sobota, 31 stycznia 2015

Elizabeth LaBan - "Zaliczenie z tragedii"


Duncan wraca po wakacjach do Szkoły Irvinga. Ma przed sobą trudne zadanie: tradycyjnie zadawany uczniom ostatniej klasy referat o tragedii. Pisząc pracę zaliczeniową, pod okiem ekscentrycznego pana Simona, Duncan przesłuchuje nagrania zostawione dla niego przez absolwenta Irvinga, Tima. Opowieść Tima odkrywa pewne tajemnice z życia uczniów i ujawnia kulisy tragedii, która zdarzyła się w ostatnim roku. 

Urzekająca, piękna opowieść o pierwszej miłości, inności, odpowiedzialności, osamotnieniu – i o tym, jak łatwo stracić to, co dla nas ważne.


O "Zaliczeniu z tragedii" słyszałam już jakiś czas temu. Widziałam sporo pozytywnych recenzji. Postanowiłam zapoznać się z nią. Czego oczekiwałam? Trudno powiedzieć, ale na pewno nie spodziewałam się tego, co otrzymałam. Nie twierdzę, że się zawiodłam, nie!

Duncan po wakacjach przyjeżdża do swojej szkoły. Teraz będzie chodził do ostatniej klasy, co oznacza, że będzie musiał przygotować projekt - zaliczenie z tragedii. Dostaje również nowy pokój, na piętrze dla najstarszych uczniów. Nie ucieszył się, gdy zobaczył, że dostał "najgorszy" z możliwych pokoi. W prezencie od poprzednich mieszkańców, każdy uczeń coś otrzymuje. Duncan otrzymał stertę płyt i jakieś klucze. Nic interesującego. Jak się okazuje, te płyty to nagrana historia nauki w ostatnim semestrze przez Tima, albinosa, który przed Duncanem mieszkał w tym pokoju. I tak poznaje tragiczną historię Tima i Vanessy, której Duncan był świadkiem.

"Wejdz i znajdz przyjaźń"

Książka ta jest naprawdę interesującą pozycją. Spotykamy tutaj naprawdę różnych bohaterów, zmierzamy się z ich problemamy, spędzamy z nimi czas w internacie i w szkole. Podobała mi się. Dawno nie czytałam typowej książki dla młodzieży i to było dobre posunięcie. Rozerwałam się, ale mimo wszystko książka dała mi do myślenia. Możemy zastanowić się nad naszym postępowaniem, decyzjami jakie podejmujemy w życiu, gdyż każde z nich w jakiś sposób wpływa na nasze dalsze życie lub życie naszych znajomych. 

Podoba mi się też to, że jedna historia w pewien sposób wpływa na drugą. Duncan pod wpływem wysłuchiwania historii Tima decyduje się na takie a inne kroki. Ich historie również są w pewien sposób podobne. Nie mam zamiaru jednak ukrywać, że zdecydowanie bardziej podobały mi się fragmenty z życia Tima. 

Powieść przedstawia również przyjemny klimat życia w szkole z internatem, pokazuje go dokładnie takim, jakie jest, bez zbytniego przekolorowania. Można powiedzieć, że jest to bardzo realistyczna i życiowa książka. Wydarzenia w niej zawarte w jakimś stopniu mogą przedstawiać nasze życie, nasze decyzje i wybory, których każdego dnia dokonujemy. Jest to również bardzo dojrzała książka i idealnie odnajdą się w niej nie tylko młodzi czytelnicy. 

Co mi się nie podobało? Przede wszystkim okładka. Jest taka nijaka, byle jaka. Powieść ta jednak zasługuje, aby była przedstawiana w jakiś przyjemniejszy sposób, niestety tutaj tego nie ma. Książka w ogóle nie rzuca się w oczy i raczej nie zachęca do sięgnięcia po nią. 

Moja ocena: 
8/10

piątek, 30 stycznia 2015

Christian Plowman - "O krok za daleko"




"Dostanie się do tego owianego aurą tajemniczości świata było trudne. Oznaczało dla mnie konieczność udawania kogoś innego, osoby, której nie lubiłem i której bym nie tolerował. Aby mieć tam dostęp, trzeba być służalcem i pochlebcą, kłaniać się w pas i podlizywać. Śmiać się z głupich żartów i samemu je opowiadać. Podle traktować kolegów. "

          Jestem pewna, że większości z Was tajny agent kojarzy się z James'em Bond'em. Super gadżety, piękne kobiety, pieniądze i podniecające niebezpieczeństwo. Książek tego typu powstało mnóstwo, sama miałam okazję garstkę przeczytać. Byłam więc ciekawa, jak to wygląda naprawdę, wyłączając całą tę ekskluzywną otoczkę wykreowaną przez autora. Czy życie tajnego agenta rzeczywiście jest tak ekscytujące? 
          Christian Plowman do policji wstąpił pod wplywem impulsu. Niestrudzenie wspinał się do góry, poznawał nowe wydziały i szkolił się. Wkrótce za cel postawił sobie zostanie tajnym egentem, elitą policji. Wytrwale do tego dążył, choć nie zawsze było mu łatwo. Kariera Chris'a jest imponująca. Mężczyzna rozpracowywał gangi, infiltrował środowisko narkomanów, pozyskiwał informatorów. Robił to ze szczerym zapałem graniczącym z obsesją. Jego poświęcenie doprowadziło do rozpadu jego rodziny, a wkrótce i do próby samobójczej. A James Bond miał tak łatwo... 

"Później podniecenie opadło, dotarła do mnie okropność tego, co się wydarzyło i co ważniejsze, tego, co się mogło zdarzyć. Zdałem sobie sprawę, że był to jeden z najbardziej przerażających momentów w moim życiu. Byłem przekonany, że mogę umrzeć. [...] Poczułem, że drżą mi usta i wilgotnieją oczy. Jakoś udało mi się powstrzymać łzy i nadal odgrywać odważnego faceta przed tłumem policjantów, którzy włożyli tak wiele pracy w schwytanie tych małych drani. Nie mogłem pozwolić, by teraz zobaczyli w moich oczach słabość. [...] Jeszcze teraz, po latach, nerwowo przyglądam się otoczeniu, wypatrując grup młodzieży lub osób wyglądających, jakby chciały mnie obrabować."

           "O krok za daleko" zainteresowała mnie natychmiast. Byłam bardzo ciekawa, jak w praktyce wygląda praca tajnego szpiega, choć żywiłam niewielką obawę, że mogę się nudzić przy lekturze. Jasne, o wyczynach superagentów fajnie się czyta, ale przecież Christian Plowman na pewno nie skakał z helikopterów bez spadochronu... Na szczęście nie miałam większych problemów. Książkę przeczytałam w dwa wieczory, co ułatwiła mi przejrzysta czcionka i zwięzłość autora. Plowman przesadnie się nie rozpisuje, wszystko konkretnie nam wyjaśnia za co byłam mu wdzięczna. Gdyby przyszło mi śledzić wzrokiem obszerne opisy, chyba bym nie wytrwała. 

"Miałem ochotę wejść do biura SO10 i wrzasnąć: 'Nie rozliczyłem żadnych wydatków od miesięcy, wy idioci! Możecie mi pomóc, do cholery!?'"

          Nie mogę tego stwierdzić z pełną odpowiedzialnością, jednak czytając miałam nieodprate wrażenie, że autor jest z nami szczery. Nikogo nie wybielał, ani nie oczerniał. Nawet wobec samego siebie wydawał się być obiektyny. Swoją historię opowiada nam z perspektywy czasu, często oceniając własne postępowanie. Chwilami byłam wyjątkowo wzburzona i zasmucona. Doprawdy przykro mi się czytało o tym, jak bardzo Christian Plowman potrzebował pomocy, a wokół nikt nie podjął jakiegokolwiek zdecydowanego działania, aby go wesprzeć. Gdyby w przełomowym momencie sam się nie opamiętał, nie miałby możliwości, aby napisać tę książkę, bo już by nie żył. 

"Leżałem na podłodze salonu, po twarzy płynęły mi łzy; zanosiłem się płaczem, gwałtownie wdychając duże hausty powietrza. Zaschło mi w gardle, poczułem że cuchnie mi z ust i śmierdzę potem. Nie brałem prysznica, nie ogoliłem się, nie umyłem zębów. Odrażające. 
Łzy nie przestawały płynąć. Coś pękło. Musiełem z tym skończyć - skończyć ze wszystkim. [...]
W końcu uspokoiłem się, wstałem z podłogi. Kręciło mi się w głowie, nic nie czułem. I nagle wszystko stało się jasne. Znalazłem rozwiązanie. 
Zabiję się."

          Jak każdy z Was się zapewne domyśla, życie prawdziwego tajniaka ma niewele wspólnego z tym pokazywanym nam na ekranach kin. Nie mam na myśli tylko tego, że Christian Plowman nie miał do dyspozycji wystrzałowych aut, bo to się zdarzło, ale przede wszystkim chodzi mi o to, iż wszystko to, co robią tajni agenci jest dla nich ogromnym ciężarem psychicznym, emocjonalnym, a nawet fizycznym. Nie jest to przyjemy spacerek po polanie, wbrew wszelkim pozorom. 
         Książka mi się podobała. "O krok za daleko" przeczytałam z autentycznym zainteresowaniem. Polecam, ale nie wszystkim. Tak jak wspominałam nie jest to porywająca powieść o nadludzkich wyczynach, a szczera opowieść opisująca realia. Jeśli więc jesteście ciekawi, jak wygląda praca tajnego agenta i chcecie poznać jej mechanizmy, ta książka jest dla Was. Nie oczekujcie jednak historii nie z tej ziemi. 


Autor: Christian Plowman
Tytuł: O krok za daleko
Wydawnictwo: Muza SA
Data wydania: 21 stycznia 2015
Ilość stron: 320
Ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania bardzo dziękuję wydawnictwu: 


środa, 28 stycznia 2015

Roma Ligocka - "Droga Romo"


Autor: Roma Ligocka
Tytuł: "Droga Romo"
Wydawnictwo: Literackie
Ilość stron: 235
Data wydania: 2014
Ocena: 10/10

"Chciałam opowiedzieć o <<wibrowaniu kobiecości>>, które zaczyna się w nas, kiedt mamy kilkanaście lat, i potem nie opuszcza nas już przez całe życie. 

Chciałam opowiedzieć o trudnym kobiecym losie, o jego pierwszym uderzeniu wtedy, kiedy jesteśmy najsłabsze, niedoświadczone - po prostu młode.

Próbowałam porozmawiać ze sobą - tą sprzed lat. I dzięki pisaniu tej książki nauczyłam się tamtej niedoświadczonej dziewczynie przebaczać - przebaczać sobie. Bo może najtrudniejszą sztuką w życiu jest umieć samemu sobie wybaczyć." - Roma Ligocka

Ta książka to w pewnym sensie rozmowa dojrzałej, doświadczonej kobiety, z jej młodszą "wersją" - szukającą wśród innych uznania, by móc się dowartościować i zyskać trochę pewności siebie. Roma Ligocka bez owijania w bawełnę pokazuje swoje życie, to jaka była w młodości, przyznaje się do popełnionych błędów, które musiały ją bardzo wiele kosztować. 

Muszę przyznać, że ze wszystkich książek tej autorki, ta chyba najbardziej zapadnie mi w pamięci. Czytałam ją niejednokrotnie ze łzami w oczach pochłaniając kolejne strony opisujące błędy autorki, jej decyzje (często bardzo nieodpowiedzialne). Jestem pod wrażeniem, że pani Ligocka potrafiła tak publicznie wyjawić swoje sekrety. 

Myślę, że wszyscy popełniamy błędy, dlatego nikogo nie można osądzać, ja też nie zamierzam, a to, że autorka była w stanie przyznać się do tego w tej powieści budzi we mnie jeszcze większy szacunek do niej. 

Roma Ligocka w książce opisuje swoje życie w wieku dorastania. Częste wycieczki, przygody jakie przeżywała i ludzie, których w tym czasie mogła poznać. To wszystko kształtowało jej życie i często sprowadzało ją na kręte ścieżki. Mimo tarapatów w jakich niejednokrotnie się znajdowała - potrafiła wyjść z opresji i myślę, że wyciągała z tego wnioski. 

Bardzo urzekła mnie rozmowa Romy z... Romą. Autorka napisała to w taki sposób, że możemy poznać zarówno dzisiejszą Romę, jak i tą pełną pomysłów, często nieodpowiedzialną, młodą Romę. Myślę, że po przeczytaniu poprzednich jej książek ta jest idealnym podsumowaniem jej wspomnień i twórczości. Nie ukrywam jednak, że chętnie zetknęłabym się z jeszcze niejedną jej książką. Uważam, że to pozycja godna polecenia!

Za możliwość przeczytania, dziękuję:

wtorek, 27 stycznia 2015

Wyniki konkursu!

Witajcie! 
Jak dobrze wiecie, w ramach patronatu nad książką "Oddychając z trudem", razem z wydawnictwem Feeria Young organizowaliśmy konkurs, w którym do zdobycia była właśnie ta książka. 

Konkurs zakończył się wczoraj, a dziś już mamy dla Was wyniki! Nie chciałyśmy trzymać Was w niepewności, dlatego....

Zwycięzcą zostaje: 

Elżbieta Szaranek

To właśnie jej wypowiedź spodobała się nam najbardziej i to ona wygrywa książkę "Oddychając z trudem".  Poniżej możecie przeczytać jej odpowiedź na pytanie, dlaczego to ona powinna wygrać tę książkę! 

"Dlaczego ja?

Uwielbiam książki, które niosą przekaz, tą głębię…
Ostatnimi czasy pokochałam czytanie o trudnych historiach, ponieważ dają one nadzieję. Nadzieję, że można sobie poradzić z największymi problemami. Nadzieję, że nie warto kurczowo trzymać się przeszłości i zwalczyć wewnętrzne demony. Wierzyć, że coś dobrego Nas jeszcze spotka. Życie bywa kruche, więc trzeba być silnym i czerpać z życia to co najlepsze. Bo dobre chwile mijają szybko, a ludzie często o nich zapominają…
„Wolę zachować niesamowite wspomnienia z tych kilku dni spędzonych razem, niż nie mieć ich w ogóle. Mimo świadomości, że ten czas już się nie powtórzy.”
Myślenie pozytywne. Musimy uczyć się na błędach i być w końcu szczęśliwym.
Człowiek musi wierzyć w siebie i w lepszy los. Dzień w dzień dawać sobie przeróżne powody, by oddychać… :)"

Za kilka dni będziemy miały dla Was kolejny konkurs z tą serią, dlatego bądźcie z nami na bieżąco!

poniedziałek, 26 stycznia 2015

"Dziewczyńskie bajki na dobranoc" - praca zbiorowa

Autor: J.Jaworska, J.M.Chmielewska, G. Plebanek, N.Bobrowska, T. Pietruska-Mrożek, A.Drotkiewicz, B.Rudzińska, M.Bereźnicka-Przyłęcka, A.Dziewit, E.Szałek, E.Maciejewska, W.Sobieraj, J.Tomaszewska, M.Łosiak, M.Pawlik, M.Usarek, K.Waleszkiewicz, Z.Soliłło
Tytuł: "Dziewczyńskie bajki na dobranoc"
Wydawnictwo: AMEA
Ilość stron: 330


Kto z nas w dzieciństwie nie czytał bajek? To one wprowadzamy nas w tajemniczy i niezwykły świat księżniczek, smoków, złych macoch oraz dobrych wróżek.
Która z dziewczynek nie marzyła o księciu na białym koniu? Albo o wielkim balu, zorganizowanym specjalnie na jej cześć?
Wszystkie te marzenia miały jeden wspólny pierwiastek: każdy chciał żyć długo i szczęśliwie! W życiu dorosłym czasem powracamy do tych opowiadań i marzeń.
Kilka kobiet, pisarek, postanowiło nawet napisać na ten temat swoje własne, krótkie opowiadania.




"Dziewczyńskie bajki na dobranoc" to zbiór opowieści, w których osiemnaście autorek zmierzyło się z symboliką starych opowiadań, bajek, które każdy z nas zna z dzieciństwa. Autorki napisały historie na podstawie ów baśni, jednocześnie pokazując nam, że warto, każda znana nam opowiastkę odczytywać po swojemu, szukając w niej podpowiedzi na nurtujące nas pytania.


Pisarki nie przypominają jednak szczegółowo znanych historii, lecz przedstawiają opowiadania, które powstały dzięki ich wspomnieniom o słodkich, choć nieco mdłych księżniczkach, o złych macochach, czarodziejskich przedmiotach, wróżkach i przedziwnych zwierzętach. 




Wszystkich opowiadań na dłuższą metę nie da się zapamiętać. Może dlatego, że nie są one napisane po to, aby cały czas je roztrząsać i zastanawiać się nad sensem każdego z nich.  Myślę, że autorki miały inny cel. Chciały, aby czytelnik choć na chwilę zatrzymał się, powracając do lat dzieciństwa i zadał sobie kilka pytań dotyczących jego życia. Może czas najwyższy na małą zmianę, która okaże się wielką rewolucją w życiu?

"Dziewczyńskie bajki na dobranoc" są pisarskim owocem przetworzenia tego, co baśniowe, na użytek współczesnych odbiorców. Niektóre z tych interpretacji prawie wcale nie przypominają swoich oryginałów. Niektóre z nich są pełne symboliki trudnej do odczytania i były  niezrozumiałe dla mnie. Jednak kilka z nich czytałam z zapartym tchem i właśnie te pozostaną w mojej pamięci.


Ocena: 7/10

sobota, 24 stycznia 2015

Rebecca Donovan - "Oddychając z trudem"

"Zacznę jeszcze raz. Z dwojgiem ludzi, których kocham najbardziej na świecie. Choć wiem, że życia nie da się przewidzieć, a w ciągu pół roku wiele może się wydarzyć."


Autor: Rebecca Donovan
Tytuł: "Oddychając z trudem"
Seria: "Oddechy"
Tom: 2/3
Wydawnictwo: Feera Young
Data wydania: 14 stycznia 2015r,
Ilość stron; 544

Emma przetrwała dramatyczną noc w domu swojej ciotki, ale niewiele z niej pamięta. Obudziła się w szpitalnym łóżku, w koszmarnym stanie. Odbył się proces sądowy, w którym na szczęście nie musiała uczestniczyć. Teraz Carol nie może już zrobić jej nic złego, ale wysoką ceną za to jest utrata kontaktu z Laylą i Jackiem.


Emma wróciła do szkoły i na boisko, i stara się po prostu prowadzić zwyczajne życie nastolatki, z wierną Sarą i oddanym Evanem u boku. Nie jest to jednak łatwe – wciąż budzi się zlana potem po koszmarnych snach, a na ulicach prześladują ciekawskie spojrzenia. Gdy decyduje się zamieszkać ze swoją matką, sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje. Tak trudno oddychać, gdy trzeba radzić sobie z tak silnymi emocjami…



Chyba każdy z nas pamięta szum, jaki wywołała pierwsza część z serii "Oddechy". Mnóstwo recenzji na blogach, wiele zachwytów nad tą wspaniałą powieścią. Większości książka raczej się podobała, ja osobiście byłam nią bardzo zachwycona i nie mogłam doczekać się kontynuacji losów bohaterki, które zakończyły się w tak dramatycznym momencie, że chyba gorzej być nie mogło! Jeśli ktoś jeszcze nie widział mojej recenzji, zapraszam tutaj.


Tak jak wspominałam, od października z niecierpliwością czekałam na drugą część "Oddechów". Pierwsza zrobiła naprawdę dużą furrorę, również w moim otoczeniu! Koleżanki układały się po nią w kolejce!  Bez powodu by tak nie było. 


Akcja powieści toczy się sześć miesięcy po dramatycznych wydarzeniach z zakończenia pierwszej części. Emma powoli dochodzi do siebie - fizycznie, bo psychicznie jest nadal wykończona. Prawie każdej nocy miewa koszmary. Przed oczami widzi szaloną ciotkę, która chce ją zabić! Cierpi, ale stara się żyć jak normalni ludzie. Po wielu obawach wróciła do szkoły, a nawet na boisko. Po strasznej kontuzji kostki wróciła do grania i idzie jej rewelacyjnie! Miłość jej i Evana kwitnie, przyjaźń z Sarą również jest pozytywna. Niestety, jak to w życiu, nigdy nie może być sielsko i spokojnie. Dziewczyna postanawia zamieszkać z matką. I tam zaczynają się kolejne problemy. Imprezy alkoholowe urządzane przez Rachel, towarzystwo, z którym spotyka się matka dziewczyny, niekorzystnie wpływają na Emmę. No i pojawia się jeszcze ktoś...ktoś, kto bardzo dobrze rozumie dziewczynę, kto również przeżył wiele strasznych chwil w swoim życiu. Tylko jemu zwierzyła się ze wszystkiego, tylko on zna całą prawdę i tylko do niego dzwoni, gdy w nocy budzą ją koszmary. I wreszcie ktoś, kto namiesza jej w życiu. 


Ulubiony cytat z książki! 
Po lekturze pierwszej części byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tej. Gdy zabrałam się jednak do czytania, rozczarowała mnie. Początek jest naprawdę słaby.(Fosiek: A ja się nie zgadzam z opinią Gosiek co do początku! mnie w ciągnęła już w pierwszych stronach i czytałam z zapartym tchem! Cudowna historia!!!) Zbyt mało emocji, nic specjalnego. Jednak z biegiem stron historia zaczyna się rozwijać, robi się coraz bardziej interesująco i emocjonująco, a końcówka, tak jak poprzednio wbija w fotel! I znów zakończyła się tak, że zupełnie nie wiem czego mam się spodziewać w trzecim tomie! Byłam pewna, że w "Oddychając z trudem" czeka mnie więcej spokojnych chwil, którymi będę mogła nacieszyć się z Emmą, Evanem i Sarą, a tu nic z tego! Książka jest naprawdę bardzo poruszająca i targa emocjami jak mało która! Nie sądziłam, że pani Rebecca Donovan będzie w stanie napisać równie emocjonującą kontynuację, ale tak właśnie jest. Książka jest naprawdę wspaniała! 

Alkoholizm, zdrady, tajemnice, sekrety z przeszłości, ograniczone zaufanie i inne aspekty poruszone w tej książce sprawiły, że  czytając czasami faktycznie oddychałam z trudem...od nadmiaru emocji rzecz jasna! 


Niektórzy uważają, że pierwsza część była gorsza, że czegoś w niej brakowało, że było za dużo krzywd, ciągła przemoc domowa, sprawy szkolne, randki z Evanem i nic poza tym. Natomiast druga część podobała się im dużo bardziej i z wyczekiwaniem (tak jak ja) czeka na kontynuację. Osobą, o której piszę jest Marta. Bardzo cieszę się, że przekonała się do tej serii, jednak według mnie numerem jeden w tej serii jest pierwsza część, która pochłonęła mnie do końca. Nie spałam w nocy, uroniłam łzy na angielskim w szkole i sprawiła, że poruszyła mnie jak żadna inna wcześniej! 



Moja ocena: 

9/10


Za możliwość patronowania tej wspaniałej pozycji dziękuję serdecznie wydawnictwu Feeria Young.


PS.: Zapraszamy na konkurs, w którym do wygrania właśnie ta książka, już tylko kilka dni dzieli nas od wyłonienia zwycięzcy!  Macie czas do poniedziałku!


piątek, 23 stycznia 2015

Kajetan Woźnikowski - "MYŚLODSIEWNIK"

   
   

          Myśli są wolne, niczym niespętane. Choć możemy powstrzymać się, przed wypowiedzeniem ich na głos, nie zdołamy ich zablokować, tak aby nie pojawiały się w naszej głowie. Nachodzą nas różne myśli: dziwne, zabawne, straszne, okrutne, chamskie, głupie, mądre, życzliwe, niepożądane... można by wymieniać w nieskończoność. Zdarzyło się Wam, że czuliście się nimi zmęczeni? Może zapragnęliście się ich pozbyć? Kajtuś miał właśnie takie marzenie, dlatego stworzył MYŚLODSIEWNIK, w którym zamknął je wszystkie, skutecznie się ich pozbywając.
          "Myśli, te dręczące i powracające, te, o których śnił, i te, które przyszły, gdy siedział na kiblu, te smutne, męczące, te wesołe, zabawne, czasami głupie, czasami naiwne. Niezrozumiałe, pogmatwane, bezsensowne, nachodzące czasami każdego z nas. Myśli bywają niebezpieczne. Zwłaszcza w nadmiarze. Dlatego Kajtuś postanowił się ich pozbyć i zamknąć je... w MYŚLODSIEWNIKU, który Ty trzymasz teraz w ręce. I możesz zajrzeć do środka."
          Zwykle sama piszę opisy recenzowanych książek, jednak to właśnie powyższy tekst zachęcił mnie do przeczytania "MYŚLODSIEWNIKA", uznałam więc, że będzie najwłaściwszy. Pomysł wydał mi się bardzo intrygujący, byłam więc ciekawa, jak ma się wykonanie. Wszyscy bowiem wiemy, że dobra idea nie zawsze wystarczy, bowiem od pomysłu do finału daleka droga.
          Moim pierwszym skojarzeniem, kiedy zetknęłam się z tą pozycją, był "Ulisses" James'a Joyce'a. Wiecie; myśli, strumień świadomości, te sprawy. Byłam lekko przerażona. Nie tym, iż mogłam dostać niemal tysiącstronicowe tomisko - James'a Joyce'a się po prostu nie naśladuje. Ów pisarz sam urządziłby sobie artystyczny pogrzeb, nim rozwinąłby skrzydła jako autor. Na szczęście dzieło Kajetana Woźnikowskiego niewiele ma z "Ulissesem" wspólnego, oprócz delikatnie podobnej myśli przewodniej. Przede wszystkim "MYŚLODSIEWNIK" liczy sobie niewiele ponad sto stron i jest napisany dużą, przejrzystą czcionką. Treść została zaprezentowana dokładnie, skrupulatnie i bardzo zgrabnie. Podzielono ją na rozdziały uwieńczone datami. Narracja jest kwestią tutaj bardzo interesującą, bowiem narrator wciąż się zmienia. Raz zwraca się do nas sam autor w liczbie pierwszej, natomiast w kolejnym rozdziale narracja przeistacza się w trzecioosobową.
          Dość już jednak suchych faktów. Zważywszy na to z czym powiązałam sobie na początku to dzieło, zastanawiałam się, jak autor skonstruował swój MYŚLODSIEWNIK. Zapisał może gęsto każdą kartę niezrozumiałymi, nie zawsze logicznymi i powiązanymi ze sobą zdaniami? Otóż nie! I to wydaje mi się być największym atutem tej książki. Kajetan Woźnikowski w sposób fascynujący podszedł do własnej koncepcji, prezentując ją w postaci dialogów czy ciekawych, zaskakujących scenek. Jednak najbardziej interesujące jest to, że z każdej z tych form płynie przesłanie, jakaś myśl autora, którą postanowił przekazać nam w taki sposób, zamiast wprost ją napisać, a pisze on obrazowo, malując słowami.
          Czytając przyszło mi na myśl pytanie, czym jest MYŚLODSIEWNIK. Koszem, czy tylko schowkiem? Wystarczy wcisnąć DELETE i pozbyć się nieproszonych myśli? Każdy z nas może stworzyć dla nich taką celę? Cóż, warto spróbować. Przejdźmy jednak do samych myśli autora. Co on tam na wypisywał? Różne różności. Autor w tej książce poruszył najróżniejsze tematy, od tych najzwyklejszych, aż po te niełatwe. Wspomnę jeszcze, że bardzo często się z nim nie zgadzałam, ale o trafności jego poglądów może pogadamy sobie z nim kiedyś przy kawie, nie tutaj. ;) Dużym plusem jest też fakt, iż "MYŚLODSIEWNIK" to dzieło młodego autora naszych czasów. Co widać, słychać i czuć. Nie dość, że spotykamy się z problemami współczesności, to jeszcze zostały one opisane w taki sposób, że zainteresuje to młodych ludzi, niezbyt chętnych do czytania. Nie lubisz długich książek? Męczy cię pompatyczny język i wymuskane słówka? Łap za książkę autorstwa Kajetana Woźnikowskiego, bo on nie przebiera w słowach. Otóż to, wulgaryzmy występują, co może przeszkadzać osobom wrażliwym na niecenzuralne słowa. A takie, o dziwo, wciąż żyją!
          "MYŚLODSIEWNIK" to ciekawa książka, wyjątkowa na swój sposób. Nie zawarto w niej odkrywczych myśli, które wstrząsną fundamentami Waszego świata, ale na pewno spotkacie te, które czasem przemykają przez Wasz umysł. Myślę, że jest to pozycja, z którą warto się zapoznać, choć okładka nie zachęca. Jeśli chodzi o ocenę, to obniżenie jej o jeden, traktuję jako punkt honoru. "Chińskie bajki", drogi Kajetanie? Jak możesz? Jestem "otaku", muszę się szanować. :P



Autor: Kajetan Woźnikowski
Tytuł: MYŚLODSIEWNIK
Wydawnictwo: Wydaje
Data wydania: wrzesień 2014 (data przybliżona)
Ilość stron: 116
Ocena: 8/10
       

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję autorowi książki, Kajetanowi Woźnikowskiemu i wydawnictwu Wydaje. 
Należy wspierać młodych pisarzy. Życzę więc Kajetanowi z całego serca owocnej twórczości i współpracy. 

Ann

środa, 21 stycznia 2015

Michał Piekara - "Razem przez życie"


Michał Piekara - psychoterapeuta i doradca małżeński. Autor poradników dla par i małżeństw. Prowadzi konferencje w Polsce i za granicą poświęcone budowaniu trwałych relacji miłości. Szczęśliwy mąż i ojciec trójki dzieci.

Zbyt wiele małżeństw daje się zdominować przez naturalne dla każdego związku konflikty i trudności. Wynikają one z rozmaitych przyczyn. Istnieją pewne uniwersalne metody radzenia sobie z nimi. Okazuje się bowiem, ze częstokroć  najtrudniejszym doświadczeniem jest wspólne szukanie rozwiązań tych problemów, a nie sam problem. Książka ta daje szereg konkretnych recept, jak przebrnąć przez te trudności, które, nie oszukujmy się, w mniejszym lub większym stopniu, dotyczą każdego małżeństwa. 

Książka Michała Piekary to idealny poradnik dla małżeństw, które borykają się z problemami, a również dla tych, które chcą się przed nimi uchronić. Myślę jednak, ze ta książka powinna być głównie skierowana do osób pragnących zawrzeć związek małżeński. Dzięki poradom zawartych w tej książce mogą doskonale przygotować się na trudności, które mogą stanąć na ich drodze. Możliwe, ze jest to doskonale rozwiązanie, by ludzie potrafili żyć ze sobą w każdej sytuacji, nie tylko wtedy, kiedy los się do nich uśmiecha.

Michał Piekara to bardzo mądry człowiek, który dzięki swojemu doświadczeniu w życiu prywatnym i zawodowym oraz dzięki ogromnej wierze w Boga, potrafi dawać bardzo cenne rady, które dają szanse na uratowanie rozpadającego się związku. 

Bardzo podoba mi się to, ze autor poruszając kolejne problemy małżeństw, przedstawia je na konkretnych przykładach, dzięki temu przybliża czytelnikowi dana sytuacje. 
Myślę, ze nie warto czekać z przeczytaniem tej książki do momentu, kiedy będzie naprawdę ciężko, dobrze jest wiedzieć co może nas czekać w małżeństwie, bo nie zawsze bedą to chwile beztroski i szczęścia, ale zawsze pełne miłości...
Gorąco polecam tę książkę.
Ocena:
10/10

poniedziałek, 19 stycznia 2015

"Carrie" - uwspółcześniona ekranizacja pierwszej powieści S. Kinga


Tytuł: „Carrie”
Gatunek: Horror
Reżyseria: Kimberly Peirce
Scenariusz: Roberto Aguirre-Sacasa, Lawrence D. Cohen
Produkcja: USA 
Premiera:  18 października 2013 (Polska), 7 października 2013 (świat)


Dziś recenzja kolejnej, tym razem uwspółcześnionej ekranizacji książki Stephena Kinga. Jeśli ktoś chciałby zapoznać się z moimi odczuciami po obejrzeniu starszej wersji, zapraszam tutaj.


Przypomnę Wam o co chodziło. Głęboko wierząca i konserwatywna Margaret White wraz z córką Carrie mieszka na cichym przedmieściu małego miasteczka w stanie Maine. Carrie jest miłą dziewczyną, którą nadopiekuńcza matka izoluje przed światem. Nie przysparza jej to popularności w szkole, gdzie czuje się bardzo samotna. Jest w niej jednak coś wyjątkowego. Prześladujący ją rówieśnicy odkryją sekret Carrie w dniu balu maturalnego, kiedy dziewczyna ujawni swoje telekinetyczne moce i wykorzysta je, aby wyrównać rachunki.


Reżyserka postanowiła trochę unowocześnić wersję. Oprócz smartfonów i komputerów, możemy posłuchać, typową dla naszych czasów, muzykę popularna. Dzięki temu możemy lepiej się wczuć w sytuację głównej bohaterki.  
Odtwórczynie głównych ról zagrały lepiej, niż można było się tego spodziewać. Wiadomo – obie są dobrymi aktorkami.  Jednak to Sissy Spacek, grająca Carrie i Piper Laurie, która wcieliła się w rolę matki bohaterki,  lata temu sprawiły, że publiczność była pod ogromnym wrażeniem.
Chloë Grace Moretz, jako młoda aktorka świetnie wcieliła się w rolę odrzuconej i niezwykłej Carrie. Natomiast doświadczona Julianne Moore jest wspaniała jako matka Carrie. Widać, że prawdziwa aktorka zagra wszystko: od twardych, bezlitosnych kobiet do psychopatycznych fanatyczek religijnych.
Teraz trochę porównań do pierwszej ekranizacji. 
Sissy skąpana krwią i z wyłupiastymi oczami była naprawdę przerażająca, zaś Chloë już niekoniecznie. Warto także zwrócić uwagę na odegranie Chris Hargenson przez Portię Doubleday. Mimo niewielkiego doświadczenia, poradziła sobie wyśmienicie, grając zołzowatą koleżankę. Zawiodła mnie jedynie Gabriella Wilde – nie nadała żadnego wyrazu postaci Sue, była po prostu przeciętna. 
Im nowsza ekranizacja, tym więcej efektów specjalnych. Na balu widać to najbardziej. Carrie urządziła tam niezłą rzeź. Jednak sprawiło to, że "Carrie" upodobniła się innych horrorów.

Kimberly Peirce postawiła na ukazanie relacji między matką i córką oraz tragizm głównej bohaterki. Natomiast Brian De Palma wyreżyserował film wiernie odwzorowany na książce Kinga. 

Podsumowując, obie wersje różnią się od siebie. Każda z nich przedstawiła inne punkty widzenia reżysera, jednak każda ma coś takiego, że warto obejrzeć oba wydania.

Ocena: 7/10

sobota, 17 stycznia 2015

Cecilia Ahern - "Love, Rosie"


Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex znajdą w sobie dość odwagi, żeby spróbować się o tym przekonać?


I już kolejna książka Cecilii Ahern za mną, którą miałam okazję przeczytać. O "Love, Rosie"  zrobiło się głośno z tego względu, że niedawno, na początku grudnia miała miejsce premiera filmu, który powstał na podstawie tej książki. Powieść mogliście wcześniej gdzieś spotkać pod innym tytułem: "Na końcu tęczy". Autorka znów zabiera nas w świat przyjaźni, miłości, tęsknoty i szarego, codziennego życia. 

Gdy tylko zobaczyłam trailer filmu pod tym samym tytułem, byłam pewna, że muszę tę książkę przeczytać. Zaintrygował mnie na tyle, że nie mogłam tak po prostu przejsć obojętnie obok niego. A zanim obejrzę film, muszę przeczytać książkę - zasada, której trzymam się już od kilku lat. 

Rosie i Alex to przyjaciele, których nie sposób rozdzielić. Poznali się w dzieciństwie i zaprzyjaźnili na tyle, że mogliby wskoczyć za sobą w ogień. Niestety, na ich drodze stają rodzice Alexa, którzy przeprowadzają się z Dublina do Bostonu i zabierają syna ze sobą. Przed wyjazdem młodzi obiecują sobie, że nie stracą ze sobą kontaktu, będą wysyłali listy, wymieniali ze sobą email'e, że zrobią wszystko, aby ta przyjaźń przetrwała. I tak mijają dni, tygodnie, miesiące, lata...z dala od siebie, ale nadal są przyjaciółmi. Ale jak twierdzą niektórzy: przyjaźń między kobietą i mężczyzną nie istnieje. Jak jest w ich przypadku? Przeczytajcie! 

"Love, Rosie" to przepiękna książka o przyjaźni, miłości i zaufaniu, jakim darzą siebie nasi główni bohaterowie. Powieść ta napisana jest w bardzo oryginalny i rzadko spotykany sposób. Otóż całą historię poznajemy poprzez listy, emaile i inne formy pisemne. Na początku byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tej formy, jednak z biegiem czasu przyzwyczaiłam się i czytało mi się normalnie. I tak cała historia to wiadomości wysyłane głównie przez Alexa i Rosie. Ich historia, wspomnienia, przemyślenia czy zwierzenia. Wszystko to znajdziemy w tej książce. 
Od pierwszych stron polubiłam głównych bohaterów, bardzo podobała mi się relacja, która ich łączyła. To piękna, bezinteresowna przyjaźń, która zdarza się naprawdę rzadko. Taka, która może przetrwać przez kilkadziesiąt lat. Tak, aż tyle. 
Czas w powieści to właśnie to kilkadziesiąt lat. Poznajemy naszych bohaterów, gdy mieli 5 lat, wspólnie się bawili, chodzili do szkoły, a książka kończy się, gdy Alex i Rosie są starszymi ludźmi. 

Życie Rosie wcale nie było usłane różami. Miała naprawdę sporo problemów, jednak jej osobowość i charakter nie pozwoliły jej się poddać. Walczyła o wszystko co najlepsze nie tylko dla siebie, ale i dla swojej córki. 

Cecilia Ahern jest rewelacyjną pisarką. Naprawdę bardzo żałuję, że dopiero teraz ją odkryłam. Jej lekki i prosty styl pisania sprawiają, że czyta się fantastycznie. Autorka porusza bardzo aktualne tematy, które występują we współczesnym świecie. Kreuje prawdziwych bohaterów, takich, których możemy spotkać na ulicy, w kinie, w szkole, wszędzie. A nawet my możemy wczuć się w tych bohaterów i stwierdzić, że ta książka jest z całą pewnością o nas samych. 
Poza tym, piękne słowa, którymi raczy nas pani Cecilia. Zwłaszcza jedno zostało mi w pamięci. Oto ono; 


"Teraz już wiem na pewno, że tam, na końcu tęczy, czeka na mnie spełnienie marzeń."

Prawda, że piękne? Teraz tylko czekam, aż będę miała możliwość obejrzeć film, który został nakręcony na podstawie tej książki. Mam tylko nadzieję, że nie rozczaruje mnie po tej wspaniałej powieści. 

"Love, Rosie" bez problemu mogę polecić każdej kobiecie, niemal w każdym wieku. Prezentuje ona naprawdę prawdziwe i ważne wartości w życiu każdego człowieka. Jestem pewna, że powieść spodoba się większości czytelników i będziecie ją wspominać równie dobrze jak ja. 

PS. Czytaliście "Love, Rosie"? Co o niej sądzicie? 
PS.2 A jak film? Oglądaliście? 

piątek, 16 stycznia 2015

Alexandra Bracken - "Mroczne umysły"




       
"Najmroczniejsze umysły skrywają się za fasadą najzwyklejszych twarzy"

          "Mroczne umysły" sterczą dumnie na mojej półce już od ponad roku. Obecnie dostępny jest już drugi tom, a trzeci zapewne jest w przygotowaniu. Ja jednak nie miałam najmniejszej ochoty na tę serię po tym, jak zawiodła mnie "Niezgodna". Obie pozycje bezczelnie zostały przyrównane do "Igrzysk Śmierci", które uwielbiam. Suzanne Collins napisała wspaniałą trylogię, która wielu jej fanom narobiła smaku na dystopie. Drążnicy jednak wydaje mi się fakt, że obecnie wszystkie książki tego gatunku są przyrównywane do "Igrzysk Śmierci". zupełnie to niepotrzebne.
Dla mnie IŚ były wielkim wstrząsem, obudziły we mnie mnóstwo sprzecznych emocji i uwiodły swoim okrucieństwem. Dlatego też kolejne dystopie odbieram już chłodniej i z większym dystansem. Bałam się następnego rozczarowania, którym mogły się okazać "Mroczne umysły". Postanowiłam jednak sprawdzić, ile prawdy jest w pompatycznych zdaniach zdobiących okładkę.
          Ruby należy do pokolenia zainfekowanego chorobą OMNI. Zabiła ona większość dzieci, a te które przeżyły posiadają niezwykłe umiejętności. Dzieci zostały podzielone według swoich zdolności na: Zielonych, Niebieskich, Żółtych, Pomarańczowych i Czerwonych. Dwie ostatnie grupy scharakteryzowane zostały jako niebezpieczne, a w efekcie Ruby mając 10 lat trafiła do obozu w Thurmond, jednego z pierwszych i najliczniej zamieszkanych przez dzieci. Choć jest Pomarańczowa, udało jej się to zataić i została sklasyfikowana jako Zielona. Dzięki temu przetrwała jako jedna z ostanich ze swojej grupy. Nikt w obozie nie wie, że Ruby, jak i inni jej podobni, potrafi wnikać do umysłów ludzi i manipulować nimi. Ukrywa to, aby móc żyć.
          Nie chcę wygłaszać wyroków, ponieważ pierwszy tom trylogii "Niezgodna" także zapowiadał się nieźle. Zainteresował mnie, wzbudził ciekawość. Później jednak było tylko gorzej. "Mroczne umysły" także mnie zaintrygowały. Od pierwszej strony do ostatniej moja ciekawość nie mijała. Zachodziłam w głowę o co w tym wszystkim chodzi, a autorka w kolejnych rozdziałach mi to wyłożyła.
          Fabułę nazwałabym jako bardzo dobrą. Spodobało mi się uzasadnienie wystąpienia niezwykłych mocy u dzieci, zapewne w następnych tomach dowiemy się, dlaczego taka choroba wybuchła i zabiła ponad połowę pokolenia. Obozy, ale przede wszystkim sposób traktowania dzieci, wstrząsnęły mną i wzbudziły ogromne współczucie. Wszystko to działo się za plecami zdezorientowanych i oszalałych z przerażenia rodziców. Autorka zwróciła uwagę na efekt tych wydarzeń w gospodarce i polityce międzynarodowej państwa, co bardzo mi zaimponowało.
          Zanim głębiej zacznę analizować osobowość głównej bohaterki, napiszę kilka słów na temat, który niejednokrotnie mnie już dręczył i wciąż wraca. Skąd u pisarzy to zamiłowanie do ohydnych imion? Czy tylko mnie imię Ruby kojarzy się z dziewuszką z słomą w butach, ujeżdżającą byki? Nie zrozumcie mnie źle - nie mam nic do wsi, czy rancz, ale serio... Ruby? Jeszcze nie pozbierałam się po Norze z "Szeptem", a tu już kolejny cios. Nie mogę tego przeboleć. Zostawmy jednak błahostki i skupmy się na konkretach. Główna bohaterka bardzo przypominała mi Julię z "Dotyku Julii". Obie są ślicznymi dziewczynkami z niebezpiecznymi mocami, które izolują je od reszty ludzi i czynią aspołecznymi. Jednak, będąc szczerą, kreacja głównej postaci "Mrocznych umysłów" spodobała mi się bardziej. Alexandra Bracker napisała Ruby bardzo przykrą przeszłość. Wyznam, że kiedy bohaterka cofnęła się myślami w przeszłość wzruszyłam się i uroniłam kilka łez. Ruby dla mnie jest znacznie bardziej przekonywująca. Jej charakter został skonstruowany skrupulatnie, a czyny były z nim spójne. Ruby to dziewczyna dość lękliwa, niepewna, ale jednocześnie zdecydowana. Jestem zaskoczona, że prawie wcale mnie nie irytowała, choć nie oznacza to, że wcale. Nie jest moim ideałem, bowiem uwielbiam kobiety zdecydowane i potężne, ale przekonała mnie do siebie.
          Pozostali bohaterowie są świetni. Uwielbiam Pulpeta, który rozwalał mnie bez przerwy. Ten chłopak nie nawiązuje przyjaźni łatwo, ale kiedy już to zrobi swoich przyjaciół kocha z całego serca. Jest przemądrzały, inteligenty i trochę złośliwy. Kupuję go w stu procentach. Liam to postać dość mdła. Bardzo opiekuńczy, biorący na siebie odpowiedzialność za wszystko i wszystkich. Trzymał tę grupkę w kupie, dbał o nią i zapewnił przetrwanie. Choć nie budził we mnie gorących uczuć, jak to czasem bywa (wiadomo, że każda z nas ma po kilku mężów ;)), to zdecydowanie zapałałam do niego sympatią. To porządny chłopak o krystalicznych intencjach, nic tylko brać. Zu natomiast rozczula i sprawia, że mamy nieodpartą ochotę, by ją chronić. Dream team, powiedziałabym.
          Akcji nie mogę nic zarzucić, bowiem nie nudziłam się ani przez chwilę. Wciąż coś się działo, nieustannie coś mnie ciekawiło. Przyznam, że dopiero w momencie, kiedy Ruby i reszta odnalazła Uciekiniera zaczęłam się trochę krzywić. Nie będę nic zdradzać, ale muszę to napisać: wiedziałam, że tak będzie. Nie mogło stać się inaczej, serio. Nie wiem, jak odebraliście zakończenie, mnie jednak bardzo się spodobało. Właśnie swoim postępowaniem w tamtym momencie, Ruby całkowicie mnie do siebie przekonała. Chylę czoła przed panią Bracken, jestem bardzo ciekawa, jak ona dalej poprowadzi akcję. Nie mogę się doczekać.
          Nie mogę nie skomentować wątku romantycznego. I tutaj znowu autorka mnie usatysfakcjonowała. W większości książek, bohaterowie się spotykają, iskrzy i prędzej czy później się na siebie rzucają, po czym jedno z nich wycofuje się i skomli. W "Mrocznych umysłach" rozegrało się to trochę inaczej. Relacja Ruby i Liama budowała się powolutku. Nie było niekontrolowanego pożaru, czy burzy z piorunami. Bohaterowie poznawali się i wspierali, a ich uczucie było bezpieczne i słodkie. Nie wiem, jak Wy, ale ja to kupuję.
          Uważam tom pierwszy za bardzo dobry wstęp do serii. Niemal się modlę, by autorka tego nie zepsuła, bowiem zakończenie było mocne i bardzo intrygujące. Nie waham się już czy zainwestować w "Nigdy nie gasną". Oczywiście bardzo Wam polecam, sądzę, że przy lekturze będziecie bawić się równie dobrze, jak ja. Enjoy!

Autor: Alexandra Bracken
Tytuł: Mroczne umysły
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 2 kwietnia 2014
Ilość stron: 456
Ocena: 9/10

Ann

środa, 14 stycznia 2015

Anna Bożena Zaniewska - "Aleksandra"



Piotr ma prawie wszystko, czego człowiek może oczekiwać od życia. Jest jeszcze młody i przystojny, a już bardzo sławny i ceniony jako wybitny specjalista w dziedzinie transplantologii. Do pełni szczęścia brakuje mu tylko własnej rodziny, ale i to zdaje się być już tylko kwestią jednej poważnej rozmowy.

W dniu kiedy ma do niej dojść, następuje nieoczekiwana seria wydarzeń, zmieniających wszystko.  Piotr staje przed wyborem, w którym żadne z rozwiązań nie jest do końca dobre. Jakąkolwiek decyzję podejmie, skomplikuje ona jego życie osobiste w sposób trudny do opisania. Pod znakiem zapytania może również stanąć kariera Piotra, ponieważ swoim wyborem najprawdopodobniej wywoła burzę w świecie medycyny, etyki i filozofii. Jaką decyzję podejmie młody lekarz i co z tego wyniknie?
Piotr Kawecki – młody, przystojny specjalista w dziedzinie transplantologii pracuje w znanej klinice. Ratuje życie ludziom, dzięki najróżniejszym przeszczepom. Jednak jego wrogiem jest szpital miejski, z którym konkuruje od lat.  Został wychowany przez panią Marię, która uczestniczyła w całym jego życiu. Niania była gosposią w domu. Dzięki niej mały Piotruś czuł się bezpiecznie, nawet gdy ciemne chmury przysłoniły mu szczęśliwe życie. Takim momentem była śmierć jego rodziców. Oboje zginęli w katastrofie lotniczej. Wtedy pani Maria zaopiekowała się Piotrem. Ukończył on studia w mieście z dala od domu. Po ich ukończeniu powrócił do miejsca z dzieciństwa.
Piotr nie miał własnej rodziny. Spotykał się z pewną kobietą, której to podczas wyjątkowego wieczoru chciał zadać pytanie, dotyczące ich dalszego życia. Niestety nie doszło do niego. W oczekiwaniu na ukochaną, zadzwonił telefon.  W słuchawce usłyszał:
„ Panie doktorze, tu siostra dyżurna Barbara Ożarska. Ordynator wzywa wszystkich specjalistów natychmiast do kliniki. Był straszny wypadek na autostradzie.”
I tak zaczęły się niespodziewane wydarzenia…
W wypadku było dużo ofiar śmiertelnych. Ucierpiało między innymi młode małżeństwo – Aleks i Sandra Szokerowie –specjaliści w dziedzinie genetyki. Ciało Aleksa jest totalnie zmasakrowane, jedyna część ciała która pozostała do uratowania to mózg. Natomiast u Sandry ciało pozostało bez żadnych obrażeń. Jednak stwierdzono u niej śmierć mózgową. Jak się okazało Sandra była ukochaną Piotra, z którą był umówiony na ten „wyjątkowy” wieczór.
Co w takim razie zrobi Piotr? Czy uda mu się uratować ukochaną? A Aleks? Nikt nie chce stracić wybitnego genetyka. Jak znany światowej sławy chirurg transplantologii postąpi i co z tego wyniknie…
Książka, mimo że krótka i nie ma w niej rozbudowanej fabuły, porusza temat bardzo ważny i dyskusyjny. Historia zostawia po sobie wiele pytań bez odpowiedzi, na które czytelnik próbuje odpowiedzieć. Jednak te wszystkie wydarzenia skończyły się zbyt szybko. Książka nie wyjaśnia kilku spraw, z którymi czytelnik musi sobie radzić sam. Brakuje mi w niej rozwinięcia akcji.


Gorąco dziękuję za możliwość przeczytania książki.

wtorek, 13 stycznia 2015

Konkurs: "Oddychając z trudem" #1

Cześć! 
Tak jak pewnie już wiecie (bo zdążyłam się już pochwalić i tutaj i na fanpage), Blask Książek patronuje medialnie drugiej części serii "Oddechy". Jak już mogliście się przekonać (a jeśli nie, to to zróbcie), pierwsza część bardzo przypadła mi do gustu. Nie mogłam doczekać się już kontynuacji losów Emmy. I tak, jutro czyli 14 stycznia, książka "Oddychając z trudem" ma swoją premierę. Jako, że udało się nam zdobyć patronat nad nią, postanowiłyśmy zorganizować dla Was konkursy. I dzisiaj startuje pierwszy. Jeśli chcecie wygrać egzemplarz "Oddychając z trudem", wystarczy, że odpowiecie na pytanie konkursowe (bardzo proste!), które znajdziecie na dole. 

Zasady konkursu:

1. Organizatorkami konkursu są administratorki bloga Blask Książek, a sponsorem nagrody jest wydawnictwo Feeria Young. 
2. Do wygrania książka - "Oddychając z trudem" - 1 egzemplarz
3. Konkurs trwa od 13 stycznia do 26 stycznia. Zgłoszenia wysłane po terminie, nie będą brane pod uwagę!
4. By wziąć udział w konkursie nie trzeba być publicznym obserwatorem bloga.
5. Ze względu na fakt, iż nie wszyscy posiadają Facebooka, niewymagane jest polubienie fanpejdża Blasku Książek, niemniej, byłybyśmy wdzięczne.
6. By wziąć udział w konkursie należy zamieszkiwać Polskę, bądź posiadać adres korespondencyjny w granicach naszego państwa.
7. Na naszego emaila: blaskksiazek@gmail.com prosimy wysłać to samo ZGŁOSZENIE co w komentarzu.
8. Odpowiedź na pytanie konkursowe a także e-mail, nick, bądź w przypadku osób anonimowych imię i nazwisko, "Biorę udział w konkursie", należy wpisać w komentarzu pod tym postem. Zgłoszenia gdziekolwiek indziej, nie będą brane pod uwagę!

Pytanie konkursowe: 

Dlaczego to właśnie Ty powinnaś / powinieneś wygrać "Oddychając z trudem"? 

PS. Na wszystkie zgłoszenia czekamy do 26 stycznia do godz. 23:59
PS2: Recenzja tej książki pojawi się prawdopodobnie w sobotę, 24 stycznia.