodu tego, jak żenująco Kishimoto poprowadził akcję. Jednak przez naprawdę długi czas byłam zapaloną fanką tego anime, a na punkcie Sasuke wariowałam. Głównie z jego powodu nienawidziłam Sakury. Teraz, kiedy sobie o tym wszystkim przypomnę, odczuwam pewne... zaniepokojenie. Mimo to, z uwagi na lata, kiedy za młodym Uchihą wprost szalałam, musiałam go na tej liście zamieścić.



2. Sebastian Michaelson
       Czy jest ktoś, kto po obejrzeniu "Kuroshitsuji" nie uwielbia tego pana? Może i kilka ewenementów się znajdzie, ale to niewielka garstka. Ja tego krwiożerczego demonicznego lokaja uwielbiam. Przy Sebastianie nawet Martha Stewart wymięka. Nie ma lepszej pani domu od Sebcia! W jego rękach nóż stołowy jest jak najostrzejsza brzytwa, a przy tym wszystkim jest niesamowicie męski. Poza tym wiele nas łączy: on także kocha koty!



1. Shin Okazaki
       Mój niekwestionowany numer 1. Zapomnijmy na chwilkę, że jest niepełnoletni... Kocham tego chłopaka od wyglądu zaczynając, a na charakterze kończąc. Jest dojrzały i zaradny, ale nie z wyboru. Shin jest owocem romansu jego matki z cudzoziemcem. Kiedy matka Shina popełniła samobójstwo, jej mężowi nie widziało się wychowywać bękarta żony. Z rozkoszą więc się go pozbył. Nie rozumiem tego do dziś. Jak można było wyrzec się tak uzdolnionego, mądrego i charyzmatycznego młodego człowieka? Głupiec. Uwielbiam osobowość tegoż kochanego gitarzysty, a jego historia mnie wzrusza. Potwornie żałuję, że nikt mu nie pomógł i został zmuszony, aby tułać się samemu, kombinować i zadawać ze starszymi paniami. Pomimo tragizmu, który jest obecny w jego życiu, Shin jest uroczy, zabawny i nieprzyzwoicie uwodzicielski. Zdecydowanie za bardzo, jak na swój wiek. To wszystko sprawia, że pomimo 19 lat durzę się w nieistniejącym małolacie. No, co zrobisz? Nic nie zrobisz! ;)













środa, 22 kwietnia 2015

Detlev Katzwinkel - "Dziecko, którego nie urodziłam"



Aborcja we współczesnym świecie jest bardzo popularna, tak było również przed laty i jeśli nic nie zacznie się z tym robić będzie tak nadal. Autor tej książki jest ordynatorem oddziału położniczego i ginekologicznego w Nadreni w Niemczech. Pisząc tę książkę w pewien sposób ostrzega on kobiety o tragicznych skutkach nieodwracalnej decyzji jaką jest aborcja... 

Autor kładzie duży nacisk na uświadamianie kobiet, jakie konsekwencje niesie za sobą ta decyzja. Zwraca uwagę na to, że kobiety nie mają świadomości, że aborcja może je kompletnie zniszczyć psychicznie, pozbawić normalnego życia. Często podejmują decyzje pod wpływem innych ludzi, czy też czynników zewnętrznych, jak pieniądze, wiek itd. 

Nie chodzi tu o usprawiedliwianie tych kobiet, lecz o to, by wiedziały co to znaczy dokonać aborcji. W książce tej wykorzystano autentyczne przykłady kobiet, które zdecydowały się na taki krok i dobrze wiedzą czym to grozi. Skutki psychiczne są nieodwracalne. 

Detlev Katzwinkel patrzy na problem aborcji z perspektywy kobiet, które już po dokonaniu zabiegu nie potrafią sobie z tym poradzić, a czasu cofnąć się nie da. Uczy, z pomocą doświadczonych kobiet, wybaczania sobie i zaakceptowania życia takim jakie ono jest. 

Myślę, że dzięki tej krótkiej książce wielu kobietom uda się zmienić nastawienie do ludzkiego życia i zanim zdecydują się na jakikolwiek krok, rozpatrzą wszelkie możliwe konsekwencje, Nie ma nic ważniejszego od ludzkiego życia i to właśnie pokazują ludzie dzielący się swoimi historiami. 












poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Albert Camus - "Dżuma"






"-Jednak uważa pan, jak Paneloux, że dżuma ma swoje dobre strony, że otwiera oczy, że zmusza do myślenia.
Doktor skinął niecierpliwie głową.
-Jak wszystkie choroby na tym świecie."


 Oran, lata czterdzieste ubiegłego wieku. Spokojne miasto, niczym się nie odznaczające. Do czasu. Pewnego dnia na ulice Oranu wychodzą szczury. Nie kilka czy kilkanaście, ale setki. Umierają one, a władza nie wie co zrobić z tymi szkodnikami, jaka jest przyczyna ich śmierci, a co najważniejsze - czy istnieje realne zagrożenie dla ludzi. 
 Kiedy dochodzi do częstszych niż zazwyczaj zgonów ludzi, początkowo rządzący nie chcą przyjąć do wiadomości strasznej prawdy - miasto zostało zaatakowane przez dżumę. Jednak doktor Rieux, który jako pierwszy poznał, że właśnie o tę chorobę chodzi, przekonuje, że należy szybko zamknąć bramy miasta i odizolować go od reszty świata.

Od tej pory, przez długie miesiące, zaczyna się walka z dżumą, walka o przetrwanie, a także walka o to, aby pomóc chorym w ich cierpieniu.


"Jedyny sposób, żeby ludzie byli razem to zesłać im dżumę"


Sięgnęłam po tę książkę, nie dlatego, że jest ona lekturą. Zaciekawiła mnie fabuła, a także fakt, że dotyka ona powszechnych prawd o człowieku i o świecie. 
Albert Camus zręcznie ukazuje uniwersalne postawy człowieka w sytuacji zagrożenia, czasem narażając przy tym własne życie. Jak to w życiu bywa, niektórzy aktywnie działają przeciwko złu i niesprawiedliwości. 

W "Dżumie" taką postawę reprezentowali doktor Rieux oraz Jean Tarrou, który postanowił włączać się w politykę i ingerować w sprawy międzynarodowe już jako siedemnastoletni młodzieniec. To, co zobaczył co robił jego ojciec wzbudziło w nim zniesmaczenie i przysiągł sobie, że on nie będzie taki, że nie pozwoli na bezprawne mordowanie niewinnych.

Niektórzy są obojętni, uciekają od problemu. Są też tacy, którzy nie wahają się wykorzystywać okazji do własnych celów i korzyści. Takie postawy wzbudzają w czytelniku niechęć do takiego człowieka. Bo jak można wykorzystać ludzkie cierpienie po to tylko, aby dorobić się fortuny? 


"Dżumy i wojny zastają ludzi zawsze tak samo zaskoczonych"


Książka obfituje w za długie opisy miasta i ludzi. Jest to monotonne i bardzo mnie nudziło. Przez to czytałam "Dżumę" przez ponad tydzień, a zwykle z taką ilością stron uporam się w kilka dni.

Jednak nie żałuję tych chwil spędzonych z powieścią Alberta Camus. "Dżuma" jest powieścią trochę filozoficzną i fajnie od czasu do czasu pomyśleć o świecie, o tym co spotyka ludzi każdego dnia, a co może spotkać nas w każdej chwili. 


"Wszyscy są trochę zadżumieni, należy uczynić wszystko, żeby nie być zadżumionym"



Autor: 
Tytuł: "Dżuma"
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Ilość stron: 216
Ocena: 7/10


sobota, 18 kwietnia 2015

Todd Burpo - "Niebo istnieje...naprawdę"

Zdjęcie pochodzi stąd: klik

O tej książce słyszeli już chyba wszyscy. Jest ktoś taki, kto widzi i czyta o niej po raz pierwszy? Wątpię. Ja dowiedziałam się o niej tak naprawdę w Kościele, podczas kazania. Potem dowiedziałam się, że powstał film. I tak bardzo mnie ciągnęło do tej historii. Film włączałam już kilkakrotnie, ale powstrzymywałam się za każdym razem. Dlaczego? Po prostu musiałam najpierw przeczytać książkę. Przez tyle czasu było mi z nią nie po drodze. Jednak niedawno koleżanka pożyczyła mi ją. Od razu wiedziałam, że nie będzie ona leżeć mi długo na półce. Chociaż w kolejce do przeczytania miałam mnóstwo pozycji, rzuciłam wszystko i zabrałam się za "Niebo istnieje...naprawdę". I wcale nie żałuję podjętej decyzji. 

"Kiedy Colton Burpo cudem wyzdrowiał po nagłej operacji wycięcia wyrostka robaczkowego, jego rodzina nie posiadała się z radości. Nie spodziewała się jednak, że w ciągu następnych kilku miesięcy usłyszy piękną i wyjątkową historię o podróży małego chłopca do nieba i z powrotem."

"Niebo istnieje...naprawdę" to historia chłopca, który podczas operacji na wyrostek robaczkowy przeżywa niezwykłe wydarzenie. Dostaje się do Nieba, widzi Boga, Aniołów i spotyka różnych ludzi, którzy tam już mieszkają. Spotyka swoją siostrę, o której istnieniu nie miał pojęcia, rozmawia z pradziadkiem, który zmarł 30 lat przed jego urodzeniem. Opowiada o koniu, którego ma Pan Jezus i krześle, na którym zasiada Bóg. 

Książka ta jest niesamowicie wzruszająca. Pokazuje nam niebo z perspektywy małego chłopca, gdzie wszystko jest kolorowe, po prostu piękne. Nie dostrzeżemy w niej jednak żadnego wyolbrzymienia sprawy, wszystko jest tak bardzo realistyczne. Nie sposób po prostu nie uwierzyć w tą historię i to, że niebo naprawdę istnieje. 



- Czy ten pan miał w sobie Jezusa? (..)
- Musiał mieć Jezusa w sercu. Musiał! Inaczej nie będzie mógł pójść do nieba!

Bardzo cieszę się, że Todd Burpo postanowił napisać tę książkę. Historia, jaką przeżyła cała jego rodzina jest warta tego, aby poznały ją miliony ludzi i tak właśnie się wydarzyło. Książka stała się bestsellerem i została przetłumaczona na mnóstwo języków, aby mogła dotrzeć do jak największej liczby osób. 

Chyba każdy nie raz zastanawiał się nad tym jak wygląda niebo, jak tam jest, Mały Colton miał możliwość doświadczenia tego na samym sobie. Zobaczył jak tam jest i podzielił się informacjami z rodzicami, którzy przesłali tą wiadomość dalej, do innych ludzi. 

Nigdy nie czytałam literatury religijnej, wcale mnie do niej nie ciągnęło, ale ta opowieści o tej książce i filmie sprawiły, że musiałam się z nią zapoznać. I była to rewelacyjna decyzja. Przeczytałam ją w mgnieniu oka, wystarczyło mi parę godzin w jedno z niedzielnych popołudni, aby zapoznać się z tą wspaniałą historią małego Coltona i jego podróży do nieba. Książka napisana jest prosto, lekko. Tak, aby nikt nie miał problemu z jej odbiorem. Todd Burpo pokazuje nam swoje prywatne życie i życie swojej rodziny. Historia Coltona zrobiła na mnie naprawdę bardzo duże wrażenie, do tej pory nie mogę przestać o niej myśleć. 

Dodatkowo, wydanie, które miałam okazję przeczytać było ze specjalnej edycji - na okazję promocji filmu o tym samym tytule. W niej możemy zobaczyć kilkanaście rodzinnych zdjęć z niektórych opisywanych sytuacji w książce, pracach przy filmie itd. Dodatkowo również książka zawiera wywiady np. z: Coltonem, jego ojcem, producentem filmu czy aktorami, którzy wcielają się w role rodziny Burpo. 

Rewelacyjna książka, którą polecam dosłownie wszystkim! Jeśli tylko macie taką możliwość, nie wahajcie się, na pewno nie będziecie żałować czasu, który poświęcicie na lekturę tej książki! 




- Colton, powiedziałeś, że śpiewały ci w szpitalu anioły?
Pokiwał energicznie główką, przytakując.
- A co ci śpiewały? (...)
- No, śpiewały "Jezus mnie kocha" i "Jozue walczył w bitwie o Jerycho - odpowiedział z powagą. - Prosiłem, żeby zaśpiewały "We will, we will rock you", ale nie chciały.

piątek, 17 kwietnia 2015

Tanya Huff - "Cena krwi"





          U mnie ponownie WAMPIRY! Faza na tę tematykę już mi minęła, ale wciąż zdarza mi się sięgnąć po książki, gdzie te krwiożercze stworzenia występują. Korzystając z odpowiedniego nastroju na takie historie, postanowiłam jeszcze przez jakiś czas pomęczyć ten temat na blogu. Dzisiejsza recenzja dotyczy pierwszego tomu cyklu, który już jakiś czas temu wpadł mi w oko.
          Vicki Nelson od niedawna jest prywatnym detektywem. Musiała zrezygnować z ukochanej kariery policjantki z powodu choroby oczu. Teraz musi dostosować się do nowego porządku rzeczy. Tymczasem dochodzi do serii krwawych i bestialskich morderstw; to właśnie Vicki znalazła pierwszą ofiarę. To zdarzenie wciągnie ją w sam środek tej niezwykłej sprawy, której badanie odsłoni ekspolicjantce prawdę skrytą w cieniach nocy.
           Nie ma co czarować. Nie zapowiada się, aby cykl o Victorii Nelson był jakimś wielkim odkryciem - to po prostu kolejny paranormal romance. Przyznam jednak, że po zobaczeniu okładki spodziewałam się czegoś mniej... wyeksploatowanego. Pomyślałam sobie: "Kurczę! Na okładce nie ma żadnej wymalowanej lali! Może mnie ta lektura czymś zaskoczy...". Cóż, nie padłam na ziemię porażona, ale dostrzegłam kilka fajnych elementów, które sprawiły, że nie mam o tej książce negatywnego zdania.
          Tym, co ostatecznie odwiodło mnie od skreślenia tej serii, była kreacja głównej bohaterki, a właściwie kilka jej cech, które nas łączą. Przede wszystkim ja także noszę okulary! Co prawda nie cierpię na tak poważne schorzenie, jak Vicki, ale doskonale rozumiem, jak to jest patrzeć i nie do końca widzieć... Po drugie, podobnie jak ona, jestem dość wysoka. Również mierzę ponad 170 cm i jestem przyzwyczajona do tego, że nie mam kłopotów, aby spojrzeć komuś w oczy. Kiedy w książce przeczytałam, że Vicki czuje irytację przebywając z wyjątkowo wysokimi ludźmi, niemal mnie całkiem kupiła. Ja również jestem przyzwyczajona do tego, iż nie muszę zadzierać głowy rozmawiając z kimkolwiek, więc kiedy spotykam osoby sporo od siebie wyższe, czuję się dziwnie nieswojo. Ekspolicjantka ma tak samo, trudno więc abym się nie uśmiechnęła w trakcie czytania i nie poczuła choć cienia sympatii.
          Następnym pomysłem, który mnie kompletnie rozwalił, było wybranie zajęcia dla naszego wampira. Nosferatu to zazwyczaj obrzydliwie bogaci biznesmeni, robiący miliony z najbogatszymi ludźmi na świecie. Natomiast w "Cenie krwi", Henry jest pisarzem. I to nie byle jakim! To nieślubny syn Henryka VIII, który pisuje... HARLEQUINY! Moja mama byłaby zachwycona. :P Tak więc: wampir, królewski bękart i autor romansideł. Musicie przyznać, że Henry Fitzroy to interesująca postać. 
          Oczywiście uwierała mnie schematyczność fabuły. Nie uważam także, aby dobrym pomysłem było już w pierwszym tomie odsłonienie przeszłości Henry'ego. Fajnie by było odkrywać ją po kawałku, a tutaj już na samiutkim początku wiemy niemal wszystko.
          Kolejno bardzo nie spodobało mi się to, że czytelnik od pierwszych rodziałów miał świadomość, kogo Vicki i Henry szukają. Autorka podała to nam na srebrnej tacy. Oczywiście nie oczekuję, że w tego typu książce spotkam się z oszałamiająco skomplikowanym i trudnym do rozszyfrowania wątkiem kryminalnym. Jasne, najpewniej każdy czytelnik, z choćby znikomymi umiejętnościami wnioskowania i analizowania, prędzej czy później domyśliłby się, jak to wszystko się potoczy, ale mimo to mam autorce za złe, że pozbawiła nas tego przywileju.
          O samym śledztwie wiele napisać się nie da, w końcu wszystko od samego początku było dla nas jasne, a Vicki i Henry nie zaimponowali mi właściwie niczym; ani przenikliwością,  skutecznością, zdolnościami, ani nawet zaciętością. Niespecjalnie mnie także ten wątek wciągnął.
          Za duży plus traktuję także to, że Vicki i Henry nie rzucili się na siebie z miejsca. Czują jakiś pociąg, jest pewne napięcie seksualne, ale na razie trzymają się na dystans. Do tego dochodzi jeszcze nietypowy związek Vicki i Mike'a  Celluciego - równie wyśmienitego policjanta.
          "Cena krwi" jest poprawnym przykładem swojego gatunku, wzbogaconym o parę fajnych komediowych elementów. Kreacja wampirów nie jest zbyt trafiona, a wątek, na którym akcja została oparta nie należy do najlepszych. Tę książkę jednak czyta się sprawnie; szybko i nawet przyjemnie. Czytelnicy ze słabością do takich historii nie powinni specjalnie narzekać, a tym, którzy się nie rozsmakowują w tym gatunku, polecam sięgnąć po coś innego.



 Autor: Tanya Huff
Tytuł: Cena krwi
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 263 maja 2009
Ilość stron: 396
Ocena: 4/10


środa, 15 kwietnia 2015

Maria Nurowska - "Dom na krawędzi"



Daria po wyjściu z więzienia nie wie co ze sobą zrobić, gdzie pójść, czuje się zagubiona. Jednak dzięki Izie (opiekunce więzienia) udaje jej się stanąć na własnych nogach, Wyjeżdża w góry do zaprzyjaźnionej gospodyni, gdzie podejmuje swoje życiowe decyzje. Postanawia wybudować dom marzeń, który mimo pewnych oporów  w końcu powstaje. Zakłada własny pensjonat i wydawałoby się, że wreszcie ma wszystko pod kontrolą...
Iza nie jest jednak tak dobrą przyjaciółką, na jaką kształtowała ją autorka już w pierwszej książce "Drzwi do piekła". Owładnięta chęcią poszerzania horyzontów, zdobywaniem awansów społecznych i zawodowych, zapomina o córce, którą podrzuca Darii, a właściwie Marcie, gdyż ta zdecydowała się na zmianę imienia, by nie kojarzono jej z przeszłością. 

Daria nie mając swoich dzieci, kocha Olę jak córkę. Trudno jej się z nią rozstawać, kiedy co jakiś czas jej matka sobie o niej przypomina. W dodatku w życiu głównej bohaterki pojawia się mężczyzna, który może odmienić jej życie na zawsze. 

Podporządkowana Izie nie potrafi zadbać o swoje szczęście. Jednak wszystko może ulec zmianie, niestety zanim to nastąpi, czytelnik musi wyrwać sobie kilka włosów z głowy z nerwów...

Kolejna genialna książka Marii Nurowskiej, która również zasłynęła nie tylko w Polsce. Autorka pisze w taki sposób, że trudno o niej zapomnieć, czy nawet oderwać się od książki, gdyż co chwila dzieje się coś nieprzewidywalnego, co wywołuje w czytelniku mieszankę różnych emocji i uczuć. Dzięki tej miksturze wrażeń, nie da się nudzić, czy przysypiać czytając historię głównej bohaterki. 

Boleję nad tym, że nie poznam dalszych losów Marty i jej przyjaciół. To już jest koniec, choć autorka zostawiła sobie coś na kształt otwartej furtki, może kiedyś zdecyduje się na kontynuację tej historii, co było by dla mnie ogromną niespodzianką. Gorąco polecam, myślę że i wam w znacznej części przypadnie do gustu. 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Hanna Krall - "Zdążyć przed Panem Bogiem"





"Zdążyć przed Panem Bogiem" to krótki, ale poruszający reportaż o czasie wojny. Cieszę się, że jest to lektura szkolna, ponieważ nie jestem pewna czy relacja ostatniego żyjącego bojownika w powstaniu w getcie warszawskim trafiłaby w moje ręce. Większość pewnie nie czyta lektur, bo spójrzmy prawdzie w oczy: większość powieści znajdujących się w kanonie lektur jest nudna i męcząca. Dla wielu przeczytanie choćby streszczenia to droga przez mękę, nawet jeśli na co dzień pożerają książki. Wiem to wszystko oczywiście z własnego doświadczenia. Gdyby nie fakt, że ta mała książeczka znalazła się w mojej pracy maturalnej z języka polskiego (zdaję "starą" maturę)  i muszę znać ją ze szczegółami, to pewnie przez natłok zajęć nie przeczytałabym jej. I to byłby błąd, ponieważ dzięki niej zobaczyłam niektóre rzeczy w innym świetle.

"Zdążyć przed Panem Bogiem" to reportaż oparty na wywiadzie, jaki autorka, Hanna Krall, przeprowadziła z wybitnym kardiochirurgiem, ostatnim żyjącym uczestnikiem powstania w getcie warszawskim, Markiem Edelmanem. Mówi całą prawdę o tamtym czasie, co bardzo poruszyło opinię publicznego, do tego stopnia, że zaczęto go uważać za kłamcę i osobę, której nie należy ufać.

Czas drugiej światowej jest przerażającym okresem. Pełen niepokoju i walki o każdy kolejny dzień, kolejną godzinę, kolejny oddech. Ludzie w takich warunkach są gotowi zrobić wszystko, aby choć trochę zaspokoić głód. O takich rzeczach należy głośno mówić. Świat nie powinien milczeć i przymykać oczy na bestialstwo faszystów tak, jak wtedy to było czynione. Edelman mówi wprost, że kiedy podjęta została decyzja o powstaniu nikt nie liczył na wygraną. Każdy jeden z tych dwustu dwudziestu osób wiedział, że umrze. Dla nich liczyło się tylko to, jaka to będzie śmierć. Bierna, równoznaczna z przyznaniem się do nie posiadania honoru, czy w walce, z karabinem, tak aby ówczesny świat dowiedział się o okrutnym traktowaniu Żydów. Nie musieli tego robić, mogli wsiąść do pociągu jadącego do Treblinki i zginąć. Może to by była śmierć łagodniejsza, bez cierpień i bez strachu. Ale oni postanowili zawalczyć i pokazać Niemcom, że tak łatwo się nie poddadzą!

Książka ta jest również książką o życiu i o umieraniu. Edelman był świadkiem przejścia czterystu tysięcy Żydów przez Umschlagplatz na śmierć. Od tamtej pory stara się uchronić świeczkę przed zdmuchnięciem jej przez Pana Boga, wykorzystując jego chwilową nieuwagę. To między innymi dzięki niemu polska medycyna rozwinęła się na tyle, aby zwykły, przeciętny człowiek mógł żyć dłużej o dziesięć, piętnaście, dwadzieścia lat.

"Zdążyć przed Panem Bogiem" to krótka, ale świetna lektura. Polecam ją każdemu, niezależnie od wieku, płci czy pochodzenia. Tę lekturę powinien przeczytać każdy.

PS. Postanowiłam nie oceniać tej książki, ponieważ uważam, że takich książek nie powinno się oceniać.



Autor: 
Tytuł: "Zdążyć przed Panem Bogiem"
Wydawnictwo: Wydawnictwo a5
Ilość stron: 140



sobota, 11 kwietnia 2015

Jandy Nelson - "Niebo jest wszędzie"








"Niebo jest wszędzie, zaczyna się u twoich stóp."

Są książki, które przyciągają nas jak magnez. Tytuły, które zapamiętuje się i w niespodziewanych chwilach się o nich przypomina. Moja historia z "Niebo jest wszędzie" była dokładnie tego typu. Kiedyś gdzieś natknęłam się na tą książkę w Internecie i byłam przekonana, że książka bardzo mi się spodoba. Szukałam jej dosłownie wszędzie, jednak nic z tego. Dopiero niedawno sobie o niej przypomniałam, gdy koleżanka ją czytała. Pożyczyłam od niej i tak oto poznałam historię Lennie. 

Siedemnastoletnia Lennie jest załamana po niespodziewanej śmierci starszej siostry. Jedyną osobą, przy której czuje mniejszy ból, jest chłopak siostry, Toby, który cierpi tak samo jak ona. Są ze sobą coraz częściej, coraz bliżej. Nic nie mogą na to poradzić – ani na potworne wyrzuty sumienia.

Wszystko staje się jeszcze bardziej trudne, gdy w szkole zjawia się nowy chłopak, Joe. A Lennie z przerażeniem odkrywa, że nie może przestać myśleć o jego czarnych oczach i miękkich ustach...


Czy można przeżywać żałobę i myśleć o chłopaku? Rozpaczać i równocześnie być tak szczęśliwą?
A może miłość jest właśnie po to, by nie dać się prześladować temu, co przepadło, i tylko trwać w zachwycie nad tym, co było...

Książka skusiła mnie mnóstwem pozytywnych opinii na jej temat. Gdzie tylko nie wejdę, w jakąkolwiek recenzję, prawie zawsze trafię na tą pozytywną. I to nawet bardzo pozytywną. Czytelnicy zachwalają ją pod niebiosa, dlatego i ja chciałam przekonać się, czy jest ona rzeczywiście tak dobra jak inni sądzą. Byłam prawie pewna, że książka bardzo mi się spodoba, pochłonie mnie do reszty i sprawi, że nie będę mogła myśleć o niczym innym jak tylko o jej bohaterach. W rzeczywistości nie było aż tak kolorowo. Ale o tym później. 

"Moja siostra będzie umierać ciągle od nowa przez resztę mojego życia. Żałoba jest na zawsze. Nie odchodzi; staje się częścią ciebie, idzie z tobą krok w krok, oddech w oddech. Nigdy nie przestanę opłakiwać Bailey, bo nigdy nie przestanę jej kochać."

Książka opowiada historię Lenny, która niedawno straciła swoją siostrę. Siostrę, którą kochała nader wszystko. Oprócz tego, że były rodziną, były też prawdziwymi przyjaciółkami. Zawsze sobie wszystko mówiły i wiedziały, że zawsze jedna może liczyć na drugą. Śmierć Bailey niestety wszystko zmienia. Lennie zostaje sama, traci najbliższą przyjaciółkę. Zmienia się nie do poznania, odsuwa się od znajomych ze szkoły, z babcią też mało rozmawia, zamyka się w sobie. Dobrze dogaduje się jednak z Toby'm - chłopakiem Bailey. Aż za dobrze. Oboje rozumieją się bardzo dobrze, ponieważ to właśnie ich najbardziej dotknęła śmierć dziewczyny. Zaczynają spędzać ze sobą dużo czasu, za dużo. W międzyczasie Lenny poznaje Joego. I zakochuje się w nim na zabój. Szkoda tylko, że równocześnie spotyka się z Toby'm i czasem nie potrafią powstrzymać emocji na wodzy. 

Książka ogólnie jest bardzo sympatyczna. Lekko się ją czyta, napisana świetnym, młodzieżowym językiem. Powieść jest wciągająca, to trzeba przyznać. Autorka ukazała nam wspaniały obraz siostrzanej miłości. Dziewczyny za życia były najlepszymi przyjaciółkami, kochały się przeogromnie. Dlatego śmierć Bailey jest dla Lenny ogromnym ciosem. Dziewczyna nadal kocha siostrę i nie może pogodzić się z jej stratą. Nie pozwala nikomu ruszać czegokolwiek w jej pokoju, w którym wszystko zostało tak, jakim Bailey go zostawiła. Lenny przeżywa istne piekło. Nie może przestać o niej myśleć, przestać wspominać wspaniałe chwile, które razem przeżyły. Tym bardziej, że wychowały się bez rodziców. Dziewczynkami zajmowała się babcia. Śmierć Bailey spotęgowała również w Lenny tęsknotę za matką, której nigdy nie znała. 

"Na naszych wspólnych zdjęciach ona zawsze patrzy w obiektyw, a ja zawsze patrzę w nią."

Książka ogólnie jest dobra, ale...bohaterka w niektórych momentach doprowadzała mnie do nerwicy. Dosłownie. Nie wiem, czy nikt tego nie zauważył, czy to ja (i moja koleżanka) jesteśmy na to tak wyczulone, ale jej zachowanie naprawdę grało nam na nerwach. Nie dość, że zaczyna się spotykać z chłopakiem swojej siostry i między nimi do czegoś dochodzi, to jeszcze, gdy spotyka najwspanialszego faceta, jaki może się jej trafić (Joe), psuje wszystko przez...no oczywiście...przez Toby'ego! Lennie zachowywała się naprawdę bardzo, ale to bardzo niedojrzale i samolubnie. Jak sobie tylko przypomnę początek tej książki, to...aaa, zapomnijmy o tym! 

Na szczęście zakończenie wynagrodziło mi wszystko! Naprawdę jest mistrzowskie. Mój ukochany, najwspanialszy, idealny Joe tylko utwierdził mnie w tym, jaki jest. Autorka naprawdę przyłożyła się solidnie do zakończenia, co sprawiło, że po moich policzkach w pewnym momencie zaczęły spływać łzy. Właśnie tego brakowało mi od samego początku tej książki. 

Tak jak wspominałam, książka jest dobra, jednak ja oczekiwałam po niej czegoś więcej. Te wszystkie wspaniałe, wychwalające ją komentarze sprawiły, że miałam wygórowane wymagania, niepotrzebnie. Być może gdyby nie to odebrałabym ją zupełnie inaczej. 
Niemniej jednak polecam ją wszystkim, którzy mają ochotę potowarzyszyć Lenny w jej żałobie, która naprawdę była bardzo widoczna i świetnie ukazana. Zachęcam do przeczytania! 

6/10

piątek, 10 kwietnia 2015

Stephen King - "Miasteczko Salem"




          Stephen King. Ach, Stephen KING. STEPHEN KING! Jak to brzmi! Wiadomo, że jak King, to mamy do czynienia z CZYMŚ. W końcu to mistrz grozy, niekoronowany król horroru, mówiąc konkretnie: nie byle kto. Jak już wiecie moje pierwsze spotkanie z tym autorem nie było zbyt udane. Na pierwszy ogień bowiem poszedł "Joyland", który okazał się być innym, nowym obliczem tego pisarza. Postanowiłam więc sięgnąć po książkę reprezentującą jego klasyczny styl, dzięki któremu zasłynął.

"Śmierć przychodzi wtedy, kiedy dopadnie cię któryś z potworów"

          Jerusalem, zwane Salem, to nierzucające się w oczy, malutkie miasteczko zwieszone w czasie i przestrzeni. Mieszkańców z leniwego snu wyrywa zniknięcie dziecka, co okazało się być tylko początkiem horroru. Z czasem znikało i umierało coraz więcej ludzi. Dlaczego tak się dzieje? Czy to możliwe, aby winne temu były złe moce? Tak wydaje się sądzić mała grupka mieszkańców; chłopiec, nauczyciel, lekarz i pisarz. Oni jako jedyni stawiają opór temu, co nawiedziło Salem i są zdeterminowani to zniszczyć.
          Nikogo pewnie nie zdziwi, że pochwalę styl autora. Opisy miasta były jedną z najmocniejszych stron tej książki. Czytałam je z przyjemnością, pomimo faktu, że czasem rzucała mi się w oczy pompatyczność niektórych zdań. Bardzo rzadko zdarza się, że chętnie czytam opisy, zazwyczaj wyczekuję niecierpliwie aż w końcu zaczną się dialogi, zatem jestem pod wielkim wrażeniem narracji oraz plastyczności języka autora.
          "Miasteczko Salem" ma pewną cechę, którą powinna posiadać każda książka - wciąga. Zaczyna się dość tajemniczo i rozwija niespiesznie. Autor pozwala nam wgryźć się w tę historię; żadne tam jedno konwulsyjne drgnięcie szczęki, Stephen King daje nam możliwość poczucia i wczucia się w akcję. Niestety w moim przypadku było tak, że im dalej zgłębiałam tekst, tym mniej atmosfera na mnie oddziaływała, Czar prysł natychmiast, kiedy pojawiła się teoria Matta na temat tego, co się dzieje w mieście. Przeczytawszy tytuł od razu miałam skojarzenie z magią, prastarymi klątwami i groźnymi wiedźmami (ale nie lukrowanymi czarodziejkami). I tutaj UWAGA, bo ZDRADZAM ISTOTNY WĄTEK FABULARNY - pomysł autora zwyczajnie mnie rozczarował. Nie spodziewałam się, że wystąpią takie istoty nadprzyrodzone, jak wampiry. Kluczowe jednak jest, do czego przyznaję się bez wstydu, że swego czasu także uległam fascynacji krwiopijcami i mam za sobą naprawdę sporo literatury z nimi związanej, dlatego też wampiry Kinga skontrastowałam z tymi już mi znanymi  i nie wypadły one najlepiej. Największym kretynizmem, jaki może być jest twierdzenie jakoby postrachem na wampiry były krzyże i inne obiekty religijne. Tego pojąć nie potrafię. Krzyż to tylko symbol - katolik postrzega go jako narzędzie męki Chrystusa, a ateista uważa, że to tylko skrzyżowane patyki. Kupiłabym to, jeśli taki krzyż czy woda święcona byłyby swego rodzaju przekaźnikami działającymi wyłącznie w rękach chrześcijan. Tak jednak nie było. Wierzący średnio na jeża Ben czy Jim, posługując się sklejonymi plastrem dwoma kawałkami drewna, spokojnie sobie z nosferatu poradzili, co jest zwyczajnie nielogiczne. A żeby było jeszcze ciekawiej, kilka rozdziałów dalej skuteczność krzyża zależna jest od siły wiary. I to księdza! Szczerze? Nie wiem, o co co chodzi i na ten fragment historii łypię podejrzliwie jednym okiem, choć zeza rozbieżnego nie mam (na szczęście).
          Niestety nie miałam ciarek. Doprawdy sama nie wiem, co ze mną nie tak, ale Stephen King (niekoronowany król horrorów, przypominam!) mnie nie ruszył. Nie wątpię, iż są osoby, które bały się chodzić samemu do łazienki czy przemierzyć własne mieszkanie/dom, a może nawet pokój, w ciemności. Na pewno tacy czytelnicy są; wielu już tego doświadczyło. Bardzo żałuję, ale na mnie ta historia nie wywarła większego wrażenia. Bardzo mi na tym zależało, dlatego moje rozczarowanie ma gorzki posmak i jest mi trochę smutno.
          Marudziłam w recenzji "Domofonu", że zakończenie jest takie nie bardzo. Tutaj takiego zarzutu postawić nie mogę. Zakończenie jest i to jakie! Jednak nie ośmielę się tych dwóch książek porównywać. Dlaczego? W "Miasteczku Salem", które ma zdecydowanie mniej ciekawą fabułę, akcja została poprowadzona o wiele lepiej. Wracając do tematu; zakończenie bardzo dobre - intrygujące, zastanawiające -> wspaniale. 
          Nie ma sensu, abym rozpisywała się dalej. Oczywiście "Miasteczko Salem" jest książką bardzo dobrą. Co prawda wcale nie objawiło mi Stephana Kinga jako giganta i do jego licznego fanklubu nie dołączę, ale nie zamierzam porzucać jego twórczości. W przyszłości z pewnością sięgnę po inne dzieła jego pióra i Wam także to polecam.


           Autor: Stephen King
Tytuł: Miasteczko Salem
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 26 marca 2009
Ilość stron: 528
Ocena: 8/10


Podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza kieruję do niezawodnej księgarni:
 bonito.pl