czwartek, 3 grudnia 2015

Sarah J. Mass - „Dziedzictwo ognia”




Była dziedziczką popiołu i ognia, i nie będzie się nikomu kłaniać.

        Drugi tom Szklanego tomu nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, jednak finał bardzo mnie zaintrygował. Dziedzictwo ognia już od jakiegoś czasu leżało na mojej półce i czekało na swoją kolej. Jako że jest to słusznych rozmiarów tomisko, musiałam wziąć pod uwagę czy tę książkę przeczytać na czas. Zaryzykowałam, bo już nie mogłam się doczekać, a z lekturą poradziłam sobie w średnio pięć wieczorów. Zapraszam zatem do bliższego zapoznania się z moimi wrażeniami.
          Celaena Sardothien przeżyła już wiele – brutalne szkolenia, niewolę, turniej o pozycję Królewskiej Obrończyni… Tym razem jednak przyjdzie się jej zmierzyć z własnymi demonami, z ciężarem jej dziedzictwa. Aby uzyskać informacje – kluczowe w wojnie z okrutnym królem Adarlanu – musi nauczyć się panować nad ogniem, który nosi w sobie. Podczas gdy codziennie ćwiczy pod czujnym okiem nieśmiertelnego Rowana, król wciela w życie kolejne z jego mrocznych planów. Jednak i na dworze władcy zawiązują się sojusze, mające na celu zakończenie jego panowania i przywrócenie magii na kontynencie.
Celaena, nieświadoma tego, co się dzieje w Rifthold, ma jeden cel – dostać się do legendarnego Doranelle, którym rządzi Maeve, i uzyskać odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Jak jej władca zdołał usunąć magię? Co zrobić, by ją przywrócić? Jednak opanowanie jej mocy to niejedyna rzecz, z którą będzie musiała się przedtem zmierzyć – król Adarlanu już o to zadbał. Czy dziewczynie uda się wyjść cało z koszmaru, jaki zgotował jej władca pozbawionego magii kontynentu? Co jeszcze planuje król? I jaki los czeka rebeliantów?

          Świetnym zabiegiem, który od razu na wstępnie muszę pochwalić jest rozdzielenie torów akcji na trzy. Śledzimy wydarzenia z miejsca pobytu Celaeny, z Adarlanu oraz z perspektywy wiedźmy Manon, która okazała się być bardzo ciekawą bohaterką. W każdym z tych miejsc dzieje się mnóstwo interesujących rzeczy. Wspaniałą wiadomością dla wszystkich fanów jest z pewnością to, że wszelkie nieścisłości czy znaki zapytania związane z przeszłością Celaeny zostały odkryte. Niewykluczone, że Sarah J. Mass ma jeszcze jakieś asy w rękawie, jednak wiele wątpliwości zostaje rozwianych, co mnie bardzo ucieszyło. 


Była kimś więcej niż tylko człowiekiem, niż tylko królową.

Aelin. 
Ukochana. Nieśmiertelna. Błogosławiona. 
Aelin.
Aelin, Władczyni Dzikiego Ognia. Aelin Ogniste Serce. Aelin Niosąca Światło.
Aelin. 
Uniosła ramiona i skierowała twarz ku słońcu. Krzyki ludzi wypełniły cały Biały 
Pałac. Święty znak rodu Brannona jaśniał błękitem nad jej czołem. Uśmiechała się do tłumów, do jej ludu, do jej świata gotowego na nią.


          Zabójczyni zostaje zmuszona do treningu, podczas którego okazuje się, że wcale nie jest tak znakomitą wojowniczką jak przypuszczała, albowiem z pełnokrwistym Fae nie ma najmniejszych szans. Jednak to nie z mordercze szkolenie okazuje się być najtrudniejszym zadaniem. Celaena musi zmierzyć się ze swoją przeszłością, rozliczyć swoje sumienie z win, pogodzić się z faktem popełnienia błędów, bo tylko dzięki szczerości i akceptacji przeszłości, będzie mogła ruszyć do przodu z czystym sercem i w zgodzie z samą sobą. Z ciekawością śledziłam odkrywanie przez główną bohaterkę swoich umiejętności, jak i sam trening, który był iście piekielny. Chwilami współczułam Celaenie z całego serca i krzywiłam się, kiedy sobie wyobraziłam, jak musi ją wszystko boleć po otrzymaniu lania od nieubłaganego Rowana. 
         W Dziedzictwie ognia pojawia się kilka nowych postaci. Wiem, że powszechnym uwielbieniem został obdarzony Rowan, którego polubiłam ale to nie on skradł mi serce. Moimi faworytami są bezapelacyjnie Aedion i Ren. Poruszyła mnie historia tych dwóch wspaniałych i wiernych wojowników. Trzymam za nich kciuki, aż mi palce sinieją. Mam ogromną nadzieję, że ich marzenie się ziści, bo sobie na to zasłużyli po latach działania wbrew sobie, zdradzaniu nie tylko siebie ale i bliskich swemu sercu, zapracowali na to. Ich wątek urwał się w trzymającym napięcie momencie, jednak nie zamierzam tracić wiary. Musi im się udać!


Jedynie w lożach panowały wesołość i ożywienie. Rozparci na czerwonych aksamitach bogacze rozprawiali o tym, co to oznacza dla ich fortun, gdzie zdobyć nowych niewolników, aby zapewnić nieprzerwane dostawy, i jak należy później owych niewolników taktować. [...]
Nadal rozmawiali, gdy odsunięto czerwoną kurtynę i oczom zebranych ukazała się orkiestra. Cud, że w ogóle zaczęli oklaskiwać dyrygenta, który szedł przez scenę, utykając. Dopiero wówczas zauważyli, że każdy z muzyków był odziany na czarno na znak żałoby. Niespodziewanie zapadło milczenie. Dyrygent uniósł ramiona, ale ogromną przestrzeń teatru zamiast spodziewanych taktów symfonii wypełniła Pieśń Eyllwe.
Po niej zabrzmiała Pieśń Fenharrow, Melisande, Terrasenu [...]. Na sam koniec muzycy zagrali Pieśń Adarlanu, bynajmniej nie po to, aby okazać triumf , ale żal z powodu tego, czym się stali.  
Gdy ucichła ostatnia nuta, dyrygent odwrócił się do zebranych, a muzycy stanęli za nim. Wszyscy spojrzeli ku lożom, gdzie migotały diamenty kupione za krew kontynentu. Bez słowa, bez ukłonu, zgoła bez żadnego gestu zeszli ze sceny. 
Na dnia rano dekretem królewskim teatr został zamknięty. Nikt więcej nie ujrzał ani muzyków, ani ich dyrygenta. 


          W tej powieści dostrzegałam tylko jeden minus, który rzeczywiście rzucał mi się w oczy, a momentami uwierał. Były to w niektórych miejscach naiwne dialogi, występujące głównie między Rowanem a Celaeną. Być może problem leży we mnie. Faktycznie żenuje mnie przesadny negliż emocjonalny i  czułam chwilami pewny dyskomfort. Zapewne nie jestem w tym odczuciu osamotniona. 
          Cóż się będę rozpisywać... Sarah J. Mass namieszała. I to porządnie. Bardzo podoba mi się kierunek, w którym zmierza wątek głównej bohaterki. Nie wiem, co myśleć o Dorianie, którego sytuacja bardzo mnie zmartwiła. Ileż jeszcze przyjdzie mu przyjąć ciosów od własnego ojca? Chaol wydał mi się postacią zbędą. Sympatyczny bohater, który jednak powinien zostać trochę odsunięty w cień. Nowe twarze mnie do siebie przekonały, szczególnie wcześniej przeze mnie wspominani Ren, Aedion i Manon. Ubolewam, że my, fani, jesteśmy zmuszeni wyczekiwać kontynuacji. Mam nadzieję, że wydawnictwo nie będzie dla nas okrutne i raz-dwa poradzi sobie z przygotowaniem czwartego tomu. 
          Dziedzictwo na tle dwóch poprzednich części tego cyklu wypada bardzo dobrze. Szklany tron mi się podobał, Korona w mroku mnie rozczarowała, zaś Dziedzictwu ognia udało się mnie oczarować, Pozostaje mi tylko żywić nadzieję, że kontynuacja będzie prezentowała równie wysoki, lub nawet wyższy, poziom. Oby nie spadł do tego obecnego w tomach poprzednich. Niechaj prędko się pojawia w księgarniach! 


Autor: Sarah J. Mass
Tytuł: Dziedzictwo ognia
Wydawnictwo: Uroboros
Data wydania: 23 września 2015
Ilość stron: 656
Ocena: 9/10



Za udostępnienie egzemplarza jestem dozgonnie wdzięczna księgarni:

 bonito.pl




źródło opisu: http://www.gwfoksal.pl/