piątek, 20 listopada 2015

Alexandra Bracken - „Po zmierzchu”



Czerń jest kolorem pamięci.
To nasz kolor.
Jedyny, którego użyją, by opowiedzieć naszą historię. 

          Ten tom zamyka trylogię Alexandry Bracken pt. Mroczne Umysły, tym samym kończąc zdanie, w które układają się tytuły książek. W ten oto sposób dowiedzieliśmy się, że mroczne umysły nigdy nie gasną po zmierzchu, ale to każdy z nas już wiedział, prawa? Po zakończeniach zawsze spodziewa się najwięcej, a zatem z ciekawością i delikatną nieufnością chwyciłam za tę książkę. Przeczytałam ją, a więc jedyne, co mi pozostało to podzielić się z Wami moimi wrażeniami.
           Po ostatnich wydarzeniach Ruby razem z pozostałymi dziećmi wyrusza na poszukiwania bezpiecznej przystani. Teraz częściowo na jej barkach spoczywa rola przywódcy. Wie już czego pragnie i jak zamierza to osiągnąć. Zdecydowała się walczyć o wolność swoją i wszystkich dzieci. Niestety, nie zawsze wszystko układa się tak, jak byśmy tego chcieli.
           Jednym z aspektów najbardziej zasługujących na pochwałę jest to, że czytelnik bez problemu zdoła zauważyć, jak postać Ruby ewoluowała. Z przestraszonej dziewczynki, zmieniła się w pełną odwagi młodą kobietę, która ma już w pełni ułożoną hierarchię wartości. Gotową poświęcić rzeczy ważne dla tych jeszcze ważniejszych. Główna bohaterka nie miota się w morzu niepewności ale dąży do zrealizowania swoich celów, nawet pomimo chwil wahania i kilku „ale”. Szczególnie ważny jest fakt, że Ruby nareszcie zaakceptowała, kim jest i co potrafi. Bardzo dobrze pamiętam, jak nienawidziła i bała się swoich zdolności, a więc i samej siebie. To duży postęp, który mnie bardzo ucieszył.

Bo marzyciele zawsze budzą się z koszmarów i zostawiają w tyle nękające ich potwory. 

          Nie można zapomnieć o pozostałych postaciach. Z oczywistych względów nie będę wszystkich opisywać, jednak na tle całej gamy bohaterów wyróżnia się kilka jednostek znanych już z tomów poprzednich. Nadal swoją przemądrzałością bawi Pulpet, któremu wciąż dogryza pyskata Vida. Swoim urokiem rozczula Cole, a Liam na przemian wkurza i porusza serce. Co więcej wraca dawniej zagubiona postać, co z pewnością ucieszy wielu czytelników. Clancy nie odpuszcza i ponownie udowadnia, na ile go stać. Dwóm z tych bohaterów muszę poświęcić jeszcze kilka zdań. Rola Cole'a w Po zmierzchu zyskuje na ważności, dlatego nie dziwią mnie głosy rozczarowanych i zranionych fanów. Również żałuję, że jego losy zostały napisane tak, a nie inaczej, jak i strasznie mi żal, że brakuje tak wielu szczegółów. Jest to jednak defekt narracji pierwszoosobowej, co ciężko przeskoczyć. Młody Gray należy do kluczowych postaci, ponieważ to on od początku uzurpuje sobie rolę reżysera, a finał jego spektakli najczęściej, a nawet zawsze, jest krwawy. Rozumiem dlaczego autorka w taki sposób poprowadziła tego bohatera - sama to w końcu wyjaśniła ustami Ruby, nie zmienia to jednak faktu, że bardzo mi się to nie podoba. Bardzo doceniam, że jego charakter nie uległ zmianie, ale Clancy zasłużył sobie na coś zupełnie innego, choćby z uwagi na Cole'a i jeszcze jednego bohatera, którego kochałam.

Kiedy przywieziono nas do Thurmond, padał deszcz.
Kiedy z niego wychodziłam, też padało.

           Wątek romantyczny może irytować, i jeśli chodzi o moje odczucia, to to właśnie robi ale zgrzyty między Ruby a Liamem są jak najbardziej zasadne. Autorka niejednokrotnie zaznaczała różnice w charakterach tych postaci. Każde z nich wierzy w coś innego, żadne też ani myśli ustąpić. Łączące ich uczucie jednocześnie łagodzi i zaostrza spór światopoglądowy. To naturalne, a nawet trochę potrzebne, bo gdyby byli idealną, zgodną parą, w obliczu wydarzeń mających miejsce w książce, jak i charakterów tych bohaterów, byłoby to niewiarygodne.
           Najsłabszą cechą tej powieści jest przewidywalność. Miałam nawet taki moment, kiedy sobie pomyślałam: hm, a sądziłam, ze to potoczy się tak i tak, zazwyczaj w tego typu powieściach tak jest, super, coś nowego. Jak się pewnie domyślacie za naście stron, dokładnie to się wydarzyło. Jest to tylko jeden z licznych przykładów. Wielu, istotnych bardziej lub mniej, rzeczy się samemu domyślić, a to bardzo boli, bo lubię być zaskakiwana, a nawet szokowana. Bardzo żałuję, że Alexandra Bracken zdecydowała się skorzystać z kilku wyświechtanych schematów.

Nie czas, by zmieniać samą siebie i dopasowywać się do świata. (…) To świat powinnaś zmieniać. Walczyć o rzeczywistość, która cię zaakceptuje i w której będziesz mogła istnieć taka, jaka jesteś. W której nikt nie otworzy ci głowy skalpelem, by cię zniszczyć.

           Jeśli czytaliście dwa poprzednie tomy, na pewno zastanawiacie się, jak wygląda finał. Ja Wam go nie opowiem, byście mogli przekonać się o tym na własnej skórze ale muszę przyznać. że w ogólnym rozrachunku, nie rozdrabniając się zbytnio, czuję się usatysfakcjonowana. Naprawdę spodobało mi się, w jaki sposób autorka poprowadziła wątek obozów, a nawet samych Stanów Zjednoczonych Ameryki. Pomijając mój żal odnośnie wyżej wspomnianych bohaterów czy kilku detali, nie odczuwam niedosytu. Alexandra Bracken wyjaśniła bowiem wszystkie palące kwestie i zamknęła wszystkie wątki, co nie zmienia faktu, że z pewnością nie zabrakłoby fanów ciekawych ewentualnych dalszych losów bohaterów Mrocznych Umysłów.

          Bardzo pozytywnie oceniam ten tom, a także uważam, że sama seria stanowi dość ciekawą całość, wartą przeczytania, jeśli jest się fanem takiej tematyki. Ten cykl coś w sobie ma. Muszę przyznać, że sama jestem zaskoczona, jak wysoko oceniam tę trylogię, bo spodziewałam się innych odczuć. Tymczasem jestem zadowolona i gotowa zachęcić wszystkich zainteresowanych do przeczytania. Nie ma jakiegoś wielkiego WOW, przynajmniej ja tak nie mogę krzyknąć ale podobały mi się Mroczne Umysły. Dobrze mi się czytało i pozytywnie będę je wspominać.


          Autor: Alexandra Bracken
Tytuł: Po zmierzchu
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 11 sierpnia 2014
Ilość stron: 480
Ocena: 8/10



Za udostępnienie egzemplarza jestem dozgonnie wdzięczna księgarni:

 bonito.pl