piątek, 13 listopada 2015

Kat Zhang - „Co ze mnie zostało”




Chciałam zniknąć. Wślizgnąć się w nicość, którą  odkryłyśmy, gdy miałyśmy trzynaście lat, gdzie nie było nic ostrego, co zadawałoby ból, jedynie potok snów wirujących wokół nas, aż w końcu stawałyśmy się częścią ich. 
Ale nie mogłam. Teraz miałam zbyt wiele do stracenia.

          Co ze mnie zostało to debiut młodej pisarki, Kat Zhang, która tak jak i my jest molem książkowym. Pomysł autorki lekko kojarzył mi się z Intruzem Stephenie Meyer, nie umniejszało to jednak mojego zaciekawienia. Coś w opisie tej książki mnie intrygowało, biła z niego pewna emocja, która wzbudziła moje zainteresowanie. Nie spodziewałam się po tej lekturze niczego konkretnego a jednak w jakiś sposób mnie ona poruszyła.
          Eva i Addie są siostrami, nawet sobie bliższymi niż bliźnięta, ponieważ zamieszkują jedno ciało i znają wzajemnie swoje myśli oraz uczucia. Na pewnym etapie rozwoju dusza recesywna powinna zaniknąć, a wówczas absolutną władzę nad ciałem przejmuje dusza dominująca. Eva jednak nie odeszła. Osoby takak one nazywane są hybrydami, których obawia się i z którymi walczy cały kraj, Dziewczęta nie chcą się ze sobą rozstawać, udają więc, że są „normalne”, by nie zostać aresztowane. Przytłoczone strachem i niepewnością, walczą z system, zmotywowane miłością, której nie sposób zrozumieć w pełni.
          Kat Zhang posiada coś, co nie zawsze udaje się zdobyć nawet doświadczonym autorom - zdolność wzbudzenia w czytelniku emocji. Pamiętając, że mam do czynienia z debiutem, nie mogę tego nie docenić. Wczułam się w tragedię Evy i Addie. W czasie lektury towarzyszył mi ten smutek, który wyczułam już w opisie. Wlókł się za mną nieustannie, czasem wyprzedzając mnie o krok lub dwa. Współczułam tym dziewczynom, nie potrafiłam inaczej, tym bardziej że hybrydyzm to tylko jeden z ich wielu problemów.
           Eva jest duszą recesywną, a więc utraciła możliwość kierowania ciałem, To Addie ma wyłączną władzę, a jej siostra po prostu istnieje. Myśli, czuje, pragnie, jednak nie posiada żadnej siły sprawczej, utraciła ją kilka lat temu, w czasie kiedy powinna była odejść. Moment kiedy pojawia się możliwość, by Eva odzyskała umiejętność posługiwania się własnymi kończynami jest trudny dla obu dziewczyn. Addie chce, aby jej siostra była szczęśliwa ale utrata kontroli, którą posiadała od zawsze ją przeraża. Natomiast Eva nie chce na Addie naciskać, nie potrafi jednak zrezygnować z pragnienia, by na powrót móc być niezależną. Dylematy się mnożą, uczucia wybuchają, a niebezpieczeństwo jest coraz bliżej.
          Bardzo ciekawym aspektem tej książki jest narracja. To z perspektywy Evy czytelnik zapoznawany jest z wydarzeniami, ta jednak wypowiada się w liczbie mnogiej! W ten sposób jasno zostaje podkreślone, że Addie i Eva są jednością. Dwoma nierozłącznymi częściami całości. Duszami, które w harmonii potrafią funkcjonować w jednym ciele. Nie umknęło mojej uwadze, że w pewnym momencie ten zabieg gdzieś zanika, by ponownie powrócić. Jest to na tyle zaskakujące, że nie potrafię ocenić czy autorka postąpiła tak celowo, czy też się zapomniała, jednak rzuca się to w oczy, kiedy już jest się przyzwyczajonym do narracji mnogiej.
         Imponuje mi, że ta pozornie zwykła powieść młodzieżowa, przemyca w swojej treści tyle istotnych problemów, takich jak poszukiwanie własnej tożsamości, poświęcenie ale i walka o siebie oraz o to, w co wierzymy. Addie i Eva uczą czytelnika, że nie zawsze to dorośli mają rację. Czasami zamiast spuścić głowę należy krzyknąć głośno i wyraźnie: nie. Tak po prostu dać wyraz swoim emocjom, by móc ocalić to, co jest dla nas ważne, co szanujemy i kochamy, czego nie chcemy utracić za żadną cenę.
         Muszę przyznać, że pomył na fabułę jest ciekawy. Jak już wspomniałam, nie sposób nie skojarzyć sobie Co ze mnie zostało z Intruzem, na którego temat wypowiadać się nie mogę, bo lekturę porzuciłam po kilkudziesięciu stronach. Choć fakt, że Co ze mnie zostało dokończyłam, coś oznacza. Tutaj dwie dusze darzą się miłością i zaufaniem. Nie walczą o kontrolę ale chcą ją dzielić, a jedyne czego pragną to być razem. Nie sądzę, abyście kiedyś puścili wodze fantazji i wyobrażali sobie, jakby to było, jeśli w Was żyłby ktoś jeszcze, ktoś kto jest z Wami od chwili poczęcia. Ja takich refleksji nigdy nie snułam i naprawdę nie potrafię powiedzieć, jak postąpiłabym na miejscu głównych bohaterek. Nie wątpię, że doświadczyłabym wszystkich ich trosk. Bardzo ciekawa koncepcja, której rozwinięcie szalenie mnie ciekawi.
         Co więcej Kat Zhang tom pierwszy zamknęła dokładnie tak, jak lubię, czyli słodko-gorzko. Z jednej strony chciałabym się cieszyć, bo coś się udało, jednak inne przykre wydarzenie, rzuca cień na ten pozytyw i uniemożliwia mi radowanie się. Autorka nie domknęła wszystkich wątków, gdzieniegdzie stawiając znaki zapytania, gdyż Co ze mnie zostało otwiera cykl pod tytułem Kroniki Hybrydy. Ja jak najbardziej deklaruję chęć przeczytania kontynuacji. Zakończenie wzbudziło moją ciekawość, nasunęło mi się kilka pytań, na które odpowiedź chciałabym poznać i mam szczerą nadzieję, że uda mi się tego dokonać po przeczytaniu drugiego tomu tego cyklu.
         Jak najbardziej polecam przeczytać tę książkę wszystkim tym, którzy tak jak ja zostali przyciągnięci przez opis. Na pewno warto samemu się zapoznać i wystawić swoją własną, subiektywną opinię. Sądzę, że należy dać szansę tej młodej autorce, choćby po to, by dowiedzieć się, jak dalej zamierza rozwijać swój pomysł na ten cykl. Mi lektura sprawiła przyjemność, a finał zainteresował, zatem zachęcam do przeczytania, bo książka ta jest już dostępna w księgarniach.


Autor: Kat Zhang
Tytuł: Co ze mnie zostało
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data wydania: 21 października 2015
Ilość stron: 398
Ocena: 7/10

Za egzemplarz z całego serca dziękuję wydawnictwu: