sobota, 28 lutego 2015

Agnieszka Lingas - Łoniewska - "Szukaj mnie wśród lawendy. Zofia"

Kontynuacja lawendowej trylogii. W tomie II poznajemy historię trójkąta miłosnego średniej siostry Zuzanny i Gabrieli. Zosia staje twarzą w twarz z własną przeszłością i pierwszą wielką miłością. Maks Krall wraca do jej życia i nie pozwala o sobie zapomnieć. Czy Zosia zrozumie własne pragnienia, czy Adam wyjawi jej prawdę, czy Maks naprawdę ją kocha? Wraz z bohaterami zwiedzamy Frankfurt nad Menem, Wrocław i oczywiście malowniczą Dalmację Południową.


Po bardzo udanej pierwszej części trylogii opowiadającej historię Zuzanny nadeszła pora na drugi tom z przygodami kolejnej z sióstr, Zofii. Z poprzedniej części znamy Zofię jako pozornie szczęśliwą żonę i matkę. Kobieta zajmuje się domem, wychowuje dzieci, z boku wyglądają na szczęśliwą i poukładaną rodzinę. Ale jak jest naprawdę? Jej mąż, Adam Faber to bardzo dobry informatyk, prowadzący własną firmę. Mają dwójkę nastoletnich dzieci. Można by powiedzieć sielski obrazek, idealna rodzina. Czego chcieć więcej? Gdy jednak przyjrzymy się bliżej sytuacji małżonków, nie jest już tak kolorowo. Adam całe dnie spędza w pracy, można powiedzieć, że to jego drugi dom, natomiast na Zofii spoczywają wszystkie domowe obowiązki i zajmowanie się dziećmi. Gdyby tego było mało, pewnego dnia, w drzwiach jej domu staje nikt inny jak...Maksymilian Krall. Największa nastoletnia miłość Zofii. Po szesnastu latach pojawia się i znów chce być częścią życia Zofii. 
Kobieta przez bardzo wiele lat nie miała od niego żadnej wiadomości, jednak ON, wiedział o niej prawie wszystko. I właśnie na tym etapie jej życia postanowił w końcu zareagować. O co chodzi? Jak potoczy się dalsze życie Zofii? I co wspólnego ma Adam z Maksem? Odpowiedź znajdziecie w książce! 

Bardzo długo nie mogłam doczekać się na kontynuację losów bohaterek poznanych w pierwszym tomie powieści. Czas od października dłużył mi się niemiłosiernie, zwłaszcza, że autorka podsyciła mój apetyt dodając pierwszy rozdział drugiego tomu na zakończenie Zuzanny. To było dla mnie jak cios prosto w serce. Na szczęście otrzymałam możliwość przeczytania tej książki przedpremierowo. Jakaż była moja radość, gdy ją otrzymałam i mogłam zatopić się w lekturze. Zabrałam się za nią od razu i przeczytałam w jeden wieczór. Tyle emocji, które mną kierowały dawno nie przeżyłam! I to rozczarowanie, że książka skończyła się zdecydowanie za szybko. Czułam i nadal czuję niedosyt. 

Powieść ta była dla mnie ogólnie wielkim zaskoczeniem. Było naprawdę wiele sytuacji podczas czytania, kiedy czułam się zdezorientowana, nie wiedziałam o co chodzi. Po raz pierwszy było to na samym początku, gdy tylko otwarłam książkę zobaczyłam kilka mejli o dosyć dziwnej treści. Mejli skierowanych do....Maksa! Tego samego Maksa, który w powieści odwiedza Zofię. Coś tu nie gra, prawda?  Też mi się tak wydawało i wiadomości te tylko podsyciły moją ciekawość. Jednak większym zaskoczeniem wykonanym przez autorkę w tej książce była rozmowa Adama z Zofią. Rozmowa, która zdecydowała o wszystkim. Takiego szoku, jakiego doznałam, naprawdę się nie spodziewałam. Autorka wpadła naprawdę na genialny, a z drugiej strony nieco absurdalny pomysł! (Jaka szkoda, że nie mogę się podzielić z Wami tym pomysłem! Czytajcie, czytajcie!). W głównej mierze właśnie te wątki sprawiły, że książka wciągnęła mnie na całego! 

Pamiętacie, jak zachwycałam się tym, w jaki sposób pani Agnieszka wykreowała książkowe siostry? Przyjaciółki, które byłyby skłonne oddać za siebie życie. Zawsze, w każdej porze są gotowe pomóc sobie nawzajem. Właśnie dzięki temu można dostrzec, w jakim stopniu autorka ceni sobie te dwie bardzo ważne wartości - miłość i rodzina. Właśnie dzięki tym siostrom: Zuzannie, Zofii i Gabrysi, ta książka jest tak ciepła i emocjonalna. 

Jeśli chodzi o szatę graficzną. Przy pierwszej części byłam po prostu zakochana, zauroczona okładką. Była idealna, właśnie taka, jaka powinna być. Ten fiolet idealnie współgrał z wszystkimi innymi dodatkami. Tym razem nie jest to niestety dzieło sztuki (tak jak poprzednim razem), ale nadal jest to bardzo przyjemna w odbiorze książeczka. I to w dodatku ze skrzydełkami, czyli właśnie taka jakie uwielbiam! 

Autorka zasługuje na wielki aplauz! Wielkie gratulacje! "Zofia" jest zdecydowanie lepsza od "Zuzanny", przynajmniej według mnie. Pomysłowość, sposób w jaki została napisana i oczywiście język autorki sprawiły, że długo zachwycałam się tą pozycją i z czystym sumieniem mogę polecić ją dosłownie każdemu. Już teraz nie mogę doczekać się trzeciej, ostatniej już części historii o trzech wspaniałych siostrach. Zwłaszcza, że znów autorka "ukarała" mnie malutkim fragmentem z "Gabrieli", który tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że znów będzie ciekawie! 


Autor: Agnieszka Lingas - Łoniewska
Tytuł: "Szukaj mnie wśród lawendy. Zofia"
Seria: "Szukaj mnie wśród lawendy"
Tom: 2/3
Wydawnictwo: Novaeres
Data wydania: 2015r.

Ilość stron: 223
Ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Julicie z "PNGiSAM" oraz wydawnictwu Novaeres. 



Czytaj dalej »

piątek, 27 lutego 2015

Claire Kendal - "Wiem o tobie wszystko"





W ostatnim czasie coraz częściej słyszymy o stalkingu. Jeszcze w latach 80. termin ten kojarzył się wyłącznie ze sławnymi ludźmi, gwiazdami filmowymi Hollywood, muzykami. Większość ludzi myślało, że bycie popularnym wymaga poświęceń i nie widziało nic dziwnego w zachowaniu osób, które obsesyjnie podążali za swoimi idolami.

Teraz ofiarą stalkingu może być każdy. Najczęściej staje się nią były partner, częściej partnerka, jednak  może to być również osoba całkiem obca dla prześladowcy; przypadkowa, w odniesieniu do której stalker stworzył wyimaginowany związek uczuciowy.
Według psychologia.net. stalking mogą stanowić następujące zachowania, np.: uporczywe wydzwanianie  i wysyłanie listów, przesyłanie niechcianych prezentów, natrętne składanie propozycji spotkań, śledzenie, obserwowanie, przeszukiwanie prywatnych notatek i śmieci ofiary celem uzyskania informacji o niej, wdzieranie się do jej mieszkania, by zdobyć przedmioty osobiste, manipulowanie przyjaciółmi i rodziną ofiary, by wykorzystać ich do własnych celów, zaczepianie obiektu swojej obsesji w miejscach publicznych, szantaż emocjonalny, groźby.

Stalking dotyczy nie tylko ludzi dorosłych. W szkołach to zjawisko jest również popularne. Bo czymże jest gnębienie, poniżanie i wyśmiewanie się z kolegów? Wiele się słyszy o przypadkach samobójstw wśród nastolatków właśnie z tego powodu. Ofiary nie wytrzymują napięcia i stresu, co doprowadza je do ostateczności.
Pokrzywdzeni już nie muszą czekać, aż dojdzie do najgorszego, do sytuacji kiedy ich życie będzie zagrożone, bo w polskim kodeksie karnym stalking od 6 czerwca 2011 r. stanowi przestępstwo, zagrożone karą pozbawienia wolności do 3 lat  lub, w przypadku doprowadzenia ofiary do próby samobójczej, do 10 lat.
Jednak pomimo regulacji prawych i nagłośniania sprawy, nadal bardzo trudno jest cokolwiek w sądzie udowodnić, a ofiary stalkingu są pozostawiane same sobie.

Clarissa jest kobietą po trzydziestce, z pozoru prowadzącą normalne życie, niepozbawione zwykłych, ludzkich trosk. Tak było, do czasu aż na jej drodze stanął Rafe, który zaprawił pite przez nią wino środkami odurzającymi, a następnie wykorzystał sprzyjające okoliczności. Od tej nocy Rafe stał się cieniem Clarissy. Jest wszędzie tam, gdzie ona. Zasypuje ją prezentami, kontroluje, przedstawia jako swoją dziewczynę. Zatruwa jej życie, przywłaszczając sobie każdą jego minutę. Kobieta jednak nie zamierza poddać się swojemu stalkerowi. Zaczyna zbierać dowody świadczące o jego winie, by w końcu odzyskać swoją wolność i komfort prostej egzystencji, niewymagającej ciągłego zerkania za siebie, urwania relacji z przyjaciółmi, czy choćby ciągłego zastanawiania się, czy za zbliżającym się zakrętem znowu czyha on. A on zawsze tam jest, i czeka.

Sądzimy, że nikt nie zaprzeczy, iż promocji "Wiem o tobie wszystko" nie brakowało niczego. Książka została zauważona i przyjęta bardzo entuzjastycznie. Temat jest bardzo ciekawy, a więc każdy z nas spodziewał się czegoś, co wgniecie nas w fotel. Oczekiwania były wysokie, i z przykrością musimy stwierdzić, że Claire Kendal nie zdołała im sprostać. Wielki problem, jakim jest stalking opisała w sposób bardzo dokładny i porządny. To trzeba jej oddać. Wykreowana przez nią bohaterka przeżyła klasyczny stalking, w czystej postaci, jednak przy tym pojawiło się wiele niedociągnięć.

Jedną z rzeczy, która nie przypadła nam do gustu była narracja. Autorka wprowadziła do powieści dwa jej typy: pierwszoosobowy,  czyli dzienniczek pisany przez główną bohaterkę, oraz trzecioosobowy. Wprowadzenie różnych narracji w książce z reguły jest ciekawym zabiegiem. Można spojrzeć na problem z różnych punktów widzenia. Jednak w tym przypadku obie narracje nijak mają się do siebie. Czytelnik ma wgląd do myśli bohaterki, aż tu nagle pojawia się narrator niezaangażowany w akcję i obserwuje ją z boku. Najlepiej byłoby, gdyby autorka zastosowała jednolitą narrację, ponieważ zabieg, który wprowadziła był mylący i często wyprowadzał czytelnika z rytmu.

Niezrozumiały dla nas jest wątek, gdzie Clarissa zawiesza pracę, by móc zostać przysięgłym na pewnym procesie. Oczywiście nie chodzi nam o to, iż akcja w stu procentach powinna skupiać się na jej problemie z Rafe'em, ale taka diametralna odskocznia, wydała nam się... dziwna. Gdybamy, że w ten sposób autorka być może chciała pokazać czytelnikowi, jak ciężka jest sytuacja Clarissy. Wymiar sprawiedliwości, który powinien zapewnić ofiarom bezpieczeństwo, jak się okazuje, nie jest wcale taki solidny. Obrońcy napastników często robią wszystko, aby przedstawić ofiarę w jak najgorszym świetle, skompromitować ją, pokazać jako osobę niegodną zaufania. Lottie, ofiara zbiorowego gwałtu i przemocy, jest przez prawników jej oprawców rozszarpywana na strzępy, obrażana, gnębiona. Czy właśnie to spotka Clarissę, kiedy ta stawi się ze swoimi dowodami przed obliczem sędziego? Czy zamiast dostać ochronę, zostanie wciśnięta w ramki kłamczuchy, wariatki i paranoiczki? Być może. I choć ten przekaz odbieramy, to rozpołowienie akcji zdecydowanie wydało nam się mało komfortowe. Autorka zrobiła to za mało zgrabnie. W to wszystko wepchnęła jeszcze wątek miłosny, który był okrutnie męczący. Jeszcze bardziej od hobby bohaterki, którym jest szycie.

Jesteśmy dość rozdarte, ponieważ pomimo tego, że akcja była przewidywalna, to jednocześnie "Wiem o tobie wszystko" czytałyśmy z fascynacją. Tematyka książki bardzo nas zaciekawiła, nigdy nie zgłębiałyśmy tego tematu same a więc wiedziałyśmy tylko tyle, ile usłyszałyśmy w telewizji. Nie zmienia to jednak faktu, że książka pozbawiona jest zaskakujących zwrotów akcji. Kolejną wadą było to, że bohaterka w niezrozumiały dla nas sposób była męcząca. Jej myśli krążyły wokół trzech tematów, a właściwie osób: Rafe'a, Henry'ego (jej byłego partnera) i Roberta (mężczyzny, który ją zainteresował). Być może jest to błędne wrażenie, ale chwilami Ann wydawało się, jakby to Clarissa zaczęła mieć skłonności do obsesji. Relacja jej i Roberta była wyjątkowo uciążliwa i nudna.

Wyczytałam w recenzji Kamila, że zakończenie według niego jest przerażająco banalne, i nie możemy się z nim nie zgodzić, ale to właściwie jedyne, co nas w książce zaskoczyło. Spodziewałyśmy się klasycznego happy end'u, podczas kiedy zakończenie okazało się być trochę inne. Sami osobiście ocenicie, czy jest to plus tej historii, czy jej mankament.

"Wiem o tobie wszystko" to lektura na swój sposób specyficzna. Wywołała u nas nieoczekiwane, sprzeczne emocje, i choć nie możemy jej zaliczyć do grona naszych ulubionych pozycji, to ze względu na tematykę wiele w naszych oczach zyskuje. Stalking jest po prostu bardzo ciekawym i niepokojącym zjawiskiem, któremu trzeba przeciwdziałać zdecydowanie i bezkompromisowo. Zatem czy warto przeczytać? Można to zrobić, nie sądzimy, abyście później pluli sobie z tego powodu w brodę, ale nie uważamy, aby była to pozycja z kategorii "must have". My nie żałujemy, że "Wiem o tobie wszystko" przeczytałyśmy. Na koniec raz jeszcze chciałyśmy oddać pokłon osobom odpowiedzialnym za promocję, bo spisały się na medal. Zorganizowały wybitny chwyt marketingowy, o którym długo nie zapomnimy.


Autor: Claire Kendal
Tytuł: "Wiem o tobie wszystko"
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 18 lutego 2015
Ilość stron: 416
Ocena: 5/10


Egzemplarze recenzyjne otrzymałyśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa:


Bardzo dziękujemy!



Jackie&Ann
Czytaj dalej »

środa, 25 lutego 2015

Sophie Lutz - "Niewidoczne dla oczu"


Sophie Lutz to matka niepełnosprawnej dziewczynki, która na co dzień zmaga się z niepełnosprawnością swojej córki. W swojej książce opowiada o codziennych czynnościach, które towarzyszą jej przy opiece nad dzieckiem. 

Niepełnosprawność nie jest końcem świata i właśnie to udowadnia autorka. Ukazuje wiele szczęśliwych chwil, ale również tych trudnych, kiedy brakuje siły, szuka się ucieczki. Jednak mimo wszystko codziennie walczy, by Philippine była szczęśliwa, wierzy, że w jej upośledzonym ciele żyje w pełni rozumny człowiek, że wie co się wokół niej dzieje i to daje jej motywację do działania. 

Sophie Lutz daje niesamowite świadectwo wiary, ponieważ pokazuje jak bardzo wiara w Boga umacnia człowieka. Mimo ciężkiej codziennej pracy nad dzieckiem, znajduje w swoim życiu spełnienie, które daje jej siłę do życia i dalszego działania. 

Dzięki tej książce człowiek otwiera się na innych, widzi cierpienie, nie potrafi przejść obok niego obojętnie. To bardzo dobra pozycja dla ludzi, którzy na co dzień zmagają się z niepełnosprawnością, uczy cierpliwości i pokory, a dzięki temu wszystko staje się łatwiejsze. Autorka opowiada o spotkaniach Philippine z innymi ludźmi, o ich reakcji na jej niepełnosprawność i pełnych ciepła słowach. Taki obraz człowieka jest tak rzadko spotykany w dzisiejszych czasach, że aż trudno uwierzyć, że jest wśród nas tylu wspaniałomyślnych ludzi. 

Myślę, że dzięki takim książkom jak ta, problem niepełnosprawności przestanie być problemem, że ludzie otworzą się na cierpienie innych i sami zechcą pomagać, a to jest ogromny dar dla rodzin osób niepełnosprawnych. 

Podziwiam autorkę za jej cierpliwość, upartość w dążeniu do celu, a przede wszystkim za miłość jaką obdarza swoją córkę i która promienieje na innych. To książka godna polecenia każdemu, wystarczy się tylko rozejrzeć, a świat zaczyna nabierać kolorów. 

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję:
Znalezione obrazy dla zapytania święty wojciech wydawnictwo
Czytaj dalej »

poniedziałek, 23 lutego 2015

Agata Christie - "Podróż w nieznane"










Kolejna mistrzowska powieść Agaty Christie. Tym razem nikt nie zostaje zamordowany, co czyni tę książkę bardziej sensacyjną, co wciągającą!

Młoda kobieta, która niewiele już oczekuje od życia, podejmuje ryzykowne przedsięwzięcie: rusza na poszukiwanie zaginionego naukowca. A ponieważ to nie pierwszy znakomity naukowiec, który zniknął bez śladu, sprawą zaczyna interesować się wywiad. Co się dzieje z zaginionymi? Ktoś ich porywa? Są ofiarami szantażu? Prania mózgu? Klucz do tajemnicy posiada Oliwia Betterton – niestety, spoczywająca na łożu śmierci.

W tym samym czasie w hotelu w Casablance inna młoda kobieta, Hilary Craven, próbuje odebrać sobie życie. Ratuje ją pukanie do drzwi. Mężczyzna, który za nimi stoi, proponuje znacznie bardziej emocjonujący sposób na popełnienie samobójstwa.

Główna bohaterka dowiadując się, że miała lecieć tym samym samolotem, co pani Betterton, jest zawiedziona. Chciała umrzeć, aby nie cierpieć po stracie ukochanej córeczki. Jednak nie to było jej przeznaczeniem. Ona miała zadanie do wykonania, chociaż jeszcze o tym nie wiedziała. Zadanie, które mogło zmienić nie tylko jej żywot, ale też życie ludzi na całym świecie.

Hilary staje się dublerką zmarłej Oliwii. Od tej chwili rozpoczyna się jej podróż, podczas której musi sama sobie radzić.

Agata Christie dobrze sobie poradziła z nie-kryminalną powieścią. Bohaterka nie czuje presji, że musi szybko rozwiązać zagadkę. Nie ma też zbyt dużego napięcia. Jednak książka jest pełna zwrotów akcji, dzięki czemu czytelnik nie może się doczekać co będzie potem.

Zakończenie jest naprawdę zaskakujące. Kiedy już myślałam, że Hilary wszystko zaprzepaściła i nie ma szans na to, aby mogła odzyskać wolność, zdarza się coś nieoczekiwanego, dzięki czemu powieść uznałam za jeszcze bardziej intrygującą.

Postacie drugoplanowe są bardziej intrygujące aniżeli główna bohaterka.
Bogaty filantrop, Aristides, był jednym z nielicznych, który wzbudził we mnie skrajne emocje. Idee i pomysły jakie reprezentował były ciekawe i fascynujące. Były też odrażające i nieludzkie. Nauka wymaga poświeceń, ale nie kosztem niewinnych ludzi

"-Komu tak się przyglądałeś, przyjacielu?
- Tym dwojgu - odpowiedział Jessop - Wysłałem Hilary Craven w podróż w nieznane, ale chyba co innego było jej dane."

Każde wydarzenie, każda radość i nieszczęście jest po coś. Wszystko to, czego doświadczamy ma jakieś znaczenie.

Powieść "Podróż w nieznane" stanowiła dla mnie przyjemną odskocznię, dzięki której mogłam się odprężyć po ciężkim dniu. Fanów twórczości Agaty Christie nie trzeba długo namawiać do sięgnięcia po tę książkę. Natomiast wszystkich tych, którzy rozpoczynają przygodę z tą panią, proponuję nie wybierać się w nieznane, tylko sięgnąć po inne dzieła autorki, np. "Wielka czwórka", "Mężczyzna w brązowym garniturze".

Autor: Agata Christie
Tytuł: "Podróż w nieznane"
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ilość stron: 244
Ocena: 8/10
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat:



Czytaj dalej »

sobota, 21 lutego 2015

Magdalena Kołosowska - "Dlatego mnie kochasz"


Agata poznała Marcina już jako licealistka. Wcześnie za niego wyszła i nagle w pewnym momencie okazało się, że bez ukończonych studiów i z dwójką małych dzieci jest całkowicie zależna od męża i mu podległa. Ten idealny z pozoru, przystojny i dobrze zarabiający mężczyzna nie cofa się przed podniesieniem na nią ręki. Sytuacja komplikuje się, gdy, zajmując się budową domu, Agata poznaje Tomka, ich nowego sąsiada. W tej historii nie będzie jednak szybkiego happy endu… A może wcale go nie będzie?



Wszyscy zawsze powtarzają, że nie powinno oceniać się książek po okładce. A ja to robię i to dosyć często. I tak właśnie jest również w tym przypadku. Do sięgnięcia po tą książkę nakłoniła mnie ta przepiękna okładka. Gdy tylko ją zobaczyłam, nie potrafiłam przejść obok niej obojętnie. Wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać. Nie sądziłam jednak, że czekają mnie takie emocje! 


"Moje małżeństwo było niczym obrazek ułożony z puzzli, niby cały, niby piękny, ale widać rysy."

W powieści poznajemy Agatę i Marcina, którzy poznali się dawno temu, dzięki bratu Agaty, który poszukiwał perkusisty do swojego zespołu. Młodzi zakochali się w sobie do szaleństwa, szybko podjęli decyzję o ślubie. Żyli szczęśliwie, dni mijały im bardzo dobrze, nadal kochali się do szaleństwa. Do czasu...bo po jakimś okresie wszystko zaczęło się psuć. Marcin zaczął zachowywać się bardzo dziwnie. Zmienił się nie do poznania. Częściej uciekał w pracę, a gdy tylko był w domu, ciągle pojawiały się awantury o głupie, nic nieznaczące błahostki. Wszystko można zrozumieć, ale nie to, że pewnego razu uderzył swoją żonę, a później robił to już coraz częściej. I tak Agata stała się ofiarą przemocy domowej. Mimo wszystko jednak nie odeszła od męża, nadal tkwiła w tym związku cierpiąc i znosząc krzywdy wyrządzane przez męża. Bardzo zależy jej jednak na dziewczynkach, dwóch córeczkach, którym nie chce rozbijać rodziny. Przecież Marcin nigdy nie podniósł ręki na żadną z nich...on je kocha, Agatę też kocha, tylko czasem ma gorszy dzień. Takimi usprawiedliwieniami kobieta zawsze tłumaczyła zachowania męża. 

Marcin ukazany jest jako arogancki, brutalny i agresywny człowiek. Dosłownie tyran, który nie chce pozwolić Agacie na powrót na studia ani na pójście do pracy. Według niego miejsce jego żony jest w domu. Powinna wychowywać dzieci, prać, sprzątać, gotować. Nie ma mowy o żadnym rozwijaniu się! Przecież on zarabia tyle, że spokojnie wystarczy im na życie w dobrych warunkach. Kobieta nie chce jednak odejść ze względu na córki. I tak maskuje wszystkie swoje siniaki za pomocą pudru, golfów i innych ubrań, które zakrywają większość ciała. Mimo wszystko nadal pragnie miłości, czułości i bezpieczeństwa. I tutaj, niespodziewanie na jej drodze staje niejaki Tomek. Traktuje kobietę zupełnie inaczej niż jej mąż. Nic więc dziwnego, że Agata zbliża się do mężczyzny, chociaż cały czas uważa, że kocha swojego męża. Kobieta stąpa po grząskim gruncie. Jak zakończy się ich historia? 


"W duchu postanowiłam nie doprowadzać nigdy więcej do podobnych sytuacji, zgadzać się na jego propozycje i spędzać z nim więcej czasu. Musiałam jakoś to wszystko poukładać. To wtedy stałam się tym, kim chciałam być. Jego niewolnicą."

W powieści spotykamy się z bardzo realistycznym odzwierciedleniem małżeńskiego życia. Nawet czasem nie zdajemy sobie sprawy z tego jak wiele kobiet jest nieszczęśliwych w swoich związkach i ile z nich doznaje przemocy. Na przykładzie Agaty widzimy, że każda z nas potrzebuje miłości, troski i przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa. Magdalena Kołosowska wybrała temat przemocy  w rodzinie. Jest to naprawdę rzetelna i starannie napisana powieść. Autorka nieźle musiała się napracować przy wykreowaniu bohaterów tak, aby byli wiarygodni i wbijali się w to, o czym pisze. Portret psychologiczny Agaty jest wykonany rewelacyjnie! "Dlatego mnie kochasz" to pewnego rodzaju ostrzeżenie dla innych kobiet, które doświadczają takich sytuacji na co dzień. Nie jest to jednak taka powieść, gdzie tylko jedna strona jest zła i winna. Marcin owszem, bije ją, wyzywa, nie traktuje tak jak powinien, ale Agata również nie jest w stosunku do niego szczera i uczciwa wdając się w romans z Tomaszem.

Książka jest wprost fantastyczna! Czyta się ją z zapartym tchem chcąc jak najszybciej dowiedzieć się co będzie dalej. Emocje prawie cały czas biorą górę. Nie spodziewałam się w najśmielszych snach tego, że dostanę tak świetną powieść napisaną przez naszą polską autorkę. 
Polecam tę książkę dosłownie wszystkim tym, którzy dobrze czują się w tego typu tematyce. Pewne jest to, że nie jest to jedna z lżejszych powieści do odprężenia się. Jestem pewna, że spodoba się Wam i będziecie zadowoleni z tego, że ją wybraliście. 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję akcji PNGiSAM oraz wydawnictwu Feeria.




Czytaj dalej »

piątek, 20 lutego 2015

Eliza Drogosz - "Władca Piasków"

       
 Gorący Egipt skrywa wiele mrocznych tajemnic...

"- Musicie uwierzyć, że jesteście bogami! - oznajmił [...] z mocą. - Egipskimi bóstwami, które wróciły do swojego królestwa po wiekach uśpienia. Odrodziliśmy się, by przywrócić światu ład. By zmienić go na lepsze. By nim rządzić. Dzięki nam wszystko będzie piękne. Znowu. Uwierzcie w tę prawdę, a świat będzie wasz! Ponoć wiara przenosi góry. Ale wiara zwykłych ludzi. Nasza wiara potrafi je stworzyć." 

          Debiut młodej (nawet BARDZO!) pisarki wzbudził wiele emocji. Ja jednak zobowiązałam się tę pozycję przeczytać i zrecenzować, a jako że staram się być osobą rzetelną w tym co robię, pominę zupełnie postępowanie Elizy Drogosz i skupię się tylko na tym, co reprezentuje sobą jej książka.
          Wszystko zaczyna się od tego, że na nietypowy, organizowany w Egipcie obóz młodzieżowy przyjeżdża wiele osób z całej Europy, w tym główna bohaterka – Sonia. W trakcie wyjazdu dzieją się różne dziwne rzeczy, okazuje się bowiem, że starożytni egipscy bogowie powrócili do życia, odrodzili się w ciałach ludzi, jako osoby pozornie zwykłe, a teraz, jako nastolatki, stopniowo przypominają sobie, kim kiedyś byli i odkrywają swe dawne moce. Natomiast wspomniany obóz został zorganizowany tylko w jednym celu: aby zebrać ich wszystkich w jednym miejscu oraz wykorzystać ich potęgę do opanowania świata.
Swoje własne plany ma jednakże niejaki Oliver, skrzętnie ukrywający swą prawdziwą tożsamość. Splot przedziwnych wydarzeń sprawia, że Sonia razem z Oliverem zostają wplątani w sam środek niezwykłych zdarzeń towarzyszących opisanym okolicznościom. Jak sobie z nimi poradzą?
Jakby tego było mało, w trakcie, gdy zmagają się z zagadkami, trwa gorączkowe poszukiwanie straszliwego Władcy Piasków, egipskiego boga pustyni, zła i chaosu, którego zwerbowanie ma dla kierownika obozu kluczowe znaczenie i może przypieczętować losy całego świata.
Jak to wszystko się zakończy?
         
          Taki oto opis zamieszony został na stronie promującej książkę i LC, inny widnieje na jej okładce, a z jeszcze innym zapoznałam się, kiedy zaproponowano nam egzemplarz. Zdecydowanie ten ostatni jest najbardziej ciekawy, ale dwa pozostałe nie pozostają daleko w tyle. Od razu wiedziałam, że "Władca Piasków" jest książką trafiającą idealnie w moje gusta literackie. Trudno jednak o uczciwą recenzję tej książki w internecie, dlatego też pragnę przedstawić "Władcę Piasków" takim, jakim jest. 
          Na początek dam wyraz swojemu zadowoleniu; otóż według mnie pomysł na fabułę jest bardzo dobry. Międzynarodowy obóz w Egipcie jawi mi się jako coś interesującego. Jest to koncepcja zdecydowanie ciekawsza, aniżeli osadzenie akcji - ZNOWU - w szkole z internatem. Ponadto wpleciono trochę informacji o Egipcie: jego kulturze, bogach, rozkwicie i obecnym stanie, co przeczytałam ze szczerą ciekawością. Tylko za to "Władca Piasków" ma u mnie duży plus. 
          Kolejną rzeczą, którą uważam za oryginalną i fajną, jest postać Olivera Greena. Wszyscy wiemy jacy zazwyczaj są chłopcy w tego typu powieściach. Oszałamiająco przystojni, tajemniczy, kręcą się wciąż wokół głównej bohaterki, chcąc ją chronić, i tak dalej... Dwa pierwsze przymiotniki się zgadzają - Oliver jest ładny, bo nie można jeszcze powiedzieć, że przystojny, a do tego skrywa wiele sekretów. Przy czym jest niemiły, złośliwy, arogancki, wyniosły, wybuchowy, samolubny i nieustannie rozdrażniony. To typ osoby, której na ogół nie darzy się sympatią, ale jednocześnie wzbudza fascynację otoczenia. Z perspektywy czytelnika wydał mi się on zabawny. Nierzadko uśmiechałam się, kiedy ten okropny chłopak znowu się na kogoś wydzierał lub wychwalał siebie pod niebiosa. Niestety jeśli chodzi o bohaterów tylko jego mogę pochwalić. Co prawda bliźniacy będący postaciami drugo-, czy nawet trzecioplanowymi, także wydali mi się całkiem przyjemni, to jednak o nich wiemy niewiele. Tak naprawdę dokładniej poznajemy tylko Sonię i Olivera, którzy są niedopracowani. Postać chłopaka została nakreślona ciekawie, jednak nie została pogłębiona. O Sonii nie będę nawet pisała, bo jest beznadzieja. Niezwykle głupia i irytująca dziewucha. Zniechęciła mnie do siebie już ostatecznie, kiedy lamentowała, że może zostać oskarżona o kradzież. Zrobiła z tego taką aferę, jakby co najmniej zamierzano przypiąć jej łatę morderczyni i wtrącić do lochu na 50 lat. Nieporozumienia często się zdarzają, wystarczy je tylko wyjaśnić. Po co więc taka wrzawa? Oliver, choć wywołujący u mnie pozytywne wrażenia, również jest płytki, jak Łydynia. W "Władcy Piasków" charaktery są proste, próżno w nich szukać czegoś zaskakującego.

"- Chcesz moje ciastko? - zapytał, potrząsając kolorowym talerzykiem.
- Co? - zdumiała się Sonia, przekrzykując wyjącego artystę. - Czy smakuje mi ciasto? Jakie ciasto?
- Nie! Pytam, czy chcesz to?!
- Aaa! Dobre, co nie?
- Nie! - Oliver z rosnącą złością zauważył, że sam ledwo siebie słyszał przez okropne dudnienie. 
- Nie?! Nie smakuje ci?
- Nie!!! Nie o to mi chodzi! - Chłopak poczerwieniał z irytacji.
Głupia, ogłuszająca muzyka!
- Idziesz się ochłodzić? - Sonia spojrzała na niego ze dziwieniem.
- Nie! - zezłościł się, po czym wskazał na swoje ciastko, a potem na nią, krzycząc: - To dla ciebie!
- O! Dzięki - ucieszyła się dziewczyna, po czym zerknęła na niego podejrzliwie. - Spadło ci na podłogę? 
- Nie. Nie lubię czekolady.
- Co? Robisz się za stary?!
- Nie!!! Nie jadam czekolady! - wydarł się Oliver, próbując przekrzyczeć ryczących wykonawców. 
- Czemu? - zdziwiła się Sonia. 
- Bo nie. 
- Konie? Co?! Gdzie? - wrzasnęła blondynka, ale jej głos zgubił się wśród łomotu.
- Nigdzie!
- W miodzie?!
- Nie! Nieważne. - Chłopak zazgrzytał zębami, po czym wepchnął jej talerz w ręce i sekundę później zniknął w tłumie."

          Jestem zmuszona skrytykować także sposób przedstawienia bogów egipskich. Odradzają się? W porządku, nie mam nic przeciwko temu, że występują jako dzieci, które powoli przypominają sobie wydarzenia sprzed tysięcy lat i to, kim są. Jednak w książce występuje scena, kiedy to w dialog z bohaterem wchodzi jedna z bogini. Może jestem w swojej opinii odosobniona, ale moim zdaniem starożytni bogowie powinny być istotami przerażającymi. Nie ma zdarzenia czy jest to bóg "zły" czy "dobry". Są to postaci wszechwiedzące i długowieczne. Ich intencji tudzież charakteru nie może określać na podstawie tego czy się do dzieci uśmiechają, czy na nie warczą. Tymczasem owa bogini zachowywała się, jakby była ich kumpelą. Ja, a nawet bohaterowie tej sceny, nie wyczuliśmy żadnego dystansu do jej osoby, nie istniał dysonans bóg - człowiek. Ponadto nawet złe charaktery tak naprawdę nie budzą grozy. Jednak w tym miejscy nie jestem pewna czy jest to dobrze czy źle. Nierzadko mam wrażenie, że książki dla młodzieży, nastolatków i dzieci są nazbyt krwawe i okrutne, zbyt nasączone seksem i różnego rodzaju niewłaściwymi rzeczami. "Władca Piasków" jest historią, którą bez wahania podałabym swoim nastoletnim członkom rodziny, choć jednocześnie dla mnie jest z tego powodu trochę za delikatna.
          Na Lubimy Czytać spotkałam się z zarzutami, że książka naszpikowana jest wszelkimi możliwymi błędami. Po przeczytaniu nie wiem, o co chodzi. Jasne, znalazłam kilka rzeczy, które należałoby poprawić, ale takowe znajdują się w każdej powieści. Korekta to nie jest taka łatwa sprawa, jakieś małe potknięcia zawsze się gdzieś skryją przez osobami, które tekst przeglądają, a później wyłapują je czytelnicy. Co prawda spotkałam się z kilkoma dziwnymi określeniami, jak np. "kroki biegnące", ale poza tym jest całkiem przyzwoicie.
          "Władca Piasków" tak naprawdę ma jeden problem - został wydany za wcześnie. Przez to historia jest niedopieszczona. Widzę świetny pomysł na powieść, nieźle nakreślone postaci, i dość dobrze poprowadzoną akcję. Wszystko to jednak powinno odleżeć. Poczekać aż autorka udoskonali swój warsztat, naniesie poprawki i dopiero zgłosi się do wydawnictwa. Niestety Eliza Drogosz wyrwała się ze swoją książką w wieku lat 17, a więc napisała ją jeszcze wcześniej. Przez to wiele aspektów jest niedoszlifowanych, dialogi często są wymuszone, sytuacje przerysowane, - bynajmniej nie specjalnie, jak w książkach Olgi Rudnickiej - a bohaterowie płascy. W czasie czytania widziałam tak wiele rzeczy, które można było poprawić, co w efekcie z tej książki zrobiłoby bardzo ciekawą i dobrą powieść! Do tego Eliza Drogosz nie poszła zdradziecką ścieżką romansu, co by ją z pewnością pogrążyło, ale postawiła na relacje przyjacielskie, i bardzo dobrze. 
          Przechodząc już do podsumowania. "Władca Piasków" mógł być bardzo dobrą książką. Dostaje mu się niesłusznie. Po prostu wielką głupotą było wydanie tej książki już teraz. Ponadto afera na LC związana z tworzeniem fałszywych kont i podbijaniem ocen, w promocji tejże książki zupełnie nie pomogła, a nawet zniszczyła pracę wydawnictwa, które reklamowało ją intensywnie, w efekcie czego bardzo tę pozycję chciałam przeczytać. Niestety "Władca Piasków" została skreślona zanim jego obecność zdążono zauważyć w księgarniach .Trochę szkoda, bo ja widzę ogromny potencjał w tej historii. Naprawdę jest tutaj z czym pracować, jednak w efekcie tego pośpiechu książka pełna jest mankamentów. Nikomu więc nie odradzam, bo lektura "Władcy Piasków" nie jest wcale taką katorgą, jak powszechnie się mówi, ale mogło być znacznie lepiej. Mogło, a nie jest. Ze swojej strony radzę szczerze autorce, aby się jeszcze wstrzymała, skupiła na pisaniu opowiadań do szuflady, bo ma talent. Powtarzam: pomysł jest dobry, tylko wykonanie kuleje. 



Autor: Eliza Drogosz
Tytuł: Władca Piasków
Wydawnictwo: Poligraf
Data wydania: 14 stycznia 2015
Ilość stron: 412
Ocena: 6/10



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:

 Wydawnictwo Poligraf




*źródło opisu: http://lubimyczytac.pl
Czytaj dalej »

czwartek, 19 lutego 2015

BlaskTV: "Pięćdziesiąt twarzy Greya"


       
         Myślę, że nie muszę wprowadzać Was w temat. Nie sądzę, aby uchowała się choć jedna osoba, która nie słyszałaby o tej trylogii. Nawet moja polonistka to czytała! Jest załamana i zdegustowana, ale to tak btw. ;) Ja jednak nie jestem tak odważna i postanowiłam, że nie tknę wypocin E L James, bo mi się na pewno nie spodobają. Aczkolwiek uległam propagandzie i razem ze swoimi przyjaciółkami poszłam obejrzeć film w Walentynki. I przeżyłam szok. W moim lokalnym kinie, nie miałam jeszcze okazji widzieć na jednym seansie więcej niż 10 osób. Na "Greyu" jednak sala była wypełniona po brzegi, a kiedy opuszczaliśmy pomieszczenie, czekał już tłum na kolejny seans. Istne szaleństwo. Nie wątpię, że Wy także jesteście ciekawi, jak wypadło sfilmowanie najgłośniejszej książki ostatnich miesięcy, dlatego w tej krótkiej notce podzielę się z Wami swoimi odczuciami.
          Jak już wspominałam, nie miałam okazji zapoznać się z pierwowzorem, znam jednak osoby, które lekturę "Pięćdziesięciu twarzy Greya" mają za sobą i zgodnie twierdzą, że "książka jest lepsza"! Nie jest to jednak żadne zaskoczenie, nie spotkałam się jeszcze z odwrotną sytuacją.


JEDEN,
czyli gra aktorska

          Gra aktorska w każdym filmie jest kluczowa. Nie mogę jednak pochwalić aktorów. Jak zauważyła jednak z moich koleżanek, Jamie Dornan chwilami miał minę, jakby był delikatnie zacofany umysłowo, przy czym Dakota Johnson była potwornie apatyczna. O ile Jamie miał jakieś niezłe momenty, to pani Johnson sprawiała wrażenie, jakby miała za chwilę upaść i nie wstać. Co prawda ratowało ją kilka zabawnych momentów, które jednak Anastasii Steele nie stawiały w korzystnym świetle.
  DWA
 Pokój Bólu

          O! On zrobił na mnie wrażenie. Głównie z tego względu, że był bardzo dobrze wyposażony i taki... czysty. Wszystko miało swoje miejsce, a ponadto było bardzo ładne. Tak długo, jak będę spoglądała na te sprzęty z daleka, i nie znajdą się one w mojej strefie osobistej, nie będę miała z Pokojem Bólu żadnego problemu.


TRZY 
 ścieżka dźwiękowa

          O ile aktorzy dupy nie urywają, to muzyka zdecydowanie była bardzo pozytywnym aspektem filmu. Pojawiły się fajne nuty, które tworzyły dobry nastrój. Salą bujało, a o to chyba chodzi, prawda?


CZTERY,
czyli najważniejsze - SCENY EROTYCZNE

          I tutaj ognia nie było. Wszyscy przyszli popatrzeć na ostry seks, jednak nic na odbiorcach większego wrażenia nie zrobiło. Były jedynie dwie sytuacje, które rzeczywiście poruszyły widzów: większość się wzdrygnęła, kiedy Anastasia dostała pejczem po nagim tyłku, iiiiii... gdy Grey zaciągnął się zapachem majtek panny Steele - to rzeczywiście wzbudziło emocje, głównie w męskiej części publiczności. Będąc jednak uczciwą, przyznam, że jedna scena rzeczywiście mi się spodobała. Mianowicie ta, gdzie Christian mając w ustach kostkę lodu sunął nią po ciele swojej niedoszłej/przyszłej Uległej, co było bardziej zmysłowe niż ostre, ale naprawdę fajne.



PIĘĆ
ciekawostki i refleksje

         Dowiedziałam się, że kilka wątków zostało pominiętych, co u osób, które książkę czytało wzbudziło słuszny gniew. W tym gronie znajduje się scena fantasy. O czym myślę? Otóż o sytuacji, kiedy to Anastasia "zrobiła loda" lordowi Grey w wannie. Najwidoczniej Dakota Johnson nie jest tak utalentowana, jak postać z książki i nie potrafi oddychać pod wodą... Szkoda!
         Mimo wszystko wydarzenia w filmie potrafią zaskoczyć i rozbawić, w efekcie jednej z nich połknęłam gumę limonkową, cudem unikając zadławienia. Nie pytajcie, która scena to spowodowała - nie pamiętam. ;)
         Nasz wspólny wniosek jest jeden: aktorzy decydujący się wystąpić w tego typu filmach, powinni depilować miejsca intymne, na litość Boską! Ich włosy łonowe, to niezbyt przyjemny widok...


SZEŚĆ
podsumowanie

         To nie jest dobry film. Pierwsze pół godziny ogląda się całkiem fajnie, rzeczywiście akcja przyciąga uwagę. Później jednak robi się nudno. O ile pierwsza scena seksu, może się wydać w jakiś sposób ciekawa, to kolejne zupełnie już nie ruszają. Z każdą kolejną minutą obserwowałam, jak ludzie wokół mnie zaczynają się wiercić i niecierpliwić. Ostatnia godzina była jałowa, a wszystkich siedzenia zaczynały gryźć w tyłek, zwyczajnie chcieliśmy już opuścić salę. Trudno jest mi sobie wyobrazić, że książka może być bardziej interesująca, zważywszy na fakt, iż zabaw erotycznych jest o wiele więcej, choć jestem do tego przekonywana. Z tego co mi wiadomo, moje znajome czytając kolejne tomy, tego typu sceny omijają i przechodzą od razu do innych wątków, co nie jest zbyt dobrą reklamą. Szczerze, cierpnie mi skóra na samą myśl, jak może wypaść ekranizacja "Ciemniejszej strony Greya".
         Gra aktorska naprawdę nie powala. Chwilami miałam wrażenie, że aktorzy nie czyli się komfortowo w swoich rolach. Oczywiście nie jest to znowu takie dziwne, ale oboje wiedzieli, na co się pisali. 
         Cóż... filmu Wam nie polecam. Wiem, że i tak go obejrzycie, jeśli nie w kinie, to w domu, jak już będzie dostępny, ale nie sądzę, abyście byli usatysfakcjonowani. Osoby po lekturze będą rozczarowane aktorami i faktem, że wyrzucono tyle wątków, a ci którzy książki nie czytali się zanudzą. Dodam jedynie, że zupełnie nie potrafię pojąć fenomenu tej prostolinijnej historii, ale każdy czyta i ogląda to, co lubi, więc ENJOY!


       
       Tytuł: Pięćdziesiąt twarzy Greya
Reżyseria: Sam Taylor-Johnson
Scenariusz: Kelly Marcel
Produkcja: USA
Gatunek: Melodramat 
(serio? hahahahha... no ale nie kłóćmy się z Filmwebem ;))
Premiera: 13 lutego 2015 (Polska)
               9 lutego 2015 (świat)
Ocena: 3/10


Czytaj dalej »

środa, 18 lutego 2015

Jacek Groszek - "Wspomnienia o dziurawym dachu"



We wsi Maki Dolne życie toczy się swoim rytmem, na pierwszy rzut oka jest to wieś niczym nieróżniąca się od innych. Jednak mieszka tam grupka chłopców, którzy nie potrafią się nudzić. Mają pomysły, które często przynoszą nieoczekiwane, tragiczne skutki.

Narratorem powieści jest Wacuś, który wraz z przyjaciółmi poszukuje nowych przygód. Mają głowy pełne pomysłów, niekoniecznie dobrych... Los zdaje się być po ich stronie, zawsze, gdy zdawałoby się, że są w opałach, czeka ich miła niespodzianka, a grupka przyjaciół może wymyślać kolejne przygody, przez które niejeden dorosły dostałby zawału...

Przygody Wacusia i jego przyjaciół często wywoływały u mnie śmiech i wspomnienia, o których zawsze będę pamiętać. Niestety, niektóre z ich historii mnie przerażały. Na przykład pomysł, by z krzyża stojącego przy drodze zrobić krzyż, czy przyniesienie niewybuchów z czasów wojny do domu.... Jako dzieci nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji, jakie niosą za sobą takie czyny. Dlatego też podziwiam autora, który wykazał się niebywałą wyobraźnią, przy kształtowaniu tych postaci.
Również dorośli w książce pt. "Wspomnienia o dziurawym dachu" nie są doskonali. Często zachowują się jak dzieci. Nieodpowiedzialne zachowanie, braki w wykształceniu itd. To wszystko kształtuje bardzo ciekawy obraz wsi, choć już dawno nieaktualny. Autor jednak porusza bardzo poważny problem, jakim jest alkoholizm, który właśnie na wsiach jest najbardziej widoczny. Często właśnie przez alkohol nasi młodzi bohaterowie patrzą na świat z innej perspektywy. Starają się w jakiś sposób zająć wolny czas, nieświadomie pakując się w kłopoty...

To książka, która pozwoliła mi wrócić do przeszłości, do dzieciństwa pełnego beztroski. Ile razy było tak, że wspólnie z przyjaciółmi robiliśmy różne głupoty - pakowaliśmy się w tarapaty, o których często musieli dowiadywać się rodzice - tego nawet nie zliczę. Tak do już jest, młodość ma swoje prawa, a dzieciństwo to najlepszy okres by sprawdzić samych siebie, by poznać ludzi, którzy na zawsze zagoszczą w naszych sercach.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ta książka. Sposób w jaki autor kształtuje bohaterów bardzo przyciąga czytelnika. Odnajdujemy w nich cząstkę siebie z dzieciństwa. Myślę, że warto ją przeczytać mając już jakieś doświadczenia, żeby zobaczyć jak bardzo dzieciństwo wpływa na dalsze losy człowieka.

Książka nosi tytuł "Wspomnienia o dziurawym dachu", choć okładka przedstawia dziurawą skarpetkę, ale nawet w tym jest jakiś urok. Myślę, że nie stało się to przypadkiem. Mnie osobiście bardzo urzekła i myślę, że wy równie ciepło ją przyjmiecie.


Za możliwość przeczytania książki, dziękuję:
Czytaj dalej »

poniedziałek, 16 lutego 2015

Erica Spindler - "W milczeniu"





"Cypress Springs to mile miasteczko. Tutaj ludzie troszczą się o siebie, pomagają sobie nawzajem."


Erica Spindler to amerykańska autorka powieści z gatunku thrillera. Do niedawna nie miałam bladego pojęcia o jej istnieniu. A szkoda! Po przeczytaniu "W milczeniu" wiem już, że ile straciłam.

Pisarka stworzyła ciekawą postać, dziennikarkę Avery Chauvin. Pewnego dnia otrzymuje ona wstrząsającą wiadomość, że jej ojciec popełnił samobójstwo. Mimo że od kilku lat kontakt bohaterki z rodzicami uległ pogorszeniu, nie może uwierzyć, że podczas rozmów telefonicznych niczego nie wyczuła, niczego co mogłoby dać jej do myślenia i zaradzić temu nieszczęściu.

Powrót w rodzinne strony, do Cypress Springs w Luizjanie, ma umożliwić Avery znalezienie odpowiedzi na dręczące ją pytanie. Tymczasem dochodzą ją szeptane plotki o dziwnych zdarzeniach, o zaginionych sąsiadach… W domu ojca znajduje pudełko z artykułami prasowymi sprzed piętnastu lat. Wszystkie opisują to samo wydarzenie: brutalne morderstwo popełnione na mieszkance miasteczka. Dlaczego ojciec gromadził te wycinki?

Nagle koszmarna przeszłość zderza się z teraźniejszością. W miasteczku zostaje bestialsko zamordowana kolejna kobieta, znika bez śladu młody naukowiec… Avery zaczyna podejrzewać, że jej ojciec mógł paść ofiarą morderstwa.

Im bliżej jest prawdy, tym bardziej sobie uświadamia, że w spokojnym miasteczku na Południu szerzy się potworne zło, chronione dotąd dzięki zmowie milczenia.


"Kto nie dostosuje się do narzuconych norm, jest automatycznie odrzucany, naznaczony."


Fabuła powieści jest świetnie skonstruowana. Kiedy już zaczęłam czytać, nie mogla się oderwać. Z każdym nowym rozdziałem pojawiały się nowe pytania, a tajemnice zostają odkryte.

Autorka nie przytacza monotonnych opisów przyrody, bohaterowie są ciekawie scharakteryzowani. Język może nie jest bogaty, ale w przypadku takiego lekkiego kryminału nie odgrywa to znaczącej roli i nie przeszkadza w odbiorze.

Oprócz wątku kryminalnego, nie zabrakło miłości w tle. Na drodze Avery pojawiają się dwójka przystojnaików. Jeden to dawna miłość, drugi to przyjaciel z młodości, który zawsze był bliski bohaterce. Avery ma nie lada orzech do zgryzienia, bo oboje są podobni do siebie, jednocześnie różniąc się od siebie. 

Kogo wybierze Avery? Czy ojciec bohaterki rzeczywiście został zamordowany? A może Avery jest po prostu ambitną dziennikarką, która za wszelką cenę chce znaleźć dobry temat do gazety? 

"W milczeniu" jest pozycją godną uwagi, nie może być ominięta przez miłośników książek Erici Spindler. Książkę czyta się bardzo dobrze, a nawet pochlania się ją strona po stronie!


Autor: Erica Spindler
Tytuł: "W milczeniu"
Wydawnictwo: HARLEQUIN
Liczba stron: 496
Ocena: 7/10


 Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Harlequin. 


Czytaj dalej »

niedziela, 15 lutego 2015

Akcja wywiad: Liliana Fabisińska

Witajcie!
Z ankiety przeprowadzonej jakiś czas temu dowiedziałyśmy się, że chętnie czytalibyście wywiady z autorami. Dwa już miałam okazję przeprowadzić i możecie je przeczytać klikając w ten link. Dziś przyszła pora na kolejną autorkę. W dzisiejszej odsłonie Akcji wywiad będziecie mogli bliżej poznać autorkę niedawno recenzowanej przeze mnie książki - "Córeczka" Liliany Fabisińskiej. 


1. Od czego zaczęła się Pani przygoda z pisaniem?
Pisałam od zawsze. Chyba zaczęłam pisać jeszcze zanim... zaczęłam pisać. Moja babcia wspominała często, że w wieku czterech czy pięciu lat ‘pisałam’ palcem listy do Pippi na liściach klonu w parku i prosiłam babcię, żeby je wysłała. Potem pisałam książki w notesikach, w zeszytach, wydawałam gazetkę o kaktusach dla dzieci z mojej klasy, przepisując ją i przerysowując w pięciu czy sześciu egzemplarzach, bo przecież nie było jeszcze ksero ani drukarek. A więc pisanie mam we krwi, nigdy nie podjęłam świadomej decyzji, że będę pisać książki. Po prostu to robiłam, tak jak inne dzieciaki tak po prostu bawiły się samochodzikami albo zjeżdżały ze zjeżdżalni.

2. Kto jako pierwszy czyta Pani książki zanim wyśle je Pani  wydawcy?

Zwykle oddaję książki lekko spóźniona, kilka albo kilkanaście dni po umówionej z wydawnictwem dacie, więc czasu na testowanie ich na znajomych już nie ma. Kompletna wersja wędruje od razu do lekko już wkurzonego wydawcy. Ale pierwsze fragmenty, pomysły, rozdziały, które budzą moje wątpliwości, testuję najczęściej na mojej przyjaciółce Małgosi. Jest niesamowicie uważnym czytelnikiem i jedną z najbardziej kreatywnych osób, jakie znam. Zawsze wychwyci fałszywe nuty, zada właściwe pytanie, naprowadzając mnie na tory, z których zboczyłam… A przy tym tak cudownie motywuje mnie do pracy! Jestem jej nieustanną dłużniczką. Z kolei książki dla dzieci to ‘działka’ mojej mamy. Idę do niej na kawę, kiedy utknę gdzieś w pół drogi w jakimś szalonym wątku. Wyobraźnia mojej mamy naprawdę nie zna granic. I działa szybciej niż karabin maszynowy!


3. Do tej pory pisała Pani książki tylko dla dzieci i młodzieży. Dlaczego? Takie książki pisze się łatwiej? Mają mniej wymagających czytelników?

Ależ skąd! Nigdy nie nazwałabym pisania dla dzieci łatwiejszym czy mniej wymagającym. Tu każdy szczegół musi brzmieć prawdziwie, mieć swoje uzasadnienie. Dzieci są bardzo bystrymi czytelnikami, i nie wiedzą, że pewnych rzeczy nie wypada. Nie będą czytać czegoś, co jest nudne. Po prostu rzucą taką książkę w kąt. A jeśli coś jest dla nich niezrozumiałe, czy źle wymyślone, bezlitośnie to powiedzą prosto w oczy. Pisanie dla dzieci to wielkie wyzwanie i przygoda. Można zapuścić się w świat wyobraźni, użyć odrobiny magii… Uwielbiam pisać dla dzieci. Dla młodzieży też.
Ale to nieprawda, że nie pisałam do tej pory dla dorosłych. Zaczynałam od pisania dla dorosłych, mam kilka książek wciąż w szufladzie… Nie były dostatecznie dobre, kompletne, by je pokazać światu. Napisałam też trzy tomy sagi historycznej, również nigdy nie wydanej... To było wieki temu. Ale przed rokiem ukazała się powieść „Z jednej gliny”. Zwariowana historia czterech przyjaciółek. Trochę taki „Bezsennik” dla dorosłych…


4. Poznałam Pani twórczość kilka lat temu właśnie przy okazji "Bezsennika". To dla mnie absolutny bestseller. Do tej pory mam sentyment do tej serii. Ile czasu zajęło Pani napisanie go i która bohaterka była Pani najbardziej bliska? A może któraś z nich to Pani z lat młodości?
Nigdy nie opisuję siebie wprost w swoich książkach. Owszem, pewnie bohaterki dostają ode mnie czasami jakąś moją cechę, jakieś moje powiedzonka, albo marzenia. Ale żadna z nich nie jest ani trochę mną. Wymyślanie postaci jest znacznie ciekawsze. Za to wszystkie cztery dziewczyny w „Bezsenniku” były takimi postaciami, z którymi chętnie bym się zaprzyjaźniła. Tak samo zresztą jest z głównymi bohaterkami moich dorosłych książek. Muszę się z bohaterką przyjaźnić, rozumieć ją, kibicować jej, nawet jeśli robi błędy i strasznie mnie chwilami wkurza. To musi być postać, z którą chętnie przegadałabym przy winie, albo kawie, niejeden wieczór. Choć w najnowszej książce może trochę to złamię i stworzę postać, której nie chciałabym zaprosić na kolację. O ile mi się uda jej nie polubić już w pierwszym rozdziale…


5. W "Córeczce" porusza Pani problem wirusa HIV. Skąd pomysł na taką powieść?
Jestem z pokolenia, które wchodziło w dorosłość na przełomie lat 80. i 90.  Wtedy skrótów HIV i AIDS używaliśmy wymiennie: oba brzmiały jak wyrok śmierci. Wtedy umarł Freddie Mercury. Wtedy karierę nagle zakończył koszykarz Magic Johnson… a rok później powrócił na parkiet, mimo wirusa HIV, o czym dyskutowano w głównych serwisach informacyjnych od rana do nocy. To był jeden z najbardziej elektryzujących tematów. Ale HIV nie dotyczył zwykłych ‘porządnych’ ludzi. To był problem celebrytów, mających dziesiątki, setki partnerów. Dotyczył też narkomanów, bo wtedy w Polsce nie brało się kokainy i amfetaminy, tylko ‘dawało się w żyłę’ kompot, wielorazowymi strzykawkami…
Niedawno trafiłam na statystyki, które pokazują, że większość ‘normalnych ludzi’ wciąż uważa, tak jak 20 czy 25 lat temu, że ich ten problem nie dotyczy. Bo HIV nie może się przydarzyć porządnemu człowiekowi, a więc nie ma sensu robić testów i sprawdzać.
Mój ukochany pisarz, John Irving, mówi, że pisanie powieści często zaczyna się od zadania sobie przy oglądaniu wiadomości pytania ‘Co by było, gdyby…’. I ja je sobie zadałam. Co by było, gdyby taka bardzo normalna, bardzo poukładana, wykształcona żona i matka, dowiedziała się, że może być seropozytywna? Jak uporałaby się z tą wiadomością, jak rozmawiałaby z mężem o tym, że kiedyś w jej życiu był ktoś, kto dziś choruje na AIDS? Jak spędziłaby te godziny, albo dni, w oczekiwaniu na wynik testu? Bardzo mnie to gdybanie wciągnęło. Zaczęłam wyobrażać sobie siebie w tej sytuacji, moje przyjaciółki, znajome, byłe szefowe… I tak powstała „Córeczka”.


6. W powieści "Córeczka" można zauważyć podobieństwa z książką "Pierwsza na liście" Pani Magdaleny Witkiewicz. Wiem, że są Panie w bardzo dobrych relacjach. Czy to był zabieg celowy? Jeśli tak, to dlaczego go Panie wprowadziły?

To jedna z najdziwniejszych historii, jakie mi się zdarzyły. Znałam Magdę jako autorkę wesołych książek, takich jak „Milaczek” czy „Szkoła żon”. Spotkałyśmy się przelotnie na targach książki, pogadałyśmy chwilę na stoisku i zaiskrzyło między nami. Wiadomo było, że się lubimy… ale przez kolejne miesiące nie utrzymywałyśmy kontaktu. Do sierpnia, kiedy wracając ze spotkań autorskich nad morzem wpadłam do Magdy na kawę. Przy tej kawie Magda zapytała: „Co teraz piszesz?” Powiedziałam zgodnie z prawdą, że książkę o tym, jak do pewnej kobiety z poukładanym życiem przychodzi młoda dziewczyna i mówi… Magda przerwała mi przerażona: „Czekaj, to ja piszę o młodej dziewczynie, która przychodzi do kobiety i mówi…”. Ustaliłyśmy, że nie powiemy sobie już nic więcej, żeby się nie sugerować wzajemnie. Ale ja po powrocie do domu napisałam do wydawcy (obie wydajemy książki w Filii!) z prośbą, żeby sprawdził, czy nie piszemy przypadkiem tej samej książki. Znał przecież oba te pomysły od podszewki. Wydawca zapewnił, że to dwie różne historie, i że mam się nie martwić. No i faktycznie, to są dwie zupełnie różne historie, choć początki mają podobne. I obie, jak się okazało, dotyczą w jednym z wątków spraw zdrowia…



7. Skąd wziął się pomysł na wykreowanie "Kropeczki"?

Dziecko bezbronne wobec decyzji dorosłych to taki powracający motyw moich myśli, książkowych i prywatnych. Zrywamy związki damsko-męskie, kończymy przyjaźnie, przeprowadzamy się, umieramy – a dzieciaki zostają, i niewiele myślimy o tym, że zabieramy im kontekst, że pozbawiamy je kogoś ważnego. Często zastanawiam się, co słychać u córki mojej zmarłej przyjaciółki. Straciłam kontakt z jej mężem, nie widziałam od lat tej dziewczynki. Była maluchem, teraz jest prawie dorosła. Z dziećmi innej koleżanki też nie widziałam się od dawna, a przecież spędzaliśmy razem wakacje. Nasze drogi się rozeszły – ale co dzieci są temu winne? Kiedy wyprowadzałam się z bloku, w którym długo mieszkałam, córka sąsiadów płakała i mówiła „To już nie będzie to samo, bez państwa”. Takie małe pożegnania, które dla dzieci mogą być tragedią… Chciałam takie dziecko pokazać, sportretować. Dziecko, o którym nie pomyśleli w swojej rozgrywce dorośli.
Zawsze lubiłam bohaterki z pazurem, aktywne, nad wiek dorosłe, trochę niepokojące dziewczynki, biorące los w swoje ręce. Takie jak Pippi, jak Matylda Roalda Dahla, jak Ania i Mania, próbujące zeswatać rodziców na nowo, albo Matylda z „Leona Zawodowca”… To z uwielbienia dla nich wyrosła moja Kropeczka.


8. Czy jest coś w "Córeczce", co chciałaby Pani teraz zmienić?
Chciałabym rozbudować część, w której Agata poszukuje prawdy. Chciałabym, żeby te poszukiwania trwały dłużej, zmusiły ją do kolejnych podróży, spotkań… Chciałabym jeszcze bardziej poplątać tropy.

To niesamowite. Zwykle gdy kończę pisać książkę, strząsam ją z siebie, jak kaczka wodę… i wchodzę w kolejną opowieść. A ja wciąż jestem mentalnie w „Córeczce”, nie mogę się od niej uwolnić. Nie ma dnia, żebym nie pomyślała, że coś mogłam napisać inaczej, coś rozbudować… Ta historia wciąż żyje i czegoś ode mnie chce. Nie wiem, co to ma być? Wydanie drugie poprawione? A może scenariusz filmowy?

9. Czy ma Pani w planach napisać jeszcze jakąś powieść dla dorosłych?
Tak, i to niejedną! Pracuję w tej chwili nad dwoma, niemal symultanicznie. To znaczy, jedną piszę, dobrze się przy tym bawiąc, bo to tym razem historia lekka i wesoła… a druga, poważna jak „Córeczka”, męczy mnie i błaga „Odłóż tamtą i zajmij się mną!”. Ale próbuję ją ignorować i zmusić, żeby poczekała na wakacje. Takie poważne historie dobrze pisze się w upały, nad jeziorem lub morzem… Mam nadzieję, że ją okiełznam i poczeka. Wiosna przecież już niedaleko!


10. Z której dotychczas wydanej książki / książek jest Pani najbardziej zadowolona?

Myślę, że każdy autor najbardziej nienawidzi i najbardziej kocha swoją ostatnią książkę. Pamięta jeszcze towarzyszące jej powstawaniu emocje. Ja też jestem najbardziej zadowolona z „Córeczki”. To tak historia, która mnie samą przyprawia o dreszcze. Lubię główne bohaterki, jestem zakochana w okładce, którą wymyśliła Olga Reszelska… Niewinnej, tajemniczej, niedopowiedzianej. Ale bardzo, bardzo lubię też moją pierwszą wydaną książkę, sprzed ponad dziesięciu lat, czyli „Amora z ulicy Rozkosznej”. Pisanie go było taką zabawą, przyjemnością, szaleństwem. I wiem, że wielu młodych czytelników też wciąż pamięta Amora Korzonka, Kunegundę Brzuchacz i pewnego ducha o frotowym głosie…


11. Mówi się, że w obecnych czasach jest mało osób czytających. Jak Pani się do tego odniesie?

Ja mam wrażenie, że wszyscy czytają! Kiedy jadę pociągiem albo autobusem, wokół jest pełno ludzi z nosami w książkach albo czytnikach. Ja sama wciąż nie przekonałam się do e-booków, kocham szelest kartek, zapach farby drukarskiej, fakturę okładki… Poza tym namiętnie czytam w wannie, a czytnik chyba by tego nie zniósł? Ale jestem wdzięczna wynalazcy e-booków. One tchnęły nowe życie w literaturę, sprawili, że społeczeństwo cyfrowe, któremu nie po drodze było do księgarni, zaczęło czytać książki.


12. Co sądzi Pani o akcji "Polacy nie gęsi i swoich autorów mają"?

Świetny pomysł, świetny tytuł. Biję się w piersi: sama czytam stanowczo za mało polskich książek. W bibliotece automatycznie idę do regału z literaturą szwedzką, niemiecką, włoską, hiszpańską, no i angielską. Oczywiście czytam też książki amerykańskie, bo kto ich nie czyta? A po polskie książki sięgam wtedy, kiedy mi je ktoś poleci, napisze je ktoś znajomy, albo zainteresuje mnie bardzo okładka, opis… Niezbyt często. Muszę to zmienić! Już wypatrzyłam na stronie „Polacy nie gęsi…” kilka tytułów zdecydowanie godnych zainteresowania.



13. Jak zachęciłaby Pani moich czytelników bloga do sięgnięcia po "Córeczkę"?

O matko, nie wiem! To chyba najtrudniejsze, taka autoreklama! Nie chcę nikogo za bardzo namawiać, przekonywać… Powiedziałyśmy o „Córeczce” już tyle, że każdy chyba może sam zdecydować, czy ma ochotę po nią sięgnąć, czy nie. Nie mam bloga, unikam facebooka jak ognia także dlatego, że nie chcę się mizdrzyć do czytelnika, wołać jak osioł ze „Shreka” ‘Wybierz mnie, polub mnie, udostępnij, skomentuj, dodaj do znajomych’… Jestem zdania, że pisarz wypowiada się swoimi książkami, a nie pokazywaniem na facebooku czy blogu, że kupił bluzkę albo zjadł kotleta… Czy jest się lepszym pisarzem dlatego, że siedemset osób daje temu kotletowi ‘lajki’? Oczywiście, są osoby, którym taki bardzo osobisty, nieustanny kontakt z czytelnikami na blogach i facebooku wychodzi fantastycznie, ale we mnie osobiście ten styl komunikacji budzi silny opór. Jeśli mam coś ciekawego do powiedzenia, mówię to w książkach, w wywiadach, na spotkaniach autorskich. A najlepszą reklamą moich książek są… po prostu moje książki. O, wiem! Jeśli ktoś nie wie jeszcze, czy „Córeczka” jest dla niego, czy raczej nie, to w sieci jest już sporo recenzji, warto do nich zajrzeć. Ja namiętnie czytam recenzje książek i filmów, zanim się na nie zdecyduję. Lubię wybierać świadomie bohaterów i historie, z którymi spędzam czas.


Bardzo chciałabym podziękować autorce za bardzo wyczerpujące odpowiedzi! Czytając je po raz pierwszy byłam naprawdę zachwycona i zachwyt ten pozostał do teraz. A Wam jak się podobają odpowiedzi pani Fabisińskiej?
Czytaj dalej »