piątek, 10 kwietnia 2015

Stephen King - "Miasteczko Salem"




          Stephen King. Ach, Stephen KING. STEPHEN KING! Jak to brzmi! Wiadomo, że jak King, to mamy do czynienia z CZYMŚ. W końcu to mistrz grozy, niekoronowany król horroru, mówiąc konkretnie: nie byle kto. Jak już wiecie moje pierwsze spotkanie z tym autorem nie było zbyt udane. Na pierwszy ogień bowiem poszedł "Joyland", który okazał się być innym, nowym obliczem tego pisarza. Postanowiłam więc sięgnąć po książkę reprezentującą jego klasyczny styl, dzięki któremu zasłynął.

"Śmierć przychodzi wtedy, kiedy dopadnie cię któryś z potworów"

          Jerusalem, zwane Salem, to nierzucające się w oczy, malutkie miasteczko zwieszone w czasie i przestrzeni. Mieszkańców z leniwego snu wyrywa zniknięcie dziecka, co okazało się być tylko początkiem horroru. Z czasem znikało i umierało coraz więcej ludzi. Dlaczego tak się dzieje? Czy to możliwe, aby winne temu były złe moce? Tak wydaje się sądzić mała grupka mieszkańców; chłopiec, nauczyciel, lekarz i pisarz. Oni jako jedyni stawiają opór temu, co nawiedziło Salem i są zdeterminowani to zniszczyć.
          Nikogo pewnie nie zdziwi, że pochwalę styl autora. Opisy miasta były jedną z najmocniejszych stron tej książki. Czytałam je z przyjemnością, pomimo faktu, że czasem rzucała mi się w oczy pompatyczność niektórych zdań. Bardzo rzadko zdarza się, że chętnie czytam opisy, zazwyczaj wyczekuję niecierpliwie aż w końcu zaczną się dialogi, zatem jestem pod wielkim wrażeniem narracji oraz plastyczności języka autora.
          "Miasteczko Salem" ma pewną cechę, którą powinna posiadać każda książka - wciąga. Zaczyna się dość tajemniczo i rozwija niespiesznie. Autor pozwala nam wgryźć się w tę historię; żadne tam jedno konwulsyjne drgnięcie szczęki, Stephen King daje nam możliwość poczucia i wczucia się w akcję. Niestety w moim przypadku było tak, że im dalej zgłębiałam tekst, tym mniej atmosfera na mnie oddziaływała, Czar prysł natychmiast, kiedy pojawiła się teoria Matta na temat tego, co się dzieje w mieście. Przeczytawszy tytuł od razu miałam skojarzenie z magią, prastarymi klątwami i groźnymi wiedźmami (ale nie lukrowanymi czarodziejkami). I tutaj UWAGA, bo ZDRADZAM ISTOTNY WĄTEK FABULARNY - pomysł autora zwyczajnie mnie rozczarował. Nie spodziewałam się, że wystąpią takie istoty nadprzyrodzone, jak wampiry. Kluczowe jednak jest, do czego przyznaję się bez wstydu, że swego czasu także uległam fascynacji krwiopijcami i mam za sobą naprawdę sporo literatury z nimi związanej, dlatego też wampiry Kinga skontrastowałam z tymi już mi znanymi  i nie wypadły one najlepiej. Największym kretynizmem, jaki może być jest twierdzenie jakoby postrachem na wampiry były krzyże i inne obiekty religijne. Tego pojąć nie potrafię. Krzyż to tylko symbol - katolik postrzega go jako narzędzie męki Chrystusa, a ateista uważa, że to tylko skrzyżowane patyki. Kupiłabym to, jeśli taki krzyż czy woda święcona byłyby swego rodzaju przekaźnikami działającymi wyłącznie w rękach chrześcijan. Tak jednak nie było. Wierzący średnio na jeża Ben czy Jim, posługując się sklejonymi plastrem dwoma kawałkami drewna, spokojnie sobie z nosferatu poradzili, co jest zwyczajnie nielogiczne. A żeby było jeszcze ciekawiej, kilka rozdziałów dalej skuteczność krzyża zależna jest od siły wiary. I to księdza! Szczerze? Nie wiem, o co co chodzi i na ten fragment historii łypię podejrzliwie jednym okiem, choć zeza rozbieżnego nie mam (na szczęście).
          Niestety nie miałam ciarek. Doprawdy sama nie wiem, co ze mną nie tak, ale Stephen King (niekoronowany król horrorów, przypominam!) mnie nie ruszył. Nie wątpię, iż są osoby, które bały się chodzić samemu do łazienki czy przemierzyć własne mieszkanie/dom, a może nawet pokój, w ciemności. Na pewno tacy czytelnicy są; wielu już tego doświadczyło. Bardzo żałuję, ale na mnie ta historia nie wywarła większego wrażenia. Bardzo mi na tym zależało, dlatego moje rozczarowanie ma gorzki posmak i jest mi trochę smutno.
          Marudziłam w recenzji "Domofonu", że zakończenie jest takie nie bardzo. Tutaj takiego zarzutu postawić nie mogę. Zakończenie jest i to jakie! Jednak nie ośmielę się tych dwóch książek porównywać. Dlaczego? W "Miasteczku Salem", które ma zdecydowanie mniej ciekawą fabułę, akcja została poprowadzona o wiele lepiej. Wracając do tematu; zakończenie bardzo dobre - intrygujące, zastanawiające -> wspaniale. 
          Nie ma sensu, abym rozpisywała się dalej. Oczywiście "Miasteczko Salem" jest książką bardzo dobrą. Co prawda wcale nie objawiło mi Stephana Kinga jako giganta i do jego licznego fanklubu nie dołączę, ale nie zamierzam porzucać jego twórczości. W przyszłości z pewnością sięgnę po inne dzieła jego pióra i Wam także to polecam.


           Autor: Stephen King
Tytuł: Miasteczko Salem
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 26 marca 2009
Ilość stron: 528
Ocena: 8/10


Podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza kieruję do niezawodnej księgarni:
 bonito.pl