sobota, 11 kwietnia 2015

Jandy Nelson - "Niebo jest wszędzie"








"Niebo jest wszędzie, zaczyna się u twoich stóp."

Są książki, które przyciągają nas jak magnez. Tytuły, które zapamiętuje się i w niespodziewanych chwilach się o nich przypomina. Moja historia z "Niebo jest wszędzie" była dokładnie tego typu. Kiedyś gdzieś natknęłam się na tą książkę w Internecie i byłam przekonana, że książka bardzo mi się spodoba. Szukałam jej dosłownie wszędzie, jednak nic z tego. Dopiero niedawno sobie o niej przypomniałam, gdy koleżanka ją czytała. Pożyczyłam od niej i tak oto poznałam historię Lennie. 

Siedemnastoletnia Lennie jest załamana po niespodziewanej śmierci starszej siostry. Jedyną osobą, przy której czuje mniejszy ból, jest chłopak siostry, Toby, który cierpi tak samo jak ona. Są ze sobą coraz częściej, coraz bliżej. Nic nie mogą na to poradzić – ani na potworne wyrzuty sumienia.

Wszystko staje się jeszcze bardziej trudne, gdy w szkole zjawia się nowy chłopak, Joe. A Lennie z przerażeniem odkrywa, że nie może przestać myśleć o jego czarnych oczach i miękkich ustach...


Czy można przeżywać żałobę i myśleć o chłopaku? Rozpaczać i równocześnie być tak szczęśliwą?
A może miłość jest właśnie po to, by nie dać się prześladować temu, co przepadło, i tylko trwać w zachwycie nad tym, co było...

Książka skusiła mnie mnóstwem pozytywnych opinii na jej temat. Gdzie tylko nie wejdę, w jakąkolwiek recenzję, prawie zawsze trafię na tą pozytywną. I to nawet bardzo pozytywną. Czytelnicy zachwalają ją pod niebiosa, dlatego i ja chciałam przekonać się, czy jest ona rzeczywiście tak dobra jak inni sądzą. Byłam prawie pewna, że książka bardzo mi się spodoba, pochłonie mnie do reszty i sprawi, że nie będę mogła myśleć o niczym innym jak tylko o jej bohaterach. W rzeczywistości nie było aż tak kolorowo. Ale o tym później. 

"Moja siostra będzie umierać ciągle od nowa przez resztę mojego życia. Żałoba jest na zawsze. Nie odchodzi; staje się częścią ciebie, idzie z tobą krok w krok, oddech w oddech. Nigdy nie przestanę opłakiwać Bailey, bo nigdy nie przestanę jej kochać."

Książka opowiada historię Lenny, która niedawno straciła swoją siostrę. Siostrę, którą kochała nader wszystko. Oprócz tego, że były rodziną, były też prawdziwymi przyjaciółkami. Zawsze sobie wszystko mówiły i wiedziały, że zawsze jedna może liczyć na drugą. Śmierć Bailey niestety wszystko zmienia. Lennie zostaje sama, traci najbliższą przyjaciółkę. Zmienia się nie do poznania, odsuwa się od znajomych ze szkoły, z babcią też mało rozmawia, zamyka się w sobie. Dobrze dogaduje się jednak z Toby'm - chłopakiem Bailey. Aż za dobrze. Oboje rozumieją się bardzo dobrze, ponieważ to właśnie ich najbardziej dotknęła śmierć dziewczyny. Zaczynają spędzać ze sobą dużo czasu, za dużo. W międzyczasie Lenny poznaje Joego. I zakochuje się w nim na zabój. Szkoda tylko, że równocześnie spotyka się z Toby'm i czasem nie potrafią powstrzymać emocji na wodzy. 

Książka ogólnie jest bardzo sympatyczna. Lekko się ją czyta, napisana świetnym, młodzieżowym językiem. Powieść jest wciągająca, to trzeba przyznać. Autorka ukazała nam wspaniały obraz siostrzanej miłości. Dziewczyny za życia były najlepszymi przyjaciółkami, kochały się przeogromnie. Dlatego śmierć Bailey jest dla Lenny ogromnym ciosem. Dziewczyna nadal kocha siostrę i nie może pogodzić się z jej stratą. Nie pozwala nikomu ruszać czegokolwiek w jej pokoju, w którym wszystko zostało tak, jakim Bailey go zostawiła. Lenny przeżywa istne piekło. Nie może przestać o niej myśleć, przestać wspominać wspaniałe chwile, które razem przeżyły. Tym bardziej, że wychowały się bez rodziców. Dziewczynkami zajmowała się babcia. Śmierć Bailey spotęgowała również w Lenny tęsknotę za matką, której nigdy nie znała. 

"Na naszych wspólnych zdjęciach ona zawsze patrzy w obiektyw, a ja zawsze patrzę w nią."

Książka ogólnie jest dobra, ale...bohaterka w niektórych momentach doprowadzała mnie do nerwicy. Dosłownie. Nie wiem, czy nikt tego nie zauważył, czy to ja (i moja koleżanka) jesteśmy na to tak wyczulone, ale jej zachowanie naprawdę grało nam na nerwach. Nie dość, że zaczyna się spotykać z chłopakiem swojej siostry i między nimi do czegoś dochodzi, to jeszcze, gdy spotyka najwspanialszego faceta, jaki może się jej trafić (Joe), psuje wszystko przez...no oczywiście...przez Toby'ego! Lennie zachowywała się naprawdę bardzo, ale to bardzo niedojrzale i samolubnie. Jak sobie tylko przypomnę początek tej książki, to...aaa, zapomnijmy o tym! 

Na szczęście zakończenie wynagrodziło mi wszystko! Naprawdę jest mistrzowskie. Mój ukochany, najwspanialszy, idealny Joe tylko utwierdził mnie w tym, jaki jest. Autorka naprawdę przyłożyła się solidnie do zakończenia, co sprawiło, że po moich policzkach w pewnym momencie zaczęły spływać łzy. Właśnie tego brakowało mi od samego początku tej książki. 

Tak jak wspominałam, książka jest dobra, jednak ja oczekiwałam po niej czegoś więcej. Te wszystkie wspaniałe, wychwalające ją komentarze sprawiły, że miałam wygórowane wymagania, niepotrzebnie. Być może gdyby nie to odebrałabym ją zupełnie inaczej. 
Niemniej jednak polecam ją wszystkim, którzy mają ochotę potowarzyszyć Lenny w jej żałobie, która naprawdę była bardzo widoczna i świetnie ukazana. Zachęcam do przeczytania! 

6/10