sobota, 31 października 2015

Anna McParlin - "Ostatnie dni Królika"

Książki, w których poruszane są trudne tematy, zazwyczaj różnego rodzaju chorób są ostatnimi czasy coraz bardziej "chodliwe". Zarówno coraz więcej ich powstaje, jak również czytelnicy chętnie sięgają po taką literaturę. Ja dawno nie miałam niczego takiego w swoich dłoniach, dlatego w końcu przyszedł czas na "Ostatnie dni Królika". 

Czterdziestoletnia Mia Hayes, zwana w rodzinie Królikiem, trafia do hospicjum – jej kilkuletnia walka z rakiem dobiega końca. Bliscy wciąż poszukują cudownego lekarstwa, powoli jednak godzą się z tym, że Mia wkrótce odejdzie. Każdy z nich na swój sposób radzi sobie z tym, co nieuniknione. Wojownicza matka nie poddaje się i ciągle wierzy, że lekarze uratują Mię. Siostra nie ma złudzeń, ale przekonuje nastoletnią Juliet, że jej mama wyzdrowieje. Brat rockandrollowiec co prawda przerywa trasę koncertową i wraca do domu, ale robi wszystko żeby nie myśleć o śmierci siostry. Wszyscy spotykają się przy łóżku Mii i plotkują, by zagłuszyć niepokój. Otoczona bliskimi Mia wspomina Johnny’ego, swoją pierwszą miłość. Ma nadzieje, że się spotkają. Najbliższe dziewięć dni zabierze wszystkich w szaloną podróż przez spełnione i niespełnione marzenia.

"Ostatnie dni Królika" to powieść o czterdziestoletniej Mii, zwanej przez rodzinę i przyjaciół Królikiem. Kobiecie chorej na raka, umierającej można powiedzieć. Ostatnie swoje dni spędza w hospicjum, gdzie każdego dnia wokół niej zbiera się liczna rodzina, która próbuje podnieść ją (jak również siebie) na duchu. Chcą, aby te ostatnie dni były dla niej wspaniałe, by spędziła je w rodzinnym gronie.  

Można pomyśleć, że ta książka to głównie szpital, choroba, śmierć, smutek, rozpacz i nic więcej. Ale tak nie jest.  "Ostatnie dni Królika" to nie tylko smutne sceny z chorą i przykutą do łóżka Mią. Nie. W jej wspomnieniach przenosimy się do jej dzieciństwa i lat młodości, gdy była piękną, zdrową i szczęśliwą dziewczynką, nastolatką i kobietą. Poznajemy jej pierwszą (i być może jedyną) miłość - Johnny'ego, który odszedł od niej wiele lat temu. Dowiadujemy się sporo rzeczy odnośnie jej dzieciństwa, relacji z rodziną, rodzeństwem i otoczeniem. Poznajemy jej pasje, zainteresowania. 

Książkę czyta się naprawdę bardzo dobrze. Chociaż podobno (bo tak stwierdziła moja przyjaciółka) ta książka nie jest w moim stylu ("bo Ty czytasz same romanse"), bardzo mi się podobała. Było to naprawdę świetne oderwanie się od moich codziennych lektur.  Spędziłam z nią wiele wspaniałych chwil. Czytałam ją dosyć długo, jednak było to celowe. Nie chciałam tak szybko rozstawać się z tymi cudownymi bohaterami. A poza tym. Wiedziałam co mnie czeka na końcu, dokładnie wiedziałam. Nawet tytuł mówi sam za siebie. Jednak mimo wszystko, nie sama śmierć Królika zrobiła na mnie takie wrażenie jak to, w jaki sposób odeszła. Łzy cisnęły mi się do oczu. To było takie piękne. 

Powieść podzielona jest na dziewięć części. Każda z nich to jeden dzień, który Królik spędza w hospicjum. Dziewięć dni, w których rodzina próbuje jeszcze coś zrobić, jakoś nie dopuścić do tego, co nieuniknione. Dziewięć dni, w których wszyscy są razem. Cała rodzina w komplecie. Zupełnie oderwana od codzienności. Rodzina, która każdego dnia zjawia się przy łóżku chorej, nie dając się jej nudzić, wspierająca Mię na duchu, wspominająca dawne życie. Ciepła, kochająca się rodzina, która w takiej właśnie chwili potrafi się zjednoczyć i być razem naprawdę, mimo wielu innych obowiązków. 

"Ostatnie dni Królika" polecam wszystkim tym, którzy chcą poczuć, co w życiu jest najważniejsze. Osobom, które chcą przeczytać emocjonującą książkę, poczuć wiele różnych emocji i otrzymać coś, co skłoni je do refleksji. Bo ta książka bez dwóch zdań jest dokładnie taka. 



piątek, 30 października 2015

Darynda Jones - „Trzeci grób na wprost”




Śmierć przychodzi do tych, którzy na nią czekają. 
Oraz do tych, którzy nie czekają.
Więc tak czy owak...

          Nie jest tajemnicą, że kocham serię o Charley Davidson, jak i samą Charley Davidson, z którą zawsze bawię się genialnie. Nie mogłam się wprost doczekać, kiedy w końcu dorwę się do tej książki i wtopię w świat zwariowanej kostuchy z najlepszym tyłkiem we wszystkich wymiarach (wierzę jej na słowo)! Wciągnęłam się straszliwie, a lektura poszła mi bardzo szybko. Teraz cierpię, bo jestem zmuszona czekać aż ukaże się kontynuacja Trzeciego grobu na wprost. Mam nadzieję, że niebawem pojawi się na rynku.
          Charley Davidson, kostucha pierwsza klasa i prywatna detektyw (taka sobie), uprawia swą profesję na kofeinowym gazie, i to sporym, jako że gorąco pragnie wywołać u siebie bezsenność. Ilekroć zmruży oczy, pojawia się Reyes Farrow - pół-człowiek, pół-supermodel, całkiem syn Szatana. Problem tylko w tym, że jest odrobinę poirytowany. W sumie Charley spętała go na całą wieczność, więc trudno się chłopu dziwić. Jednak trzynaście dni bez spania ma prawo zrobić z dziewczyny wariatkę.
          Kiedy więc pewien mężczyzna zatrudnia ją, by znalazła jego żonę, Charley przyjmuje zlecenie z jednym celem na oku: posadzić gościa, i to bynajmniej nie na stołku w barze. Wina wprost od mężczyzny bucha, więc Charley poprzysięga znaleźć zwłoki jego żony i udowodnić, że jest on mordercą.
          W międzyczasie Reyes wrócił do więzienia i nie jest z tego powodu specjalnie zadowolony... A przynajmniej Charley tak sądzi, dopóki ten ciemnowłosy szelma jej nie uprowadza. Zarzeka się przy tym, że człowiek, którego rzekomo zabił, żyje i ma się dobrze, a w dodatku przebywa gdzieś w pobliżu. A Reyes chce, by Charley go znalazła.
          Wizyta u starego kumpla, Rocketa, nie rzuca światła na sytuację Reyesa, Charley odkrywa jednak, że żona jej klienta nadal żyje. Co oznacza, że czasu jest niewiele. Znaleźć ją, zanim umrze, graniczyłoby z cudem, ale Charley musi chociaż spróbować. Z pomocą swej modnej inaczej recepcjonistki Cookie kostucha wyrusza na misję, by postawić łajdaków przed obliczem sprawiedliwości. Oby tylko Reyes nie okazał się jednym z nich. I oby nie wyszło na to, że z tej wymuszonej bezsenności ma omamy.


Złapałam telefon i znów zadzwoniłam do Cook.
- Stara, musimy sobie zorganizować wózek golfowy, żeby nim jeździć do pracy i z pracy do domu. 
- Idzie się jakieś trzydzieści sekund. 
- No właśnie! Co roku zaoszczędzimy na dojeździe do biura całe minuty. 
- Spałaś już?
- Pewnie. Ucięłam sobie po drodze turbo drzemkę.
- Czy ty czasem nie jechałaś samochodem? 
- No. Inni kierowcy ciągle mnie budzili. Klaksony powinny być zakazane. 


          W tym tomie Charley znowu ma kłopoty, co już chyba nikogo nie dziwi. Reyes nadal sprawia problemy, z tatą niełatwo jej się układa, a do tego jeszcze dochodzi nowe śledztwo. Jakby tego było mało, nad głową naszej kostuchy zawisła groźba wojny, w której Charley będzie musiała odegrać istotną rolę... Cóż, nikt nie obiecywał, że fucha kostuchy to spacerek po łące, prawda? Nie sposób jednak nie współczuć głównej bohaterce. Jestem pewna, że mój żal byłby stokroć większy, gdyby Charley nie rozśmieszała mnie na każdym kroku. 
             Nie jest tak, że autorka wszystko zwala na barki Charley, która ostatnio jest totalnie niewyspana. Przy jej boku obowiązkowo czuwa wspaniała Cookie. Te babki oddzielnie są zabójcze, ale kiedy występują razem są nie do zatrzymania. Ubóstwiam je. Ich ciągłe przekomarzanki, pieprzne i przezabawne riposty tworzą klimat tej serii. One stanowią duet doskonały. Nie oznacza to jednak, że pozostali bohaterowie zostali skryci w ich cieniu, bo i na przykład taki Wubek potrafi rozwalić mnie jednym swoim tekstem. Co więcej w tym tomie rozkręca się również smakowity Garrett, a o cudnym Reyesie wspominać nawet nie będę, bo nie muszę. W końcu wszystkie go uwielbiamy. Jeśli jednak, jakimś cudem, komuś za mało było fajnych facetów, w Trzecim grobie na wprost pojawia się gang motocyklowy bogaty w pociągających brutali. O tak, takie rzeczy to my lubimy, prawda?


 - Jak wizyta u Kim?
Westchnęłam przeciągle i z wysiłkiem, po czym powiedziałam:
- Kiedy przyszłam, była bardzo szczęśliwa. Kiedy wychodziłam, podejrzewam, że była na krawędzi samobójstwa.
- Rzeczywiście tak działasz na ludzi. 

          Wspominałam o tym w recenzjach poprzednich tomów, w tej i na pewno napiszę o tym w moich opiniach o kontynuacji: humor jest tutaj podstawą i najmocniejszym filarem. Choćbym miała najgorszy nastrój ever, strasznego doła i popłakiwała po kątach od tygodnia, nie zdołam ochronić się przed urokiem tego cyklu. Ta niebiańska kostucha zawsze mnie rozśmiesza, a wszystkie moje problemy na czas lektury stają się nieistotne. Właśnie to najbardziej sobie cenię w literaturze. Jeśli jakaś książka potrafi oderwać moją duszę, ciało i umysł od trosk świata doczesnego i szarej rzeczywistości w mojej opinii jest to powieść udana, bo właśnie w tym celu czytam. Tego pragnę, poszukuję i oczekuję. Uwielbiam się śmiać a czytając serię Daryndy Jones nie da się tego nie robić, co  jest genialne. 


Z nagłym rozbłyskiem przerażenia uświadomiłam sobie, że mój mysz przepadł. Po prostu... przepadł. Co za człowiek zabrałby biednego, bezbronnego mysza? Popatrzyłam na jego moduł USB - mój mysz uwielbiał ten moduł - i dałam sobie chwilę na to, by opłakać mysza, którego nazbyt często nie doceniałam. 

         Nurtuje mnie, kiedy relacja Charley i Reyesa zacznie się... przejaśniać (?). Nadal trudno jest określić, co tych dwojga łączy, poza nieziemskim pożądaniem i przyciąganiem, gdyż niezbyt dobrze układa im się na wszystkich płaszczyznach, w których do głosu dochodzi zdrowy rozsądek. Nasze gołąbeczki nadal się żrą i siłują, pomimo tego, że Charley jest ewidentnie zakochana a Reyes piekielnie o nią zazdrosny. Ich zawirowania wciągają i oczywiście bawią. Tak trzymać!
          Wątek detektywistyczno-kryminalny mnie osobiście zainteresował nie mniej od pozostałych. Głowiłam się nad tym czy ta żona żyje czy nie, gdzie jest i ogólnie, o co tutaj właściwie chodzi. Moja ulubiona nieszczęsna kostucha przy okazji śledztwa w tej sprawie, otarła się o śmierć po raz chyba już tysięczny, i ponownie spadła na cztery łapy. Fakt faktem niemało sponiewierana ale jednak w jednym kawałku, co mnie bardzo cieszy. Jak zwykle z opresji wyciągnął ją cięty język, powalający urok osobisty i hektolitry szczęścia. 

Jeśli życie daje ci cytryny, zatrzymaj je sobie
No bo wiesz - cytryny za friko. 

         Cóż Wam tu będę się dalej rozpływać i podniecać... Lepiej sami doświadczcie tych wszystkich wspaniałości, o których się powyżej rozpisuję, bo naprawdę warto. Zamiast się stresować szkołą, studiami, pracą czy innymi przytłaczającymi problemami, sięgnijcie po serię Daryndy Jones, która wyciągnie Was z dołka i doda sił na dalszą walkę z przeciwnościami losu. Bo najważniejsze to się wyluzować i odpocząć fizycznie, psychicznie i emocjonalnie, a to gwarantuje Trzeci grób na wprost

Autor: Darynda Jones
Tytuł: Trzeci grób na wprost
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data wydania: 2015 rok
Ilość stron: 450
Ocena: 9/10

Za egzemplarz z całego serca dziękuję wydawnictwu:



opis skopiowałam ze strony http://www.papierowyksiezyc.pl/, ponieważ jest obłędny <3

środa, 28 października 2015

Katarzyna Misiołek - "Ostatni dzień roku"



Sylwestrowa noc, to zazwyczaj wielkie przygotowania do niezapomnianej nocy, by pożegnać Stary Rok i przywitać Nowy. To nadzieje na to, że Nowy Rok będzie lepszy od poprzedniego - nowe plany i postanowienia. Magda również cieszyła się na tę noc, dopóki coś nie zaburzyło jej spokoju, a bałagan w jej życiu nie wkradł się na długie lata w jej życie...

Magda to młoda studentka, która cieszy się życiem, miłością i zdawałoby się, że wszystko idzie ku dobremu, kiedy nagle w sylwestrową noc nie przepada bez śladu jej starsza siostra Monika. Wszyscy bardzo aktywnie włączają się w poszukiwania, robią wszystko, by ta historia skończyła się pomyślnie, by Monice nie stała się żadna krzywda, jednak nie wszystko idzie po ich myśli. Jakub - mąż Moniki, robi wszystko, by odnaleźć żonę, policja również bardzo angażuje się w tę sprawę, jednak bezskutecznie. Po kobiecie ginie ślad, nikt nic nie wie, a kolejne miesiące coraz bardziej zabijają i tak już nikłą nadzieję na odnalezienie jej żywej. 

Magda załamana zaginięciem starszej siostry, nie potrafi znaleźć swojego miejsca w życiu. Popełnia masę błędów, pakuje się w niezdrowe sytuacje, które sprawiają jej ból, a ból to jej jedyny sprzymierzeniec w tej nierównej walce. 

Cała rodzina pragnie odnaleźć Monikę, nie widząc jak bardzo wszyscy oddalają się od siebie. Pogrążeni w myślach o zaginionej, nie dostrzegają jak destrukcyjnie to na nich wpływa, a jakiekolwiek nadzieje, szybko zostają ugaszone i rodzina musi godzić się z tym, że być może Monika, już nigdy nie wróci...

Genialna książka, jedna z lepszych, jakie do tej pory czytałam. Czytałam, czytałam i nie mogłam się od niej oderwać, już od samego początku kusiło mnie zajrzeć na koniec, żeby dowiedzieć się jak to się wszystko potoczy, ale powstrzymałam się i nie żałuję. 

Wylałam masę łez, zanim skończyłam książkę, ale myślę, że nikt nie byłby tak twardy, by nie kierować się emocjami. 

Kiedy nagle znika ktoś bardzo bliski, czujemy strach i pustkę - strach przed tym, że ta osoba może cierpieć i przed tym, że już nigdy jej nie zobaczymy. 

Boli fakt, że historie takie jak ta, zdarzają się bardzo często w życiu codziennym i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Mnóstwo ludzi znika bez śladu i nie wiemy, jaki koszmar przeżywają ich rodziny. Ta historia pomaga zmierzyć się z takim bólem i doświadczyć tego, co nie raz przerasta naszą wyobraźnię...

Bardzo gorąco polecam tę książkę, jednocześnie ostrzegając, że trzeba się uzbroić w cierpliwość, by poznać zakończenie - to tak jak rodziny zaginionych, one też muszą czekać, nie raz bardzo długo, by dowiedzieć się, co stało się z ich najbliższymi...

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję:
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo muza

niedziela, 25 października 2015

LBA, czyli Zaczytany w Książkach zadaje pytania.

Witajcie! 
Dziś przyszła pora na kolejny TAG książkowy na Blasku. Ostatnio coś ich sporo, prawda? Mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza, bo mamy w zanadrzu ich jeszcze więcej. Według mnie takie tagi są rewelacyjnym sposobem na poznanie preferencji czytelniczych osób piszących blogi, ale i również ich czytelników, dlatego mam nadzieję, że dacie mi znać w komentarzu, jak Wy odpowiedzielibyście na te pytania, nie muszą być oczywiście wszystkie, możecie sobie wybrać. 
Dzisiejszy TAG do pytania, które otrzymałam od Sebastiana z bloga Zaczytany w książkach, za co serdecznie mu dziękuję, bo pytania są naprawdę bardzo ciekawe i fajnie się odpowiadało na nie. Zatem zapraszam Was do czytania! 

1. Gdzie chciałbyś/chciałabyś spędzić wymarzone wakacje?
 -->  Jak ja uwielbiam takie pytania. Gdzie odpowiedź nasuwa się od razu. Otóż...moje wymarzone wakacje chciałabym spędzić w Hiszpanii, dokładniej Katalonii. Costa Brava, Barcelona. Dokładnie te rejony najbardziej mnie interesują. Przepiękne plaże, słońce, La Rambla. Chciałabym zwiedzić właśnie ten skrawek Europy. Choć jeszcze tam nie byłam i tak uważam, że Hiszpania jest najpiękniejsza na świecie. Poza tym..."Wakacje" Niny Majewskiej-Brown tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że koniecznie muszę tam pojechać! Mam nadzieję, że kiedyś moje marzenie się spełni. 

2. Twój ulubiony zespół to...?
--> Szczerze powiedziawszy nic nie przychodzi mi do głowy. Chyba nie mam jakiegoś takiego ulubionego zespołu. Słucham głównie tego, co usłyszę w radiu i co mi się spodoba. No chyba, że Fosiek podrzuci mi coś fajnego, czego potem słucham przez cały czas i nie mogę przestać! 


3. Wolisz zagraniczne, czy rodzime książki?
--> Nie wiem czy wole, ale ostatnimi czasy częściej sięgam po książki polskich autorów. Jakiś czas temu przekonałam się do naszych autorów i naprawdę bardzo chętnie i często po nie sięgam. Być może faktycznie, że chętniej niż po tych zagranicznych. Sądzę, że nasi pisarze są równie dobrzy jak Ci zagraniczni, a czasem nawet się zdarza, że lepsi. 


4. O jakim zawodzie marzyłeś/marzyłaś chodząc do podstawówki?
--> Odkąd tylko pamiętam, chciałam być nauczycielką / przedszkolanką. Zawsze miałam rewelacyjny kontakt z dziećmi i to było moje wymarzone zajęcie. A może nadal jest? 

5. Twoje największe marzenie to...?
--> Tak jak wspominałam przy okazji pierwszego pytania - podróż do Hiszpanii. Poza tym - założenie zdrowej, szczęśliwej i kochającej się rodziny z ukochanym mężczyzną przy boku i dziećmi biegającymi po podwórku oraz zawsze wspierający mnie przyjaciele (których w sumie już mam, ale chciałabym, aby byli ze mną na zawsze)

6. Jaki był/jest twój ulubiony przedmiot w szkole?
--> Hmm...zawsze lubiłam język angielski, niemiecki w sumie też. Kiedyś (w gimnazjum) geografię. 


7. Dlaczego prowadzisz bloga?

--> Bo chcę się dzielić swoimi przemyśleniami na temat książek z innymi ludźmi, chcę poznawać nowych znajomych, z którymi później mam kontakt nie tylko w sprawach książkowych. Bo po prostu to lubię, lubię pisać i sprawia mi to wiele przyjemności. 


8. Ile masz książek u siebie w domu?
--> Szczerze powiedziawszy nie wiem. Nigdy ich nie liczyłam. Poza tym, zazwyczaj jest tak, że sporo książek nie mam w domu, bo pożyczam koleżankom, innym znajomym, sprzedaję, wymieniam się, kupuję / dostaję nowe. Może kiedyś, gdy będę miała więcej czasu, zrobię mały remanent i policzę je. 

9. Twoja cała rodzina czyta, czy jesteś wyjątkiem?
--> Hmm, jeśli chodzi o najbliższą rodzinę - rodziców i rodzeństwo, to jestem wyjątkiem. Nikt u mnie w domu nie czyta, no cóż. Nawet sama się dziwię skąd mi się to wzięło. Natomiast jeśli chodzi ogólnie o rodzinę, to jest kilka osób, które tak jak ja uwielbiają czytać książki! 

10. Twój domowy sposób na przeziębienie to...?
-->  Herbatka z sokiem malinowym (domowej roboty) i z miodem. Zdecydowanie! 


11. Lubisz odpowiadać na pytania, które zadaje ci jakiś gościu z mało znanego bloga?
--> Uwielbiam. Bardzo dobrze mi się odpowiadało na te pytania. I wcale nie takiego mało znanego. Sebastian, trochę wiary w siebie! :) 

piątek, 23 października 2015

Rainbow Rowell - "Fangirl"

Czasem jest tak, że są książki, o których słyszy i czyta się wszędzie. Gdzie się tylko nie odwrócisz, tam znajdziesz okładkę, cytaty, zakładki, opinie, recenzje i inne formy reklamy. Tak również było z "Fangirl". Co prawda o książce słyszałam już dużo wcześniej, przed naszą premierą i już wtedy mnie kusiło, żeby ją przeczytać. Natomiast, gdy wydawnictwo Otwarte postanowiło ją wydać w Polsce wiedziałam, że niedługo to nastąpi. Że ją przeczytam. I tak właśnie jest. Jestem po lekturze "Fangirl" i mam zamiar powiedzieć Wam co myślę o tej książce. Zainteresowani? 

Cath i Wren to bliźniaczki, które są zawsze nierozłączne. Gdzie pojawi się Wren, tam zaraz można zobaczyć Cath. Zawsze są dla siebie wszystkim, wszystko robią razem, wszędzie pojawiają się razem.Wspierają się w każdej chwili, nie wyobrażają sobie kilku godzin spędzonych bez siebie. Są fankami Simona Snowa. Prawdziwymi fankami, zwłaszcza Cath, która pisze fanfiki o nim i ma naprawdę liczną "publiczność".

Gdy dziewczyny idą do college'u, ich drogi się rozchodzą. Wren wybiera życie imprezowe, chłopaków, randki, nowe znajomości, alkohol. Cath natomiast zamyka się w swoim pokoju, który dzieli z Reagan i pisze swoje fanfiki o Simonie Snownie. Nie chce zawierać nowych znajomości, stara się unikać ludzi jak ognia.

Czasem pisanie jest jak zbieganie z górki. Palce zostają na klawiaturze, tak samo jak nogi zostają w tle, nie nadążając za resztą ciała.
(Dokładnie tak)

Przez przystąpieniem do lektury byłam do niej bardzo pozytywnie nastawiona. Te wszystkie pozytywne opinie, jakie zbierała, wszelkie zachwyty, które wyczytywałam w Waszych recenzjach spowodowały, że chciałam jak najszybciej się za nią zabrać i sprawdzić, że ta "Fangirl" faktycznie jest taka dobra, jak mówicie. No i powiem szczerze, że trochę się rozczarowałam. Nie to, że książka jest zła, po prostu spodziewałam się czegoś lepszego po tych wszystkich zachwytach.


Cath nie starała się znaleźć nowych przyjaciół.
W niektórych sytuacjach wręcz pilnowała, żeby broń Boże nikogo nowego nie poznać. Nie bywała przy tym niegrzeczna. (Skryta, spięta, prawie mizantropijna? Owszem. Niegrzeczna? Nigdy).


Główna bohaterka nie przypadła mi do gustu, to trzeba przyznać. Autorka wykreowała ją jako niezdolną do życia z innymi ludźmi, zamkniętą w sobie do granic możliwości, która cały czas porównuje się ze swoją siostrą bliźniaczką i zapewnia siebie i wszystkich wokół, że jest "tą gorszą". Uważa się za osobę, której nic się nie udaje, na którą nikt nie miałby prawa zwrócić uwagi, bo to przecież tylko Cath, nikt więcej. Nikt specjalny. Denerwowało mnie to jej zachowanie. I również to izolowanie się od innych, żeby tylko ktoś jej nie polubił. Po co jej znajomi? Ma laptopa i Simona Snowa, to jej wystarczy.
Rozumiem, że sam tytuł i pomysł na książkę zobowiązuje, ale ja sobie to trochę inaczej wyobrażałam i niestety się przeliczyłam. Sama jestem książkoholiczką, uwielbiam czytać książki, pochłaniać je wręcz, jednak nie byłam w stanie zrozumieć zachowania bohaterki, niestety.

Spójrz na siebie. Ogarniasz świat, niczego się nie boisz. Ja za to boję się wszystkiego. I jestem szurnięta. Może nawet myślisz że jestem szurnięta tylko odrobinę, ale to dlatego, że pokazuję ludziom zaledwie wierzchołek góry lodowej mojego szurnięcia. Pod powierzchnią lekkiego szurnięcia i niedostosowania społecznego jestem całkowitą porażką.
(Tak, jesteś!)

Kolejnym minusem jaki zauważyłam w tej książce jest to, że składa się ona z kilku różnych książek. Oprócz tej prawdziwej, dotyczącej życia Cath historii pojawiają się również fragmenty z "Simona Snowa", fragmenty fanfiiku autorstwa Cath i innych krótkich notek. Nie spodobał mi się ten zabieg, to trzeba przyznać. Wytrącał mnie z rytmu, z historii Cath. W pewnym momencie nawet skończyłam je czytać, po prostu je omijałam, bo mnie to irytowało. Przeszkadzało mi w poznawaniu historii Cath i innych bohaterów. Tak, Simon Snow nie przypadł mi do gustu.

Nie mogę jednak powiedzieć, że książka nie podobała mi się. Czyta się ją naprawdę rewelacyjnie (no, oprócz tych wstawek z Simona Snowa i innych), jest wciągająca. Autorka posługuje się lekkim i swobodnym językiem, który przyjemnie się czyta. Nie znajdziemy tutaj pędzącej akcji, ani żadnych emocjonujących przeżyć, jednak autorka jakimś cudem potrafiła mnie przyciągnąć i nie pozwolić, abym przestała czytać, dopóki nie dobrnę do końca.
Myślę, że w dużym stopniu na odbiór tej książki przekłada się mój wiek. Wydaje mi się, że jestem już trochę za stara na tę powieść. Gdybym była pięć lat młodsza, może inaczej bym ją odebrała i zachwycałabym się z innymi, a teraz? No niestety. "Fangirl" mnie nie urzekła, nie spowodowała, że miałabym ochotę dla niej zarwać noc. Jest to dobra książka, trzeba to przyznać. Ale tylko dobra, nic więcej.

Uszczęśliwianie ludzi sprawia mi przyjemność. I jeśli już, to daje mi to jeszcze więcej energii, którą przeznaczam dla osób, na których mi zależy.

Jeśli chodzi o szatę graficzną. To jestem na tak. Okładka bardzo przypadła mi do gustu. Nie wiem jak inni, ale ja jestem nią zachwycona i skusiłabym się, widząc ją na półce w księgarni czy w bibliotece.

Komu polecam? Przede wszystkim młodszym czytelnikom, którzy mam nadzieję odnajdą w "Fangirl" coś, czego ja nie mogłam doszukać. Coś, co sprawi, że tę książkę odbiorą zupełnie inaczej niż ja, bardziej pozytywnie. Przecież tyle osób się nią zachwyca. Coś w niej musi być, bez powodu nie byłoby takiego zachwytu nad nią. Spróbujcie, przeczytajcie, wyróbcie sobie swoje zdanie na jej temat i dajcie mi znać!

Książkę miałam możliwość przeczytać w ramach Book Touru organizowanego przez Książkowe kocha nie kocha, a otrzymałam ją od Dominiki z bloga Czytelnia Dominiki, za co serdecznie dziękuję.

środa, 21 października 2015

Film pt. "Obce niebo"


Basia i Marek jakiś czas temu przenieśli się do Szwecji, zabierając ze sobą córkę Ulę. Dziewczynka nie potrafi odnaleźć się w obcym kraju, tęskni za babcią, a jej jedynym marzeniem jest po prostu powrót do Polski.

W szkole Uli są dzieci, które nie do końca ją akceptują, przez co pojawiają się konflikty, a dziewczynka stara sobie z  tym poradzić na własną rękę. Jednak nie wszystko da się rozwiązać, kiedy na drodze staje opieka społeczna, która reaguje na każdy, nawet błahy bodziec, który może znaczyć, że dziecku dzieje się krzywda.


Opieka społeczna postanawia zabrać dziecko rodzicom, twierdząc, że to dla jej dobra. To co dzieje się później, trzeba obejrzeć, nie mogę zdradzić wszystkiego...

Film obejrzałam wczoraj, więc recenzję piszę na świeżo. Mam pozytywne odczucia po obejrzeniu, choć liczyłam na coś więcej. Myślę jednak, że warto obejrzeć ten film, ponieważ dzięki niemu dowiadujemy się o sprawach, o których przeciętny człowiek nie ma pojęcia. 


Myślę, że każdy powinien wyrobić sobie własną opinię na temat "Obcego nieba", dlatego zachęcam do obejrzenia. 

wtorek, 20 października 2015

#LubimyCzytaćTAG




Witajcie! Chcieliście więcej moich TAGów, a więc proszę bardzo. Ten oto podpatrzyłam od Nieortodoksyjnego. Bardzo lubię portal Lubimy Czytać, gdzie posiadam konto i skrupulatnie notuję kiedy rozpoczęłam oraz zakończyłam lekturę książki, a także zapisuję sobie tytuły, które wzbudziły moje zainteresowanie, i wiele innych rzeczy. Serdecznie Was zapraszam do przeczytania TAGu ale i do zajrzenia do mojej internetowe biblioteczki.


1. Jak książka została ostatnio przez Ciebie oznaczona jako przeczytana? 


2. Jaką pozycję ostatnio oznaczyłaś jako "Chcę przeczytać"?


3. Co planujesz przeczytać jako następne?


4. Czy masz swoją listę życzeń na Lubimy Czytać?
Coś tam chyba mam ale jest to tylko garstka tytułów dodanych zaraz po założeniu konta, zatem nie jest zbyt aktualna. Nie prowadzę jej na bieżąco. :)

5. Jaką książkę planujesz kupić jako następną?
Ach! Każdy wie, że nie planuje się zakupu książek. To po prostu... samo tak wychodzi. :P Te książki do nas mówią, naprawdę!

6. Czy masz jakieś ulubione cytaty na lubimyczytac.pl?
Bóg nie może być wszędzie. Dlatego stworzył matkę
Dia Reeves – Krwawy fiolet

7. Jacy są Twoi ulubieni autorzy na portalu lubimyczytac.pl?
Oj, kilku ich mam: Jacqueline Carey, J. K. Rowling, Darynda Jones, Karen Marie Moning i Olga Rudnicka.


8. Jesteś w jakichś grupach na tym portalu?
Jestem! Nawet w kilku, o czym zresztą nawet nie wiedziałam. :P 
Aktualności, Świat Książek, Hyde Park, Rozmowy z autorami i Najpierw książka, później film.


Nominuję wszystkich, którzy chcą zostać nominowani. ;)




PS. Banerek nie jest mojego autorstwa. Ukradłam go Nieortodoksyjnemu. Lubimy się więc na pewno nie będzie zły. :P <3

niedziela, 18 października 2015

K.L.U.C.Z Book Tag.

Witajcie kochani!
Tak jak Wam wspominałam, ostatnio bardzo lubię czytać i sama wykonywać różne Tagi książkowe. Ten szczególnie przypadł mi do gustu, gdyż w podobną zabawę bawiłam się z koleżankami w podstawówce i gimnazjum. Teraz jedynie przełożę to na książkowe realia. Kto nie wie o co chodzi, zapraszam na bloga, w którym wszystko jest wytłumaczone krok po kroku: tutaj.

Zatem zaczynajmy! 

Pola całuje Łukasza!
Gdyby nie to, że uwielbiam parę, jaką stanowią Kamila i Łukasz, bez wahania ucieszyłabym się na wieść o tym, że coś może łączyć Łukasza i Polę. Wydaje mi się, że naprawdę bardzo by do siebie pasowali, więc...na całowanie wyrażam zgodę! Nawet bardzo by mnie to cieszyło, a z drugiej strony...biedna Kamila...Zdecydowanie TAK

Ally zdradza Gavina
Ally - osoba, która nigdy nie wie czego chce, jest totalnie niezdecydowana. Dlatego nie dziwi mnie fakt, że mogłaby zdradzić Gavina. Tylko...on jest takim świetnym facetem. Nawet nie wiecie jak bardzo by mi było go żal. Jestem zakochana w Gavinie, więc bardzo mi się to nie podoba! Oj bardzo. Gdybym tylko spotkała tą Ally. Na nic by się zdały jej tłumaczenia. TAK, to jest możliwe.

Gabriela lubi Maxa 
Gabriela to moja ulubiona siostra Skotnicka, a Max? Mam do niego mieszane uczucia po zakończeniu "Szkoły latania". Dlatego też sama nie wiem co myśleć o tej relacji. No ale ja też go lubiłam przez dłuższy czas, więc...może go lubić :)

Emma uwielbia Ridge'a 
Oboje są specyficzni. Ona z problemami rodzinnymi, ofiara przemocy fizycznej i psychicznej. On niewidomy. Jednak wcale się nie dziwię, że Emma uwielbia Ridge'a, bo jest on naprawdę rewelacyjny. Wrażliwy, kochany, służący dobrą radą, pomocny. Idealny przyjaciel, bo nic więcej sobie nie wyobrażam, że mogłoby z tego być. Emma jest zbyt niestabilna emocjonalnie dla niego. Kolejny raz NIE

Ronnie kocha Aleksandra 
Bardzo lubię zarówno Ronnie jak i Aleksandra (no, jego trochę bardziej) ale według mnie nie stworzyliby dobrej pary. Za bardzo się od siebie różnią. Wydaje mi się, że Karina zdecydowanie bardziej pasuje do Aleksandra, a Ronnie do Willa i tak już powinno zostać. Tym razem jestem na NIE.

Jak Wam się podoba moje zestawienie? Jestem ciekawa Waszego, więc zapraszam Was wszystkich do wykonania tego tagu!

sobota, 17 października 2015

Colleen Hoover - "Losing hope"

Chyba wszyscy dobrze wiecie, jak bardzo podoba mi się twórczość pani Colleen  Hoover, chociaż przeczytałam do tej pory jedynie "Hopeless" oraz "Maybe someday", a teraz dochodzi jeszcze "Losing hope". Wszystkie inne dopiero przede mną, ale jestem pewna, że chcę przeczytać wszystkie jej książki. Bo to, co autorka robi z nami, czytelnikami podczas czytania, przechodzi ludzkie pojęcie. 



Hopeless przeczytałam już jakiś czas temu. Od razu chciałam się zabrać za "Losing hope", ale jakoś nie było mi z nią po drodze (a poza tym  nie miałam jej). Wiedziałam, że przypadnie mi do gustu podobnie jak Hopeless, więc czytając ją nie było wielkim zaskoczeniem, że jestem zachwycona. Nie sądziłam jednak, że aż tak bardzo. 

Serce przestaje mi bić.

Czas zatrzymuje się w miejscu.
Cały świat zatrzymuje się w miejscu.
To, co miało być przelotnym spojrzeniem,
 zamienia się w mimowolne zagapienie się.
Poznaję te oczy.
To oczy Hope.
A także jej nos, twarz, usta, włosy. Po prostu wszystko.


Historia jest ta sama co w  Hopeless. (Mam nadzieję, że recenzję czytają osoby, które Hopeless mają już za sobą, a jeśli nie - odsyłam do recenzji tutaj).  Bo książka ta jest pisana z perspektywy Holdera.Oprócz wszystkich sytuacji, które znamy z poprzedniej części, tutaj mamy do czynienia ze wszystkimi przeżyciami Holdera. Od momentu tragedii, która spotkała rodzinę Holdera, poprzez przypadkowe spotkanie ze Sky, chęć jej poznania czy odkrycia tajemnicy odnośnie tej dziewczyny. Mimo, iż historia była mi już znana z "Hopeless" z wielką przyjemnością znów spotkałam się z tymi wspaniałymi bohaterami, których wykreowała autorka. Już zdążyłam zapomnieć o tym, jakim Holder jest wspaniałym, cudownym, rewelacyjnym, kochanym, wrażliwym, pociągającym chłopakiem, o którym nie mogłam przestać myśleć.(jak ja go uwielbiam! Nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy!) Jest to zdecydowanie mój ulubiony męski bohater, który zawsze jako pierwszy przychodzi mi do głowy, gdy trafiam na takie pytanie. W "Hopeless" podbił moje serce, a w "Losing hope" zdecydowanie je skradł i skruszył. 

W "Losing hope" dużo lepiej możemy go poznać. Wiemy dokładnie co Dean przeżywał po śmierci Les, jakie uczucia mu towarzyszyły, dlaczego podejmował takie a nie inne decyzje. Wiemy również jak bardzo był związany ze swoją siostrą bliźniaczką  i jak bardzo cierpiał po jej stracie. Przez bardzo długi czas to właśnie siebie obarczał winą za wszystko, co się stało. Przez innych nazywany był Hopeless - czytaj: beznadziejny. 

-jesteś najlepsiejszym, najbardziej wyrozumiałym chłopakiem na całym bożym świecie.

-nieprawda, Jestem największym pantoflarzem na całym bożym świecie. 


Rewelacyjnie było czytać o ich miłości z perspektywy Holdera. Przy Hopeless nie spodziewałam się, że Holder jest aż tak wrażliwym i uczuciowym chłopakiem. Bardzo podobało mi się przedstawienie początków znajomości również z jego perspektywy, co idealnie uzupełniło książkę i mogliśmy się czuć tak, jakbyśmy obserwowali ich związek z obu stron, zarówno ze strony Sky (w Hopeless) jak i Holdera (Losing hope). (jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi zarówno Sky jak i Holdera, którzy zwierzaliby nam się ze swoich uczuć. To cudowne!). Miłość, którą przedstawiła autorka w tej powieści jest naprawdę przepiękna. Ich uczucie jak tak głębokie, że bardzo dobrze można je wyczuć. Poza tym, książka jest naprawdę bardzo wzruszająca. Nie raz, ani nie dwa zdarzyło mi się uronić przy niej łzę. Co z tego, że znałam już historię i wiedziałam jak się skończy. Pani Hoover ma w sobie taką moc, że potrafi skruszyć nawet najbardziej oporne serce. Moje się udało i z tego co wiem, nie tylko moje, bo tysiące czytelników, podczas lektury jej książek nie może obyć się bez chusteczek. Jej książki powinny być sprzedawane właśnie z nimi, albo chociaż z jakąś uwagą, że podczas czytania, chusteczki są obowiązkowym przedmiotem, którego nie może zabraknąć. 

Każda książka ma swoje plusy i minuty. Ta również ma swoje minusy, a zwłaszcza jeden, ale za to bardzo duży. Chodzi o to, że powieść tę czyta się zdecydowanie za szybko. Autorka pisze takim językiem, że nie można się powstrzymać od czytania, oderwać się również nie da, przez co książkę czyta się w kilka minut i zdecydowanie za szybko się kończy. To jest jedyny minus, jaki znalazłam w tej powieści. Chciałabym, aby ona trwała i trwała i nigdy się nie kończyła. 

Nie polecam jej jednak czytać zaraz po zapoznaniu się z "Hopeless". Dłuższa przerwa od bohaterów naprawdę wyjdzie Wam na dobre. Poza tym, obie te książki są naprawdę bardzo, ale to bardzo wzruszające. Według mnie dobrze jest dawkować sobie te emocje, bo po nich kac książkowy gwarantowany. I to taki, z którego naprawdę bardzo ciężko jest wyjść. (Wiem coś o tym)

Cóż mogę jeszcze powiedzieć o tej powieści? Żadne moje słowa nie są w stanie wyrazić tego, jak bardzo kocham te książki. (i Holdera oczywiście!) Zarówno Hopeless jak i Losing hope zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Jestem pewna, że nie zapomnę ich nigdy i nigdy nikomu ich nie oddam. Będą one miały honorowe miejsce na mojej półce. Wiem też, że na pewno kiedyś jeszcze do nich wrócę, żeby znów przeżywać te niesamowite chwile, które towarzyszyły mi podczas czytania. 


PS. Zdaję sobie sprawę, że ta recenzja jest nieco (no, trochę bardziej niż nieco) chaotyczna. To wszystko przez natłok myśli, które nie mogą mnie opuścić. Jest tydzień po przeczytaniu tej książki, a ja nie mogę przestać o niej myśleć. Nigdy nie sądziłam, że jakakolwiek książka może mnie doprowadzić do takiego stanu. Pani Hoover się to udało. 

PS2. Ostatnio dostałam informację od Was, że podoba się Wam graficzna forma  moich recenzji. Ostatnio zaczęłam używać pogrubień i podkreśleń i naprawdę to polubiłam. Cieszę się, że przypadło Wam to do gustu. :)

Książkę możecie kupić po całkiem fajnej cenie w Taniej Książce

piątek, 16 października 2015

PRZEDPREMIEROWO: Jay Asher - „Trzynaście powodów”




          Przyznaję, że nie wyczekiwałam na premierę tej książki z niecierpliwością, drżąc z oczekiwania, ponieważ... nic o niej nie słyszałam. Jednak kiedy wydawnictwo Rebis zaproponowało mi, abym tę pozycję zrecenzowała, a ja przeczytałam jej opis, od razu coś zaskoczyło. O tak, wiedziałam, że Trzynaście powodów to książka zdecydowanie dla mnie. Nie mogłam się doczekać aż w końcu do mnie dotrze. Rozpoczęłam czytanie późnym popołudniem i nie zakończyłam go aż nie przeczytałam ostatniej strony. Nie pamiętam, kiedy ostatnio nie mogłam aż tak oderwać się od lektury. Niebywałe!
          Pewnego dnia Clay Jensen znajduje przed swoimi drzwiami pudełko po butach, w którym znajduje się kilka taśm magnetofonowych. Zostały one nagrane przez Hannah, koleżankę Claya, która dwa tygodnie wcześniej popełniła samobójstwo. Jak wyjaśnia na wstępnie, to trzynaście czynników popchnęło ją do tego czynu, a Clay jest jednym z nich. Zdezorientowany chłopak, autentycznie rozpaczający po śmierci Hannah, błąka się samotnie nocą po mieście i odsłuchuje myśli, które dziewczyna wypowiedziała na głos, aby dowiedzieć się, w jaki sposób przyczynił się do tej strasznej tragedii oraz aby zrozumieć, co nią kierowało. Clay jako już kolejna osoba z kolei zapoznaje się z przykrymi, i nierzadko ohydnymi, szczegółami całej tej historii, a także poznaje prawdziwe twarze ludzi, którzy go otaczają. Wiele dowiaduje się także o sobie ale przede wszystkim zostaje zmuszony do pogodzenia się z jednym prostym faktem: że czasu nie da się już cofnąć, nieważne jak bardzo byśmy tego pragnęli.

Jeśli słyszysz piosenkę, która wywołuje u ciebie łzy, a nie chcesz już płakać, nie słuchasz jej więcej.
Ale nie da się uciec od samego siebie. Nie można postanowić, że się już nie będzie siebie oglądać. Wyłączyć zgiełku w swojej głowie. 

          Czyjaś śmierć budzi w ludziach smutek. Jeśli umiera nam ktoś wyjątkowo bliski, nie jest nam tylko przykro ale czujemy ogromny ból, który niełatwo odchodzi. Wypadek, śmierć z racji wieku czy choroby są trudne do zaakceptowania ale my nie mamy na nie bezpośredniego wpływu, nie możemy im przeciwdziałać. Sprawy mają się jednak inaczej w przypadku samobójstwa. Zawsze istnieje choć cień szansy, jakaś mikroskopijna możliwość, że tej osobie pomożemy, jakoś ją powstrzymamy; rozmową, okazanym wsparciem czy choćby kierując ją do psychiatry, który ma środki, by pomóc uporać się tej osobie z problemami, które ją przytłaczają. Dlatego najtrudniej jest pogodzić się ludziom z tym, że człowiek sam, z własnej woli, odbiera sobie życie. Obwiniamy się, roztrząsamy wszystko i analizujemy kawałek po kawałku, bo przecież ta osoba NIE MUSIAŁA umierać. Można było jakoś jej pomóc, a my zawaliliśmy. Nie zauważyliśmy sygnałów, zignorowaliśmy problem czy zwyczajnie czekaliśmy aż ktoś inny coś zrobi. Tak właśnie myśli Clay. Czuje się fatalnie, rozmyśla, że gdyby nie zrobił tego albo zareagował tak i tak, być może Hannah wciąż by żyła. Trzynaście powodów to nie jest łatwa książka. Czytając będziecie cierpieli razem z Clayem, będziecie płakali, zgrzytali zębami ze złości, a także krzywili się z obrzydzenia. Wiem, że tak będzie, bo ja tego doświadczyłam. Pisząc te słowa, czuję ciężar na sercu, który zapewne długo jeszcze będzie mnie dręczył. 
          Przyznaję się od razu, że z początku niezbyt dobrze czytało mi się tę książkę. Coś mnie uwierało w monologu Hannah, który zdawał mi się być trochę koślawy i infantylny, a jej problemy banalne i nawet dość głupawe. Do czasu aż się nie wczułam. Czytając kolejne strony, coraz bardziej zaczynałam wsiąkać w dramat Hannah, utożsamiać się z jej sytuacją oraz podzielać uczucia Claya. Od tego momentu nic już nie wydawało mi się być nie w porządku. Co więcej sama jestem kobietą. I to należę do tego typu, o którym powstało tysiące dowcipów. Potrafię z igieł zrobić widły, gdyż miewam w swoim życiu momenty, kiedy sobie po prostu nie radzę. U Hannah ten okres był o wiele dłuższy, spotkała ją również przykra seria zawodów i rozczarowań. W ten sposób dopadł ją efekt śnieżnej kuli. Kiedy ta ruszyła, nic ani nikt już nie zdołały jej zatrzymać.
          Narracja odgrywa tutaj kluczową rolę. Można powiedzieć, że jest ona dwutorowa, bo choć to Clay jest narratorem powieści w pierwszej osobie liczby pojedynczej, rola Hannah jest równie istotna. Bowiem ona równolegle opowiada nam swoją własną historię, odsłaniając nam kulisy akcji. Ponadto Jay Asher napisał tę książkę bowiem w taki sposób, że nie da się uciec od ładunku emocjonalnego, który autor zaaplikował w każdym jednym słowie. Te uczucia rodzą myśli, niezliczone refleksje, które wywołują fale uczuć. Smutek, przeobrażał się gorzki żal, po którym następowała rozpacz. Oczy mi się szkliły. Nawet nie zauważałam, kiedy kolejne łzy bezdźwięcznie umykały ku wolności. Właśnie przy tej lekturze zrozumiałam jak wielkim jestem mięczakiem. Tak, to nie jest pierwszy raz, kiedy płakałam czytając książkę. Zazwyczaj jednak zdarzało mi się to przy wyjątkowo smutnym zakończeniu. Tym razem było inaczej. Zapoznając się z treścią płakałam kilkakrotnie, scalając się z Hannah. Wszystko to dzięki autorowi, który świetnie przelał na papier wszystko to, co chciał przekazać.
           Moim zdaniem najbardziej dramatyczne w tej historii jest to, że Hannah wysyłała setki niepokojących sygnałów, których NIKT nie zauważał. Jej rówieśnicy zajęci byli zachowywaniem się jak gówniarze, jednak nic nie usprawiedliwia pedagogów. Hannah niejednokrotnie podejmowała próbę zwrócenia uwagi na siebie, niemo krzyczała o pomoc. Ba, raz nawet powiedziała wprost, co planuje zrobić. Wyznała, że sobie nie radzi z samą sobą. Nikt jednak tego nie powstrzymał. Wszyscy stali i choć patrzyli, niczego nie dostrzegali. Może nie chcieli widzieć? Nie wiem.  
          W tym wszystkim jest jeszcze Clay. Spokojny, porządny, nieskazitelny, może nie uwielbiany ale przez wszystkich szanowany i darzony ogólną sympatią. Od lat zakochany w Hannah, wobec której trzymał się na dystans ze strachu i braku wiary w siebie. Dowiadując się, co tak naprawdę spotkało tę dziewczynę, sam się zmienia. Te nagrania wywierają na niego ogromny wpływ, wywołują morze wyrzutów sumienia, ból serca i strumienie łez. Jednak nie można także zapominać o całej reszcie bohaterów, którzy odegrali stosunkowo niewielkie epizody. Jednak choć były one małe, wystarczyły. Skumulowały się, połączyły i doprowadziły do tragedii. I to nie jednej, ponieważ samobójstwo Hannah to tylko wierzchołek góry lodowej.
          Mogłabym o tej książce pisać i pisać, jednak wiem, że Wam niekoniecznie będzie chciało się to czytać. Tym bardziej, że to nie w moją opinię powinniście się wczytywać, tylko w książkę Jaya Ashera, która swoją premierę będzie miała już za kilka dni. Nie wahajcie się rozważając zakup. Zainwestujcie w ten debiut, bo ta książka niesie ze sobą wiele wartości, nakłoni Was także do różnego rodzaju przemyśleń, które mogą okazać się ważne. Trzynaście powodów niesamowicie wciąga. Każda kolejno odsłonięta karta sprawia, że chce się wiedzieć jeszcze więcej, i więcej. Szczerze polecam.


Autor: Jay Asher
Tytuł: Trzynaście powodów
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 20 października 2015
Ilość stron: 272
Ocena: 8/10


Serdecznie dziękuję za egzemplarz promocyjny tej książki wydawnictwu:


środa, 14 października 2015

Chris Fabry - "W każdej chwili dnia"

Okładka książki W każdej chwili dnia

Treha to młoda kobieta, o której przeszłości niewiele wiemy. Pracuje w domu spokojnej starości w Desert Gardens. Posiada ona niezwykły dar, współpracując z rezydentami, przywraca im życie, sprawia, że budzą się ze stanu, w którym byli i cieszą się swoim życiem. Jest bardzo ceniona przez starszych ludzi, jednak zmieniająca się kadra pracowników powoduje to, że Treha zostaje wyrzucona z pracy. Jest to nieodżałowana strata dla Desert Gardens, jednak nie zauważa tego nowa przełożona domu spokojnej starości, która dba tylko o swoje dobro, traktując starszych ludzi przedmiotowo.

Losy głównej bohaterki są bardzo poplątane. Sama niewiele pamięta ze swojej przeszłości, jednak z pomocą oddanych przyjaciół stara się dociec prawdy - dowiedzieć się dlaczego jest "inna". Jej wzrok przyprawia o dreszcze, a autor tak szczegółowo ją opisał, że możemy sobie ją wyobrazić - zawsze poważną, niepotrafiącą okazywać emocji. 

Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, zastanawiałam się, co skłoniło mnie, by w ogóle po nią sięgnąć - treść dała mi odpowiedź. To bardzo emocjonująca książka, w której dużo się dzieje. Chętnie do niej wracałam, by dociec, jak potoczyły się losy Trehi. 

Jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób została napisana ta książka. Nie należy ona do lekkich, ponieważ porusza wiele poważnych problemów, jednak przyjemnie się ją czyta, kiedy wszystko zmierza ku dobremu. Ja z pewnością jeszcze do niej wrócę, by za jakiś czas odświeżyć sobie losy kobiety, która dla wielu stałaby się pośmiewiskiem, a dla nielicznych tylko kimś bardzo wartościowym. 

Gorąco polecam tę książkę osobom, które uwielbiają zagadki i są cierpliwi, ponieważ trzeba przejść niejeden etap, by dociec prawdy. 

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję:
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo św. wojciecha

poniedziałek, 12 października 2015

Martyna Senator - "Kiedy wolność mówi szeptem"



Jane jest studentką prawa, którą z grona rówieśników wyróżnia nie tylko imponujący stan rodzinnej fortuny, ale również poprzeczka ustawiona na wysokości cudzych oczekiwań. Przed duchową śmiercią ochrania ją jedynie wątły płomyk buntu, który zdołała rozniecić z ostatniej, ocalonej iskierki. Nikt bowiem nie przypuszcza, że z dala od murów uczelni i czujnych oczu rodziców, Jane przeobraża się w zupełnie innego człowieka. Wydaje się, że linia rozdzielająca dwa kompletnie różne światy Jane, jest doskonała. Ale jeden wieczór wystarczy, żeby w ściśle zaplanowanym życiu Jane zapanował chaos. Jedna decyzja stanie się początkiem reakcji łańcuchowej, która z zakamarków ludzkiej pamięci zacznie wydobywać długo skrywaną prawdę.


Jest wiele książek, które traktują o spełnieniu marzeń, o wierze w marzenia i o tym,  że naprawdę warto marzyć i starać się realizować swoje marzenia.  I "Kiedy wolność mówi szeptem" jest właśnie kolejną książką, która uzmysławia nam, jak ważne są w życiu marzenia. To właśnie one sprawiają, że szare, codzienne życie nabiera kolorów, staje się piękniejsze. 


Od zakochania jeszcze daleka droga do miłości. Dopiero kiedy przebrniesz przez sieć awantur, nieprzespanych nocy, chwil, w których wydaje ci się, że jesteś najszczęśliwszą osobą na świecie, dopiero kiedy z powodu drugiego człowieka rozdasz miliony uśmiechów i wypłaczesz niezliczoną ilość łez, nauczysz się go kochać.

Jane jest studentką prawa. Jednak nie z powołania. Jej rodzice wymagali tego od niej, więc zdecydowała się studiować. Równocześnie Jane rozpoczęła studia na drugim kierunku. Takim, który pasjonuje ją od dawna i w którym chce się spełniać.  To bohaterka, która ma dwa oblicza, które przedstawia światu. Raz jest ułożoną, dobrze wychowaną, posłuszną rodzicom studentką prawa, narzeczoną pewnego człowieka, za którego ma wyjść za mąż (oczywiście rodzice są wniebowzięci). Gdy jednak nikt nie widzi zamienia się w szczęśliwą dziewczynę, lubiącą jeździć na motorze, spełniającą się zawodowo. 
Pewnego dnia, tragiczne wydarzenie, w którym uczestniczy, zmienia jej podejście do życia i postanawia coś z tym zrobić. Pakuje walizki i z Chicago wyprowadza się do Szkocji. Tam chce odnaleźć spokój, odpocząć. Również postanawia zerwać zaręczyny ze swoim narzeczonym, co tylko potęguje gniew rodziców. 

W Szkocji poznaje nowych ludzi, odnajduje spokój. Czystą kartę, z którą przyjechała zapełnia po swojemu, od nowa. Zawiera nowe przyjaźnie, odnajduje prawdziwą miłość, a co najważniejsze - odkrywa tajemnicę. W końcu dowiaduje się, kim tak naprawdę jest. 


Już miałam przejść na drugą stronę ulicy, gdy nieoczekiwanie go zobaczyłam. Przystanęłam. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Wyglądał tak, jakby drzemał w nim niespokojny duch.

"Kiedy wolność mówi szeptem" to przejmująca historia o niełatwych wyborach, które w życiu czekają niejednokrotnie każdego z nas. To pełna nadziei i marzeń powieść o szansie na nowe życie, przyjaźni, miłości, relacjach rodzinnych i tajemnicy, która nieoczekiwanie wyjdzie na jaw. 

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, co daje nam możliwość wcielenia się w główną bohaterkę i przeżywania wszystkiego w taki sposób, jak ona to robiła. Poznajemy wszystkich ludzi, których spotkała na swojej drodze, wiemy co czuła, o czym myślała, jakie emocje towarzyszyły jej na każdym etapie jej życia przedstawionego w tej powieści. 


Kiedyś byłam przekonana, że całe życie idę korytarzem, a drzwi, które mijam, są zamknięte na klucz. Jednak dzisiaj udało mi się odnaleźć iskierkę nadziei i uwierzyć, że jeśli naprawdę będę chciała je otworzyć, to zwyczajnie sięgnę do kieszeni po mosiężny klucz.

Również podobały mi się opisy szkockich krajobrazów, które sprawiły, że od razu zapragnęłam znaleźć się tam i podziwiać je na własne oczy. 

Polecam książkę wszystkim kobietom, które szukają z pozoru lekkiej książki. Jeśli chcecie poczytać o problemach, jakie przytrafić się mogą każdej z nas, myślę, że "Kiedy wolność mówi szeptem" powinna Wam się spodobać. Według mnie jest bardzo dobrą książką na długie jesienne wieczory. 



Nie musisz szukać miłości. Ona zna drogę do twojego serca. Tylko pozwól jej wejść. Nie każ jej czekać.