niedziela, 15 lutego 2015

Akcja wywiad: Liliana Fabisińska

Witajcie!
Z ankiety przeprowadzonej jakiś czas temu dowiedziałyśmy się, że chętnie czytalibyście wywiady z autorami. Dwa już miałam okazję przeprowadzić i możecie je przeczytać klikając w ten link. Dziś przyszła pora na kolejną autorkę. W dzisiejszej odsłonie Akcji wywiad będziecie mogli bliżej poznać autorkę niedawno recenzowanej przeze mnie książki - "Córeczka" Liliany Fabisińskiej. 


1. Od czego zaczęła się Pani przygoda z pisaniem?
Pisałam od zawsze. Chyba zaczęłam pisać jeszcze zanim... zaczęłam pisać. Moja babcia wspominała często, że w wieku czterech czy pięciu lat ‘pisałam’ palcem listy do Pippi na liściach klonu w parku i prosiłam babcię, żeby je wysłała. Potem pisałam książki w notesikach, w zeszytach, wydawałam gazetkę o kaktusach dla dzieci z mojej klasy, przepisując ją i przerysowując w pięciu czy sześciu egzemplarzach, bo przecież nie było jeszcze ksero ani drukarek. A więc pisanie mam we krwi, nigdy nie podjęłam świadomej decyzji, że będę pisać książki. Po prostu to robiłam, tak jak inne dzieciaki tak po prostu bawiły się samochodzikami albo zjeżdżały ze zjeżdżalni.

2. Kto jako pierwszy czyta Pani książki zanim wyśle je Pani  wydawcy?

Zwykle oddaję książki lekko spóźniona, kilka albo kilkanaście dni po umówionej z wydawnictwem dacie, więc czasu na testowanie ich na znajomych już nie ma. Kompletna wersja wędruje od razu do lekko już wkurzonego wydawcy. Ale pierwsze fragmenty, pomysły, rozdziały, które budzą moje wątpliwości, testuję najczęściej na mojej przyjaciółce Małgosi. Jest niesamowicie uważnym czytelnikiem i jedną z najbardziej kreatywnych osób, jakie znam. Zawsze wychwyci fałszywe nuty, zada właściwe pytanie, naprowadzając mnie na tory, z których zboczyłam… A przy tym tak cudownie motywuje mnie do pracy! Jestem jej nieustanną dłużniczką. Z kolei książki dla dzieci to ‘działka’ mojej mamy. Idę do niej na kawę, kiedy utknę gdzieś w pół drogi w jakimś szalonym wątku. Wyobraźnia mojej mamy naprawdę nie zna granic. I działa szybciej niż karabin maszynowy!


3. Do tej pory pisała Pani książki tylko dla dzieci i młodzieży. Dlaczego? Takie książki pisze się łatwiej? Mają mniej wymagających czytelników?

Ależ skąd! Nigdy nie nazwałabym pisania dla dzieci łatwiejszym czy mniej wymagającym. Tu każdy szczegół musi brzmieć prawdziwie, mieć swoje uzasadnienie. Dzieci są bardzo bystrymi czytelnikami, i nie wiedzą, że pewnych rzeczy nie wypada. Nie będą czytać czegoś, co jest nudne. Po prostu rzucą taką książkę w kąt. A jeśli coś jest dla nich niezrozumiałe, czy źle wymyślone, bezlitośnie to powiedzą prosto w oczy. Pisanie dla dzieci to wielkie wyzwanie i przygoda. Można zapuścić się w świat wyobraźni, użyć odrobiny magii… Uwielbiam pisać dla dzieci. Dla młodzieży też.
Ale to nieprawda, że nie pisałam do tej pory dla dorosłych. Zaczynałam od pisania dla dorosłych, mam kilka książek wciąż w szufladzie… Nie były dostatecznie dobre, kompletne, by je pokazać światu. Napisałam też trzy tomy sagi historycznej, również nigdy nie wydanej... To było wieki temu. Ale przed rokiem ukazała się powieść „Z jednej gliny”. Zwariowana historia czterech przyjaciółek. Trochę taki „Bezsennik” dla dorosłych…


4. Poznałam Pani twórczość kilka lat temu właśnie przy okazji "Bezsennika". To dla mnie absolutny bestseller. Do tej pory mam sentyment do tej serii. Ile czasu zajęło Pani napisanie go i która bohaterka była Pani najbardziej bliska? A może któraś z nich to Pani z lat młodości?
Nigdy nie opisuję siebie wprost w swoich książkach. Owszem, pewnie bohaterki dostają ode mnie czasami jakąś moją cechę, jakieś moje powiedzonka, albo marzenia. Ale żadna z nich nie jest ani trochę mną. Wymyślanie postaci jest znacznie ciekawsze. Za to wszystkie cztery dziewczyny w „Bezsenniku” były takimi postaciami, z którymi chętnie bym się zaprzyjaźniła. Tak samo zresztą jest z głównymi bohaterkami moich dorosłych książek. Muszę się z bohaterką przyjaźnić, rozumieć ją, kibicować jej, nawet jeśli robi błędy i strasznie mnie chwilami wkurza. To musi być postać, z którą chętnie przegadałabym przy winie, albo kawie, niejeden wieczór. Choć w najnowszej książce może trochę to złamię i stworzę postać, której nie chciałabym zaprosić na kolację. O ile mi się uda jej nie polubić już w pierwszym rozdziale…


5. W "Córeczce" porusza Pani problem wirusa HIV. Skąd pomysł na taką powieść?
Jestem z pokolenia, które wchodziło w dorosłość na przełomie lat 80. i 90.  Wtedy skrótów HIV i AIDS używaliśmy wymiennie: oba brzmiały jak wyrok śmierci. Wtedy umarł Freddie Mercury. Wtedy karierę nagle zakończył koszykarz Magic Johnson… a rok później powrócił na parkiet, mimo wirusa HIV, o czym dyskutowano w głównych serwisach informacyjnych od rana do nocy. To był jeden z najbardziej elektryzujących tematów. Ale HIV nie dotyczył zwykłych ‘porządnych’ ludzi. To był problem celebrytów, mających dziesiątki, setki partnerów. Dotyczył też narkomanów, bo wtedy w Polsce nie brało się kokainy i amfetaminy, tylko ‘dawało się w żyłę’ kompot, wielorazowymi strzykawkami…
Niedawno trafiłam na statystyki, które pokazują, że większość ‘normalnych ludzi’ wciąż uważa, tak jak 20 czy 25 lat temu, że ich ten problem nie dotyczy. Bo HIV nie może się przydarzyć porządnemu człowiekowi, a więc nie ma sensu robić testów i sprawdzać.
Mój ukochany pisarz, John Irving, mówi, że pisanie powieści często zaczyna się od zadania sobie przy oglądaniu wiadomości pytania ‘Co by było, gdyby…’. I ja je sobie zadałam. Co by było, gdyby taka bardzo normalna, bardzo poukładana, wykształcona żona i matka, dowiedziała się, że może być seropozytywna? Jak uporałaby się z tą wiadomością, jak rozmawiałaby z mężem o tym, że kiedyś w jej życiu był ktoś, kto dziś choruje na AIDS? Jak spędziłaby te godziny, albo dni, w oczekiwaniu na wynik testu? Bardzo mnie to gdybanie wciągnęło. Zaczęłam wyobrażać sobie siebie w tej sytuacji, moje przyjaciółki, znajome, byłe szefowe… I tak powstała „Córeczka”.


6. W powieści "Córeczka" można zauważyć podobieństwa z książką "Pierwsza na liście" Pani Magdaleny Witkiewicz. Wiem, że są Panie w bardzo dobrych relacjach. Czy to był zabieg celowy? Jeśli tak, to dlaczego go Panie wprowadziły?

To jedna z najdziwniejszych historii, jakie mi się zdarzyły. Znałam Magdę jako autorkę wesołych książek, takich jak „Milaczek” czy „Szkoła żon”. Spotkałyśmy się przelotnie na targach książki, pogadałyśmy chwilę na stoisku i zaiskrzyło między nami. Wiadomo było, że się lubimy… ale przez kolejne miesiące nie utrzymywałyśmy kontaktu. Do sierpnia, kiedy wracając ze spotkań autorskich nad morzem wpadłam do Magdy na kawę. Przy tej kawie Magda zapytała: „Co teraz piszesz?” Powiedziałam zgodnie z prawdą, że książkę o tym, jak do pewnej kobiety z poukładanym życiem przychodzi młoda dziewczyna i mówi… Magda przerwała mi przerażona: „Czekaj, to ja piszę o młodej dziewczynie, która przychodzi do kobiety i mówi…”. Ustaliłyśmy, że nie powiemy sobie już nic więcej, żeby się nie sugerować wzajemnie. Ale ja po powrocie do domu napisałam do wydawcy (obie wydajemy książki w Filii!) z prośbą, żeby sprawdził, czy nie piszemy przypadkiem tej samej książki. Znał przecież oba te pomysły od podszewki. Wydawca zapewnił, że to dwie różne historie, i że mam się nie martwić. No i faktycznie, to są dwie zupełnie różne historie, choć początki mają podobne. I obie, jak się okazało, dotyczą w jednym z wątków spraw zdrowia…



7. Skąd wziął się pomysł na wykreowanie "Kropeczki"?

Dziecko bezbronne wobec decyzji dorosłych to taki powracający motyw moich myśli, książkowych i prywatnych. Zrywamy związki damsko-męskie, kończymy przyjaźnie, przeprowadzamy się, umieramy – a dzieciaki zostają, i niewiele myślimy o tym, że zabieramy im kontekst, że pozbawiamy je kogoś ważnego. Często zastanawiam się, co słychać u córki mojej zmarłej przyjaciółki. Straciłam kontakt z jej mężem, nie widziałam od lat tej dziewczynki. Była maluchem, teraz jest prawie dorosła. Z dziećmi innej koleżanki też nie widziałam się od dawna, a przecież spędzaliśmy razem wakacje. Nasze drogi się rozeszły – ale co dzieci są temu winne? Kiedy wyprowadzałam się z bloku, w którym długo mieszkałam, córka sąsiadów płakała i mówiła „To już nie będzie to samo, bez państwa”. Takie małe pożegnania, które dla dzieci mogą być tragedią… Chciałam takie dziecko pokazać, sportretować. Dziecko, o którym nie pomyśleli w swojej rozgrywce dorośli.
Zawsze lubiłam bohaterki z pazurem, aktywne, nad wiek dorosłe, trochę niepokojące dziewczynki, biorące los w swoje ręce. Takie jak Pippi, jak Matylda Roalda Dahla, jak Ania i Mania, próbujące zeswatać rodziców na nowo, albo Matylda z „Leona Zawodowca”… To z uwielbienia dla nich wyrosła moja Kropeczka.


8. Czy jest coś w "Córeczce", co chciałaby Pani teraz zmienić?
Chciałabym rozbudować część, w której Agata poszukuje prawdy. Chciałabym, żeby te poszukiwania trwały dłużej, zmusiły ją do kolejnych podróży, spotkań… Chciałabym jeszcze bardziej poplątać tropy.

To niesamowite. Zwykle gdy kończę pisać książkę, strząsam ją z siebie, jak kaczka wodę… i wchodzę w kolejną opowieść. A ja wciąż jestem mentalnie w „Córeczce”, nie mogę się od niej uwolnić. Nie ma dnia, żebym nie pomyślała, że coś mogłam napisać inaczej, coś rozbudować… Ta historia wciąż żyje i czegoś ode mnie chce. Nie wiem, co to ma być? Wydanie drugie poprawione? A może scenariusz filmowy?

9. Czy ma Pani w planach napisać jeszcze jakąś powieść dla dorosłych?
Tak, i to niejedną! Pracuję w tej chwili nad dwoma, niemal symultanicznie. To znaczy, jedną piszę, dobrze się przy tym bawiąc, bo to tym razem historia lekka i wesoła… a druga, poważna jak „Córeczka”, męczy mnie i błaga „Odłóż tamtą i zajmij się mną!”. Ale próbuję ją ignorować i zmusić, żeby poczekała na wakacje. Takie poważne historie dobrze pisze się w upały, nad jeziorem lub morzem… Mam nadzieję, że ją okiełznam i poczeka. Wiosna przecież już niedaleko!


10. Z której dotychczas wydanej książki / książek jest Pani najbardziej zadowolona?

Myślę, że każdy autor najbardziej nienawidzi i najbardziej kocha swoją ostatnią książkę. Pamięta jeszcze towarzyszące jej powstawaniu emocje. Ja też jestem najbardziej zadowolona z „Córeczki”. To tak historia, która mnie samą przyprawia o dreszcze. Lubię główne bohaterki, jestem zakochana w okładce, którą wymyśliła Olga Reszelska… Niewinnej, tajemniczej, niedopowiedzianej. Ale bardzo, bardzo lubię też moją pierwszą wydaną książkę, sprzed ponad dziesięciu lat, czyli „Amora z ulicy Rozkosznej”. Pisanie go było taką zabawą, przyjemnością, szaleństwem. I wiem, że wielu młodych czytelników też wciąż pamięta Amora Korzonka, Kunegundę Brzuchacz i pewnego ducha o frotowym głosie…


11. Mówi się, że w obecnych czasach jest mało osób czytających. Jak Pani się do tego odniesie?

Ja mam wrażenie, że wszyscy czytają! Kiedy jadę pociągiem albo autobusem, wokół jest pełno ludzi z nosami w książkach albo czytnikach. Ja sama wciąż nie przekonałam się do e-booków, kocham szelest kartek, zapach farby drukarskiej, fakturę okładki… Poza tym namiętnie czytam w wannie, a czytnik chyba by tego nie zniósł? Ale jestem wdzięczna wynalazcy e-booków. One tchnęły nowe życie w literaturę, sprawili, że społeczeństwo cyfrowe, któremu nie po drodze było do księgarni, zaczęło czytać książki.


12. Co sądzi Pani o akcji "Polacy nie gęsi i swoich autorów mają"?

Świetny pomysł, świetny tytuł. Biję się w piersi: sama czytam stanowczo za mało polskich książek. W bibliotece automatycznie idę do regału z literaturą szwedzką, niemiecką, włoską, hiszpańską, no i angielską. Oczywiście czytam też książki amerykańskie, bo kto ich nie czyta? A po polskie książki sięgam wtedy, kiedy mi je ktoś poleci, napisze je ktoś znajomy, albo zainteresuje mnie bardzo okładka, opis… Niezbyt często. Muszę to zmienić! Już wypatrzyłam na stronie „Polacy nie gęsi…” kilka tytułów zdecydowanie godnych zainteresowania.



13. Jak zachęciłaby Pani moich czytelników bloga do sięgnięcia po "Córeczkę"?

O matko, nie wiem! To chyba najtrudniejsze, taka autoreklama! Nie chcę nikogo za bardzo namawiać, przekonywać… Powiedziałyśmy o „Córeczce” już tyle, że każdy chyba może sam zdecydować, czy ma ochotę po nią sięgnąć, czy nie. Nie mam bloga, unikam facebooka jak ognia także dlatego, że nie chcę się mizdrzyć do czytelnika, wołać jak osioł ze „Shreka” ‘Wybierz mnie, polub mnie, udostępnij, skomentuj, dodaj do znajomych’… Jestem zdania, że pisarz wypowiada się swoimi książkami, a nie pokazywaniem na facebooku czy blogu, że kupił bluzkę albo zjadł kotleta… Czy jest się lepszym pisarzem dlatego, że siedemset osób daje temu kotletowi ‘lajki’? Oczywiście, są osoby, którym taki bardzo osobisty, nieustanny kontakt z czytelnikami na blogach i facebooku wychodzi fantastycznie, ale we mnie osobiście ten styl komunikacji budzi silny opór. Jeśli mam coś ciekawego do powiedzenia, mówię to w książkach, w wywiadach, na spotkaniach autorskich. A najlepszą reklamą moich książek są… po prostu moje książki. O, wiem! Jeśli ktoś nie wie jeszcze, czy „Córeczka” jest dla niego, czy raczej nie, to w sieci jest już sporo recenzji, warto do nich zajrzeć. Ja namiętnie czytam recenzje książek i filmów, zanim się na nie zdecyduję. Lubię wybierać świadomie bohaterów i historie, z którymi spędzam czas.


Bardzo chciałabym podziękować autorce za bardzo wyczerpujące odpowiedzi! Czytając je po raz pierwszy byłam naprawdę zachwycona i zachwyt ten pozostał do teraz. A Wam jak się podobają odpowiedzi pani Fabisińskiej?