piątek, 6 listopada 2015

Susan Ee - „Angelfall. Penryn i kres dni”




          Ostatni tom jakiejś serii zawsze wzbudza wiele emocji. Z jednej strony bardzo chcemy dowiedzieć się, co wydarzy się dalej w życiu postaci i jakie autorka napisze zakończenie, a jednak trochę żal, iż dana historia dobiega końca i nie dane nam już będzie spotkać się z jej bohaterami. Tę konkretną trylogię czytało mi się przyjemnie i szybko, zapraszam więc do zapoznania się z moją opinią.
           Po jednych wyzwaniach, nadchodzą kolejne niebezpieczeństwa. Między Penryn a ludzkością powstaje następny mur - zostaje wyznaczona nagroda za jej głowę. Oferta aniołów dla wykończonych wojną jest na wyraz kusząca. Raffe wciąż nie traci nadziei, że odzyska swoje skrzydła. Razem z Penryn poszukują lekarza, którego wiedza i umiejętności umożliwią wykonanie takiej operacji. Ponadto napięcie między tą dwójką wciąż wzrasta. Oboje czują, że nachodzi decydujące stracie i konieczność opowiedzenia się po którejś ze stron, a to wiele między nimi utrudni...
           Kres dni od pierwszej strony podejmuje akcję z tomu poprzedniego. Autorka nie traci czasu na wstępy, retrospekcje czy przypominajki. Zazwyczaj mnie lekko irytuje, kiedy takowe zabiegi są wprowadzane, dlatego że najczęściej miałam okazję czytać tom po tomie, bez większych przerw. Niestety Świat Po czytałam już jakiś czas temu i niekiedy miewałam kłopot, by skojarzyć do czego nawiązuje Penryn w danym momencie. Sądzę, że nie za długie wprowadzenie byłoby wielką pomocą dla czytelników w mojej sytuacji. Żałuję więc, że go zabrakło.

Ktoś namalował na suficie graffiti. Rycerz stoi z obnażonym mieczem naprzeciwko ziejącego ogniem smoka, dziesięciokrotnie od niego większego. Smoczy ogon niknie w ciemnościach w głębi sklepu, gdzie nie dociera światło wpadające przez okna. 
Obok rycerza widnieje napis: „Gdzie się podziali wszyscy bohaterowie?”.

         Tym czego Susan Ee i tym razem nie poskąpiła jest gęsty klimat. Makabryczne opisy, w których nie brakuje krwi czy ludzkich wnętrzności nadal występują. Ta groza jest obecna w codzienności głównej bohaterki. Ten świat to wciąż horror, miejsce, gdzie na każdym kroku spotykasz śmierć, ból i żal, a wszystko to, co pozytywne wymiera po kawałeczku. Bardzo sobie cenię ten aspekt. Świat się kończy, następuje apokalipsa, nie może to więc być miłe i śliczne. Autorka nie oszczędza odbiorców, zmusza ich do wyobrażenia sobie wielu nieprzyjemnych i strasznych rzeczy, które mogłyby małe dzieci straszyć po nocach. Nie wiem, jak odbierają to osoby o słabszych nerwach ale ja zdołałabym znieść o wiele więcej i ucieszyłabym się, gdyby ten koszmar został zaserwowany w jeszcze większym natężeniu.
         Pewnym kontrastem dla tej ponurej atmosfery jest relacja Penryn i Raffego, która weszła na zupełnie nieprzyzwoity w tych okolicznościach poziom. Oczywiście rozumiem fakt, że pomimo tego, jak wiele przyszło przeżyć głównej bohaterce, ona nadal jest nastolatką i nie miała możliwości, aby dojrzeć na płaszczyźnie emocjonalnej, a konkretnie romantycznej. Ba, nawet dylemat archanioła w stanie zawieszenia nie budzi żadnych moich wątpliwości. Jednak to w jaki sposób ta dwójka się zachowuje wydaje mi się skandaliczny. Odczuwałam niesmak na przestrzeni całej akcji. Świat się wali i pali a ta parka zabawia się w jakieś podchody dla gimnazjalistów. Można by założyć, że archanioł Rafael zachowa się bardziej godnie, a dziewczyna, na której spoczywa duża odpowiedzialność i świadomość tego, że może stracić życie w każdej chwili, troszkę bardziej rozsądnie. Autorka jednak widziała to inaczej, w efekcie w trakcie czytania zdarzało mi się czuć zażenowanie z powodu postępowania bohaterów.

Powinnaś związać się z jakimś sympatycznym chłopcem z rody ludzkiego. Takim, który będzie słuchał twoich rozkazów i znosił twoje wymagania. Z kiś, dla kogo sensem życia będzie zapewnienie ci bezpieczeństwa i porządnej strawy. Z kimś, kto cię uszczęśliwi. Z chłopakiem, z którego będziesz mogła być dumna. - Pokazuje ręką na Obserwatorów. -  Nie znajdziesz kogoś takiego w tym stadzie.
Posyłam mu gniewne spojrzenie. 
- Będę pamiętała, żeby podesłać ci go najpierw do akceptacji zachwycę się - „zadowolę się” - kimś takim.
- Podeślij. Wyjaśnię mu dokładnie, jakie warunki ma spełnić. 
- Zakładając, że przeżyje przesłuchanie - wtrąca Howler. 

         Co więcej nie uważam, aby finał tej historii był satysfakcjonujący dla czytelnika. Moim zdaniem zdecydowanie za szybko poszło. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że w ogólnym rozrachunku zakończenie jest przesłodzone. Po powieści w takiej oprawie i estetyce spodziewałam się czegoś mocnego. Tymczasem otrzymałam coś zgoła innego i nie wiem, co myśleć.
          Całą trylogię średnio oceniłabym jako całkiem przyzwoitą. Posiada kilka mocnych akcentów oraz paręnaście słabszych aspektów. Susan Ee szła w bardzo dobrym kierunku, szkoda jedynie, że zboczyła z obranej trasy i skierowała się w stronę motywów rodem z klasycznego paranormal romance. Czy jest to czymś złym? I tak, i nie. Czytelnicy gustujący w takiej literaturze będą pewnie zadowoleni, ja jednak czuję się rozczarowana, ponieważ oczekiwałam czegoś innego, czegoś więcej, czegoś nowego. Mimo to tę książkę czyta się przyjemnie, a ta przepiękna okłada sprawia, że serce zaczyna mi szybciej bić. Nie mogę się wręcz napatrzeć. Jest wspaniała, olśniewająca, klimatyczna... CUDO!



Autor: Susan Ee
Tytuł: Angelfall. Penryn i kres dni
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 2 września 2015
Ilość stron: 368
Ocena: 6/10


Serdecznie dziękuję za udostępnienie egzemplarza wspaniałej księgarni
 bonito.pl