środa, 31 grudnia 2014

"Oddychając z trudem" - Zapowiedź


Jakiś czas temu miałam okazję przeczytać niesamowitą książkę - "Powód by oddychać". Zakończenie powieści wbiło mnie w fotel na tyle, że nie mogłam doczekać się kolejnej części. I oto jest, a raczej będzie. 14 stycznia ma premierę druga część "Oddechów". I tutaj muszę się pochwalić małym sukcesem. Blask Książek został patronem tej książki, z czego bardzo się cieszę. I Wy na pewno na tym skorzystacie, ponieważ planuję zorganizować dla Was konkursy! Zatem spójrzcie na opis:

Emma przetrwała dramatyczną noc w domu swojej ciotki, ale niewiele z niej pamięta. Obudziła się w szpitalnym łóżku, w koszmarnym stanie. Odbył się proces sądowy, w którym na szczęście nie musiała uczestniczyć. Teraz Carol nie może już zrobić jej nic złego, ale wysoką ceną za to jest utrata kontaktu z Laylą i Jackiem.Emma wróciła do szkoły i na boisko, i stara się po prostu prowadzić zwyczajne życie nastolatki, z wierną Sarą i oddanym Evanem u boku. Nie jest to jednak łatwe – wciąż budzi się zlana potem po koszmarnych snach, a na ulicach prześladują ciekawskie spojrzenia. Gdy decyduje się zamieszkać ze swoją matką, sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje. Tak trudno oddychać, gdy trzeba radzić sobie z tak silnymi emocjami…

Ja już nie mogę się doczekać, aż będę mogła sięgnąć po nią i zagłębić się w lekturze. A jak Wam się podoba ta książka? Znalazła się ona Waszym "must read" czy też "must have"? 


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Karolina Gliniecka - Charlize Mystery. (Nie) mam się w co ubrać



Autor: Karolina Gliniecka
Tytuł: "(Nie) mam się w co ubrać"
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 346
Ocena: 7/10



Moja szafa! Za każdym  razem, kiedy ją otwieram, dopada mnie pytanie: W co ja się ubiorę? Panika i strach doprowadzają mnie to ostatecznego stwierdzenia, że oczywiście nie mam się w co ubrać! 
Dlatego kiedy zobaczyłam jedną z recenzji książki "(Nie) mam się w co ubrać" zrozumiałam, że muszą ją przeczytać.

Karolina Gliniecka vel Charlize Mystery to jedna z pierwszych blogerek modowych w Polsce. Prowadzi bloga od ponad sześciu lat. Jej stylizacje publikowały między innymi : Vogue, Elle, Glamour, Harper’s Baazar. Szczerze mówiąc nie zaglądam zbyt często na blogi modowe. Z tego też powodu ta pani była mi obca, ale to nie zmieniło faktu, że byłam ciekawa tego, co napisała.




Nie lubię oceniać książki po okładce, bo uważam, że można się pomylić i odrzucić świetną pozycję do czytania lub przeczytać taką, z którą lepiej nie obcować. 
W tym przypadku było inaczej. Biorąc do ręki tę książkę, od razu miałam przeczucie, że znajdę w niej wiele ciekawych propozycji na stylizacje.  
Poradnik pani Karoliny posiada twardą okładkę. Bardzo lubię takie książki. Staranne wykonanie, dobrej jakości papier i przede wszystkim wspaniałe zdjęcia sprawiają, że czytanie tej książki sprawia wiele przyjemności. 


 
Książka podzielona jest na rozdziały. W każdym z nich znajdujemy kilka stylizacji przygotowanych przez Charlize Mystery, porady jak łączyć poszczególne części garderoby oraz ciekawą dawkę historii.
Ponadto byłam mile zaskoczona, że mam wiele wspólnego z panią Karoliną. Obie mamy takie same figury, z tym że ja mam trochę więcej kilogramów. Obie nie lubimy zimy. No i przede wszystkim obie mamy swoja pasję, z którą dzielimy się na blogu.



A tak na marginesie. Zawsze myślałam, że blogi związane z modą nie mają wiele wspólnego z blogami typu Blask książek czy z innymi o książkach, muzyce albo ogólnie o kulturze. Jednak myliłam się. Wbrew pozorom wszyscy blogerzy są do siebie podobni. Autorka napisała: "Czego uczy blogowanie? Siebie. Przeglądając archiwum mojego bloga, zobaczysz, przez ile przeszłam etapów, ile przeżyłam zachłyśnięć trendami i ile razy za pomocą ciuchów próbowałam zamaskować niepewność. Ale zauważysz też, jak wielki postęp zrobiłam przez ostatnie dwa lata, jaki styl odnalazłam i co sprawia, że wyglądam i czuję się świetnie. To nie przypadek ani pstryknięcie palcami, tylko praca nad sobą."
W tych słowach jest wiele prawdy. Myślę, że każdy bloger przeglądając swoje starsze posty, zauważy zmiany. W moim przypadku mogę stwierdzić, że przez te parę miesięcy, odkąd jestem na Blasku, w pewnym stopniu zmieniłam swoje podejście do życia i naprawdę dobrze mi z tym!

Podsumowując. Poradnik jest napisany łatwym i ciekawym językiem. Dopatrzyłam się kilku błędów, ale nie uważam tak, jak niektórzy krytycy tej książki, że jest ona do niczego. Wręcz przeciwnie! Z tego poradnika dowiedziałam się wielu naprawdę ciekawych rzeczy. 
Kto wprowadził na rynek jeansy? Do czego najlepiej zakładać oksfordy? Jak konserwować biżuterię? To tylko niektóre zagadnienia. Reszta ciekawostek czeka na Was w książce "(Nie) mam się w co ubrać" ! Jest ona dobrym prezentem dla każdej kobiety, niezależnie od wieku, figury czy stylu.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non:

niedziela, 28 grudnia 2014

Cecilia Ahern - "Zakochać się"

Losy Adama Basila i Christine Rose splatają się pewnej nocy, kiedy na dublińskim moście Christine powstrzymuje Adama przed popełnieniem samobójstwa. Zawierają szaloną umowę: Adam na zawsze zrezygnuje z samobójczych zamiarów, jeśli przed jego trzydziestymi piątymi urodzinami Christine zdoła go przekonać, że jednak warto żyć. Urodziny zbliżają się wielkimi krokami… Rozpoczyna się niezwykły wyścig z czasem, w którym główną nagrodą jest nie tylko życie, lecz także – a może przede wszystkim – miłość.


Cecilię Ahern poznałam przy okazji książki "PS.Kocham Cię". To właśnie dzięki niej, autorka zyskała tak ogromną popularność. Jest ona znana i ceniona nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Jej powieści trafiają do ponad 45 krajów. Autorka zajmuje się również pisaniem scenariuszy do seriali.

O książce słyszałam już jakiś czas temu, przy okazji premiery i już wtedy postanowiłam sobie, że muszę ją przeczytać. A gdy pewnego dnia zobaczyłam, że moja koleżanka właśnie ją ma, od razu ustawiłam się w kolejce po nią. Aniu, dziękuję!

"Chwile są cenne. Czasem z nami zostają, a czasami ulatują, ale wszystkie mają znaczenie. W jednej chwili możesz zmienić zdanie, uratować komuś życie albo się zakochać."

Christine i Adam poznają się w dość nietypowych i dramatycznych okolicznościach. Spacerując po Dublinie, kobieta widzi na moście mężczyznę, który zdecydowany jest z niego skoczyć. Christine nie może do tego dopuścić. Jakimś cudem udaje się go namówić, aby zrezygnował z próby samobójczej. Zawierają układ, w którym Christine zobowiązuje się nauczyć go kochać życie i cieszyć się z niego do jego trzydziestych piątych urodzin. W przeciwnym razie Adam wróci na most i dokończy to, co kobieta mu przerwała. Do tych urodzin zostają równe dwa tygodnie. Kobieta walczy z czasem i próbuje zrobić wszystko, aby uszczęśliwić Adama. Niestety nie jest to takie proste. Na drodze staje mnóstwo przeciwności losu, tajemnic i problemów, ale Christine nie poddaje się. Jej "misją" jest uratowanie Adama.

No cóż. "Zakochać się" to piękna historia o zagubionej miłości. Takiej, która zdarza się raz w życiu. Która sprawia, że świat staje się piękniejszy, dzięki której patrzysz na świat przez różowe okulary. Ale to nie wszystko. Przy tej jedynej osobie czujesz się wyjątkowa, kochana, ale przede wszystkim bezpieczna. I właśnie z taką miłością mamy do czynienia w tej powieści.
Nie będę ukrywać, jest ona przewidywalna i prosta ale bardzo przyjemna i lekka w odbiorze. Z dużą dawką humoru, optymistycznego podejścia do życia. Cecilia w powieści przekazuje nam bardzo ważne wartości, o których my niestety często zapominamy. Wierność, zrozumienie, akceptacja samego siebie, czy dostrzeganie piękna i szczęścia w codziennych, drobnych rzeczach to tylko kilka z przykładów. Niby prosta historia, ale wiele kobiet zachwyca się nią każdego dnia.

"Uczucia to stan ducha. Smutek jest uczuciem, podobnie jak samotność czy gniew. Frustracja jest uczuciem i zazdrość jest uczuciem. Ale to, że chcesz się zabić, już nim nie jest. Możesz mieć myśli samobójcze, ale to tylko myśli. Nieustannie się zmieniają, ponieważ to my je tworzymy. Gdy to pojmiesz, zaczniesz rozumieć swoje emocje."

Cała historia oparta jest na radach poradnika o szczęściu. Nawet rozdziały zatytułowane są w " poradnikowy" sposób. Większość z nich rozpoczyna się słówkiem "Jak...?". Jest to dość ciekawy sposób i bezpośrednio odnosi się do czytanych przez główną bohaterkę poradników mających pomóc jej w każdej sferze życia.

"Zakochać się" to wzruszająca historia pełna ciepła, romantyzmu, napisana z świetnym poczuciem humoru. Kreacja bohaterów jest rewelacyjna, mają oni swoją osobowość, przez co na pewno każda z Was ich polubi. Powieść kierowana jest raczej do kobiet lubiących literaturę obyczajową. Jeśli znacie twórczość pani Ahern, myślę, że nie muszę Was nakłaniać do przeczytania, a tym, które nie znają serdecznie polecam. Spróbujcie. Nie pożałujecie!

sobota, 27 grudnia 2014

Akcja wywiad!: Nina Reichter cz. 2

Tak jak obiecałam, dziś przychodzę do Was z kolejną częścią wywiadu z Niną Reichter! Zachęcam do czytania i wyrażania swojej opini w komentarzu.


9. Dlaczego wybrała Pani akurat taki tytuł powieści? Czytelnicy z tytułową ostatnią spowiedzią spotykają się dopiero pod koniec trzeciego tomu. Miała Pani od razu cały zarys fabuły, czy skąd wziął się ten tytuł?

Miałam zarys fabuły (jeśli nie cały, to na pewno część, do której tytuł się odnosi). Jednak w „Ostatniej spowiedzi” chodziło o coś innego. Tytuł, gdy powieść powstawała, symbolizował moją własną ostatnią spowiedź. Wyrzucenie z siebie emocji i wyspowiadanie się z grzechów. Co ubrałam oczywiście w szaty przeżyć innych ludzi…

10. Czy zmieniała coś Pani w fabule tej historii, która zamieszczona była na blogu, czy została ona wiernie odtworzona?

W fabule – nie. A przynajmniej nic istotnego. Wyrzuciłam kilka scen, parę dopisałam, ale nie miały one znaczenia dla fabuły – to było raczej uzupełnienie, dopieszczenie wątków, które wcześniej pominęłam. Przed publikacją książki zmieniłam imiona kilku bohaterów i nazwę zespołu, ale to kosmetyka. Także – fabularnie jest to ta sama historia, co pierwotnie. Bo przecież… historii nigdy nie należy zmieniać (puszcza oko).

11. Pamięta Pani swoje pierwsze opowiadanie, które było napisane do szuflady? O czym ono było?

Opowiadaniem bym tego nie nazwała, ale napisałam pozew na rozprawę rozwodową moich rodziców. Miałam wtedy 7 lat i miało to miejsce po ich kłótni. Oczywiście nie było to pismo prawnicze spełniające wymogi formalne – raczej dziwaczny wniosek, przypominający dziecięce listy do burmistrza, przyprawiony krztą prawniczego bełkotu zasłyszanego w domu. Moi rodzice ubawili się setnie – i nawet nie wydawali się zmartwieni (chociaż na ich miejscu właściwie nie wiem, co bym pomyślała). W każdym razie pozew był proroczy, ale tylko w kwestii moich studiów. Rodzice nadal są razem, już chyba 40 lat.

12. Co sprawia Pani największą trudność podczas pisania?

Czasami to wyrzucenie z dialogu wszystkich błahych kwestii, których w prawdziwym życiu ludzie wypowiadają mnóstwo, a w dialogach nie powinny się one znaleźć. Oczywiście – to nie zasada generalna. Czasem się one przydają, przy innej okazji rażą. Jednak ja lubię zacząć od czegoś ciekawego i z reguły muszę nad tym pomyśleć – to nie przychodzi samo.

13.  Jaka scena z OS jest Pani ulubioną?

To pytanie, które również bardzo często się powtarza. Trudno wybrać ulubioną scenę w trzytomowej serii, gdzie scen jest mnóstwo i każdej z nich oddało się kawałek siebie. Moim ulubionym tomem jest jednak III – więc na pewno byłaby to któraś ze scen zawartych właśnie w nim.
Ok, ale dajmy Wam konkret. Nie nazwę tej sceny ulubioną – jednak jestem bardzo przywiązana do tych chwil w apartamencie na Sendinger Strasse, gdy Brade przerywa trasę koncertową, wraca do domu, i zdenerwowany rzuca Ally wydrukowane zdjęcia na podłogę. Wszystko to, co dzieje się potem, to kwintesencja tego rodzaju emocji, jakie lubię w książkach i na ekranie.

Stąd: klik
14. Pytanie od Krystiana: Na ile wydarzenia z Pani własnego życia mają wpływ na to co Pani tworzy w swoich książkach? Czy stara się Pani odzwierciedlać w pewnym stopniu ludzi i wydarzenia wokół siebie czy wszystko od początku do końca zmyśla w swojej głowie?

Myślę, że nie da się „wszystkiego od początku do końca” zmyślić. To po prostu niemożliwe. Każdy pisarz wplata do książek elementy z własnego życia – chociażby dlatego, że to łatwiejsze niż tworzenie nowych, a poza tym elementy te same się nasuwają. Wskakują po prostu na właściwe miejsce, kiedy są potrzebne. Także – powieści oczywiście są wytworami wyobraźni. Ale inspiracją jest życie.

15. Pytanie od Krystiana: Czego najbardziej boi się w swoim życiu Nina Reichter?

Bolesnej śmierci. I świadomości umierania – a raczej świadomości nieuchronności tej śmierci – np. podczas awarii lotniczej lub przy chorobie nowotworowej. Kiedyś bałam się zapomnienia. Tego, że nie dokonam niczego ważnego ani znaczącego. Wyrosłam z tego strachu, gdy uświadomiłam sobie, że obojętnie co w życiu osiągnę, najdalej za dwa pokolenia wszyscy już będą mieć to w nosie. Naprawdę – szczerze i głęboko. Będą mieć własny wyścig. Własny kołowrotek. Własne marzenia, demony do pokonania, własne problemy i aktualne autorytety. Więc dałam sobie spokój z tym irracjonalnym strachem. A niech o mnie zapom;) To uwalniające.

16. Wiem, że była Pani obecna na Targach Książki w Krakowie. Jak Pani je wspomina i co Pani o nich myśli?

To było świetne – tym bardziej, że nikt nie spodziewał się przybycia tak ogromnej liczby czytelników.
Ciężko opisać wyjątkowość takiego przeżycia – szczerze mówiąc kalkulowałam, że event ze mną w roli gościa, na jaki przyjdzie ok. 200 osób, będzie możliwy za jakieś…15 lat!
I jeżeli mogę przyznać, że pisane recenzje moich książek traktuje często z przymrużeniem oka, to – nie mogłam traktować lekko poświęcenia, jakim jest stanie przez trzy godziny w kolejce. To niesamowite. Bardzo to doceniłam. To właśnie dzięki czytelnikom i temu, ile przekazali mi dobrych emocji, ten dzień, zamiast być dniem pracy, stał się zupełnie wyjątkowy.J

17. Na koniec chcielibyśmy się dowiedzieć, co Nina Reichter sądzi o blogosferze książkowej?

Cieszy mnie, że tylu młodych ludzi lubi książki i zajmuje się ich recenzowaniem. Cieszy mnie, że czytelnictwo nie zanika (choć akurat w tę często powielaną bzdurę nigdy nie wierzyłam) – czytelnictwo jedynie się zmienia. Młody człowiek rzadziej sięga dzisiaj po książkę w formie fizycznej, czyta natomiast więcej tekstów (chociażby publicystycznych) niż jego rówieśnik 20 lat temu. Teraz bez przerwy coś czytamy – w Internecie.
Natomiast co sądzę o „blogosferze książkowej” –  dokładnie to samo, co o wszystkich innych „sferach”, gdzie funkcjonują kółka wzajemnej adoracji. Komentarz za komentarz, lajk za lajk. Prowadziłam bloga – znam te zasady. Więc idea jest jak najbardziej godna pochwały – a rzeczywistość, no cóż, ma swoje cienie. Smuci mnie, jeśli wiem, że na 30 komentarzy pod recenzją, 15 pochodzi od osób, które tej recenzji prawdopodobnie w ogóle nie przeczytały – no ale to nie moja sprawa. Dziwi mnie też, jeżeli osoba, która zrecenzowała książkę bardzo pozytywnie, pod negatywną recenzją wstawia komentarz – „Masz rację” – chyba w imię kuriozalnej odmiany koleżeńskiej solidarności. Ale to również nie moja sprawa.
Moja sprawą jest natomiast to, ile młodych osób czyta – i jeżeli blogi zachęcają do tego chociaż mały dodatkowy procent – to już wartościowa inicjatywa. A jeżeli prowadzone są rzetelnie i z pasją – to resztę pomijam milczeniem.


Jak widzicie, Nina Reichter jest bardzo ciekawą osobą. Mam nadzieję, że udało nam się zainteresować Was nią. Jeśli jeszcze nie czytaliście Ostatniej spowiedzi, mam nadzieję, że po tych dwóch notkach nadrobicie zaległości :) 

piątek, 26 grudnia 2014

Akcja wywiad! : Nina Reichter cz.1

Nina Reichter - założę się, że każdy z Was zna to nazwisko, ale jakby czasem znalazła się osoba, która nie ma o niej pojęcia, to dzięki dzisiejszej notce będzie mógł ją trochę poznać. Nina Reichter to polska autorka mieszkająca w Niemczech. Jest autorka trylogii "Ostatnia spowiedź". Wszystkie trzy części były recenzowane na tym blogu i pokochałam je jak żadne inne! 

Ostatnia Spowiedź: 


Przy okazji promocji trzeciego tomu udało mi się przeprowadzić z Niną wywiad, którego pierwszą część macie poniżej. Niedługo ukaże się również druga. Musiałam go podzielić na dwie części, bo wyszedł zbyt długi - Nina się postarała!  


1. Historię z Ostatnią Spowiedzią zaczynała Pani na blogu. Jak to się stało, że przekształciła Pani ją w książkę? Był to Pani pomysł, czy ktoś to Pani zaproponował?

Nie wiem, kto mógłby mi zaproponować coś takiego. Nie pojmuję też, czemu miałoby to wynikać z czyjejś sugestii, a nie z mojej własnej decyzji. Dlaczego miałabym liczyć na to, aż KTOŚ mnie dostrzeże? To tragiczny błąd myślenia – zagadka, dlaczego tak powszechny.
A jak to się stało? pewnym okresie blog zaczął zajmować czołowe miejsce w moim planie dnia. Poświęcałam mu coraz więcej uwagi – często okradał mnie z czasu dla znajomych, przyjaciół. I wtedy pomyślałam: może byłoby z tego coś więcej.
W dodatku, kończąc już tę historię, mogłam spojrzeć na nią całościowo. Dostrzegłam, że opowiada o problemach wspólnych dla wielu z nas. I że w zasadzie zespół muzyczny jest tam tylko tłem, a urok, prawda i w pewnym sensie wyjątkowość tej historii leży na innej płaszczyźnie. Następnie poszłam do Empiku i spojrzałam na kilka nowowydanych pozycji dla młodzieży. Przeczytałam kilka kartek… i uniosłam brew. A potem uśmiechnęłam się do siebie.
Więcodpowiadając na Twoje pytanie – tak to się zaczęło.

2. Wyczytałam gdzieś, że w przyszłym roku ma się odbyć premiera najnowszej książki napisanej przez Panią. Zdradzi nam Pani o czym ona będzie?

Szczegółów zdradzić nie mogę. Chociażby dlatego, że tworzę równocześnie dwie powieści i nie wiem, która zostanie opublikowana pierwsza. Ale na pewnobędzie mrocznie… inaczej… Może powiem tyle, że piszę o chłopaku, który stracił pamięć… któremu zmieniono wspomnienia… I o dziewczynie, która go kocha.

3. Kto jest Pani autorytetem?

Odpowiadałam już wcześniej na to pytanie – odpowiedź się nie zmieniła. Autorytetami są dla mnie ludzie bezkompromisowi (ale w sensie postawy życiowej– nie braku otwartości na dialog). Mój Ojciec zawsze wyrażał głośno własne zdanie. Daleko było mu do dyplomacji. To uwalniająca postawa. Prawdziwa. Cenię ludzi, którzy mówią co myślą bez oglądania się na to, jakie korzyści im to przyniesie – bądź nie.

4. Gdybym miała zapytać o wyzwanie, które od jakiegoś czasu krąży po Facebooku, dotyczące 10 książek, które w jakiś sposób wpłynęły na nasze życie, jakie pozycje znalazłyby się na Pani liście?

Nie mam pojęcia, bo nawet nie wiem, jak taką listę miałabym zbudować. Na moje życie wpłynęło tylko parę książek (na pewno nie dziesięć, być może trzy, cztery). Natomiast sporo książek cenię – i każdą za co innego. Jedne za niesamowity klimat (Droga do szczęścia, Dallas 63), inne za wybitne intrygi (Nesbo – wszystkie pozycje), jeszcze inne za ubarwienie mi dzieciństwa (Harry Potter), jeszcze inne za przesłanie (Skazani na Shawshank, Życie Pi).
Także tych list musiałoby być kilka – gdybym zrobiła jedną, wyszedłby totalny misz-masz, bezwartościowy i nieskładny. Jednak jako fakt mogę przyznać, że w każdym z tych zestawień znalazłaby się przynajmniej jedna z książek Kinga. Ale to chyba nikogo nie dziwi :) 

Stąd; klik

5. Jakie jest Pani największe marzenie?

Chyba jestem już stara, bo pierwsze, co mi się nasunęło, to – długo cieszyć się zdrowiem. I oby nic się nie zmieniało. Jest świetnie tak, jak jest. Nie chcę niczego zmieniać.

6. Czy nadal jest Pani tak wielką fanką Tokio Hotel jak wtedy, gdy powstawała "Ostatnia spowiedź"?

To pytanie również już się pojawiło we wcześniejszym wywiadzie. Nigdy nie byłam wielką fanką zespołu. Byłam fanką braci. A do ich muzyki przyzwyczajałam się powoli (jak zresztą pewnie wielu fanów). Na pierwszym miejscu była osobowość, charyzma. A potem muzyka zespołu – która będąc z początku „ok-nutą”, przeszła po latach w coś, z czym wiązały się wspomnienia.
Ale jeżeli chodzi o styl muzyczny, jaki lubię, to bliżej mi do czegoś z lepszym wokalem (tutaj parę osób weźmie głębszy wdech oburzenia).
Z męskich wokalistów lubię Adama Lamberta; Jared Leto też jest świetny. Natomiast sentyment do braci pozostał – i oczywiście, uwielbiam ich. Ale raczej jako postaci show-biznesu – ciekawych ludzi. Niekoniecznie jako muzyków. Chociaż ostatni album, który oczywiście kupiłam („Kings of suburbia”), uważam za naprawdę dobry – choć fani w większości mają inne zdanie.

7. Pamięta Pani pierwszą negatywną opinię o OS? Jak Pani to odebrała?

Pamiętam pierwszą, lecz chyba dlatego, że negatywne opinie – na te ponad sto kilka recenzji – przypominam sobie dwie. Tylko że ja mam do recenzji szczególne podejście. Chyba nietypowe.
Te dobre opinie oczywiście cieszą. Te gorsze mogą zastanowić – ale tylko w szczególnych warunkach. Generalnie kieruje się zasadą, którą streściłabym zdaniem: „wiem, że nie jestem niebieska”. A polega ona na tym: jeżeli negatywna opinia wskazuje coś (jakiś problem, minus utworu), z czym mogę się zgodzić – to na pewno to przemyślę. Tym bardziej, że w 90% przypadków i tak jestem świadoma problemu (sami jesteśmy swoimi najsurowszymi krytykami) – więc docenię tylko trafny strzał.
Natomiast gdy ktoś rzuca w moją stronę zarzut, który ma z realiami tyle wspólnego, co Korea z demokracją (np. Reichter nie umie kreować ciekawego bohatera) – to byłabym idiotką gdyby psuło mi to humor. Dlaczego? Bo wiem, że nie jestem niebieska. I wiem o tym bez względu na to, z jakim zapałem (bądź licealną erudycją) ktoś próbuje mi wmówić rzecz odwrotną. To mnie nie denerwuje – bo to do mnie po prostu nie trafia.
Była kiedyś taka anegdota. Przychodzi kobieta na terapię małżeńską. Jej mąż nie dotarł, nieważne z jakiego powodu. I kobieta mówi do terapeuty:
- Proszę Pana. Mój mąż nazwał mnie dziwką. Jestem oburzona. Chyba się z nim rozwiodę.
Terapeuta myśli chwilę, potem mówi:
- A czy oburzyłaby się Pani, gdyby mąż nazwał Panią krzesłem?
Kobieta, w osłupieniu, odpowiada:
- No nie! Bo przecież wiem, że nie jestem krzesłem!
- A to nie wie Pani, że nie jest Pani dziwką?
No więc właśnie :)

8. Bardziej motywujące są dla Pani opinie krytyczne, czy raczej te pozytywne?
Zewnętrzne opinie nie motywują mnie do niczego. Do dalszej pracy motywuje mnie tylko moja własna opinia na temat tworzonego tekstu.


cdn. 

czwartek, 25 grudnia 2014

Książka na Święta - "Cicha 5"

Stare mieszkania kryją piękne historie. Świadectwa przemijających smutków, spełnionych marzeń, odnalezionych szczęść. Siedem mieszkań, siedem opowieści...
Samotny mężczyzna, który chce spędzić święta w podróży. On jeden i dwie kobiety.
Ceniony senator i jego młoda żona. I jeszcze ktoś. 
Starszy Pan, któremu brakuje rodziny i radości, który postanawia spędzić dość nietypowo święta. 
Rzeźbiarz, który chce nawiązać kontakt ze swoimi dziećmi i byłą żoną. Ta Wigilia może być jego ostatnią szansą. 
Starsza babcia, która dopiero teraz czuje, że żyje. Kolorowe ubrania, selfie na Instagramie i rak, któremu za nic nie chce się dać! 
Młoda kobieta, która straciła męża w wypadku. Jednak jego serce nadal żyje. 
Starsza Pani, która pewnego dnia postanowiła zostać Świętym Mikołajem, nie zważając na konsekwencje. 


"Święta, święty czas już tuż", więc czas, aby zaprezentować Wam recenzję "Cichej 5". Specjalnie czekałam z recenzją jej do Świąt, aby oddać ten klimat na Blasku. "Cicha 5" to dzieło siedmiu cenionych polskich autorek, które napisały dla nas siedem historii świątecznych. Co je łączy? Mieszkanie w Warszawie na ulicy Cichej 5. Kamienica, która dla wszystkich naszych bohaterów jest schronieniem, oazą spokoju i po prostu domem. Dla jednych tym szczęśliym, dla drugich niekoniecznie. 

Od początku, gdy tylko dowiedziałam się, że taki projekt powstanie, bardzo chciałam przeczytać. Dodatkowo, gdy dowiedziałam się, że swoje opowiadania oddadzą moje ulubione polskie autorki: Katarzyna Michalak i Krystyna Mirek, nie wahałam się ani na sekundę. To również dobry sposób, aby poznać nowe, cenione polskie autorki, których do tej pory nie znałam. 

Gdy zabrałam się do czytania, byłam bardzo ciekawa, co też takiego czeka mnie na kolejnych stronach książki. I tak: 

Czytając pierwsze opowiadanie, Katarzyny Bondy byłam po prostu zawiedziona. Podobnie jak Małgorzata Kalicińska, nie porwała mnie, zupełnie. No bo gdzie tam jakiś świąteczny klimat? Ja go nie poczułam, niestety. Bardzo, ale to bardzo mi tam tego brakowało. Autorki piszą dobrze, wiadomo, że z takiego małego kawałeczka tekstu nie można poznać prawdziwego warsztatu autorek, ale wydaje mi się, że w innych powieściach sprawdzają się dużo lepiej. To są chyba te dwa jedyne opowiadania, które nie do końca przypadły mi do gustu, no cóż. 

Następnie kolej na Katarzynę Michalak i Krystynę Mirek. I tak jak się spodziewałam. Obie panie nie zawiodły mnie w ogóle, wręcz przeciwnie. Ich opowiadania przepełnione były emocjami, była radość, częście, miłość. Piękne, ciepłe historie, które złapały mnie za serce i cieszyłam się jak dziecko, że moje ulubione autorki spisały się rewelacyjnie. Anegdoty opisane przez te polskie autorki sprawiły, że bardzo się wzruszyłam. Aż łezka się polała! W obu historiach. 

Natasza Socha i Małgorzata Warda również napisały historię nie tak bardzo związaną ze świętami jak powyższe autorki, ale mimo wszystko bardzo, ale to bardzo mi się podobały! Historia ze starszą babcią z niebieskim językiem i kobietą, która straciła męża w wypadku, a którego serce otrzymał inny mężczyzna, bardzo mnie poruszyły. Mimo, iż czytając je, towarzyszyły mi różne emocje, muszę stwierdzić, że są to bardzo dobre opowiadania. Historia babci sprawiła, że wiele razy wybuchałam śmiechem. Bardzo polubiłam tą postać za to, że nie poddała się, tylko walczyła z przeciwnościami losu i świetnie się bawiła! Natomiast historia pani Małgorzaty sprawiła, że serdecznie jej współczułam, ale i podziwiałam za decyzję, którą dokonała.  

I oczywiście ostatnia, piękna historia Magdaleny Witkiewicz. O radości, jaką daje obdarowywanie innych i spełnianiu marzeń dzieci. Cudowna opowieść o św. Mikołajku, który zawsze może się znaleźć w każdym z nas. Mimo, iż konsekwencje, jakie nasza pani Mikołajowa poniosła mogłyby ją zniechęcić, nie poddaje się i nadal stara się sprawiać, aby chociaż w święta dzieci były szczęśliwe, radosne i aby ich marzenia się spełniły. 

Oprócz treści muszę również wspomnieć o wspaniałej okładce i szacie graficznej książki. Wydawnictwo Filia cały czas zaskakuje mnie okładkami swoich książek, które są naprawdę przepiękne. Oby tak dalej! 

Cicha 5 to zbiór opowiadań, które pozornie miały być o Świętach, a wyszło jak wyszło. Jakby nie patrzeć wszystkie są, natomiast takie, które wryły się w moją pamięć i serce to na pewno opowiadania: Katarzyny Michalak, Krystyny Mirek i Magdaleny Witkiewicz. One są najpiękniejsze, nastomiast polecam również wszystkie inne, pozostałe. Mam nadzieję, że książka Was nie rozczaruje i spędzicie z nią przyjemne, świąteczne chwile. 

Czytaliście Cichą? 
Które opowiadanie/a najbardziej przypadło/y Wam do gustu? 

środa, 24 grudnia 2014

Święta z Blaskiem!

Nadszedł długo oczekiwany przez wszystkich czas - Wigilia, Boże Narodzenie. To czas pełen reflekcji nad życiem, snucie planów na przyszłość i mnóstwo innych przemyśleń. Strojenie choinki, pieczenie pierniczków, przyrządzanie potraw na wigilijną wieczerzę...Nie zapomnijmy w tym czasie zatrzymać się na chwilę, by spojrzeć na ten świąteczny czas z nieco innej perspektywy. Postarajmy się docenić innych ludzi, rodzinę, przyjaciół i przy wigilijnym stole podziękujmy im za swoją obecność. 
A my, drużyna z Blasku Książek, chciałybyśmy złożyć Wam, Drodzy Czytelnicy najserdeczniejsze życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia. 
Życzymy Wam: 
Wesołych Świąt! 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

"Carrie" - ekranizacja pierwszej powieści S. Kinga


 


  

 Tytuł: „Carrie”
Gatunek: Horror
Reżyseria: Brian De Palma
Scenariusz: Lawrence D. Cohen
Produkcja: USA 
Premiera:  31 grudnia 1976 (Polska), 3 listopada 1976 (świat)
Ocena: 8/10
 "Carrie" to ekranizacja pierwszej powieści amerykańskiego pisarza Stephena Kinga. Margaret White, ortodoksyjna chrześcijanka, po stracie męża samotnie wychowuje nastoletnią córkę Carrie. Matka uważa Carrie za przekleństwo boże, a wszelkie jej wady tłumaczy jako kary boskie, całkowicie negując jakiekolwiek wyjaśnienia naukowe. Kobieta jednak nie wie, że jej córka posiada psychokinetyczną moc zdolną spowodować okrutną tragedię, którą mieszkańcy miasteczka Chamberlain mogą popamiętać do końca życia.


Ekranizacje świetnych powieści nie zawsze wypadają świetnie. Twórcy filmów maja nie lada orzech do zgryzienia, aby zainteresować typowych fanów książki do obejrzenia jej na dużym ekranie . Zawsze istnieje ryzyko, że scenarzyści coś zmienili w fabule, uśmiercili nie tych bohaterów co trzeba, albo nawet zmienili gatunek filmu z horroru na komedię romantyczną.
Kiedy przeczytałam "Carrie" wręcz zakochałam się w Kingu. Byłam też bardzo ciekawa jak ta powieść została rzucona na ekran. Czy ostateczny gniew Carrie nie znajdzie upustu na balu w szkole tylko w innej części miasta. Albo czy film oprze się na innym wątku, pomijając ten najważniejszy - zemstę Carrie.
Byłam zdziwiona, kiedy oglądając "Carrie" nie zobaczyłam jej pełnego odwetu na wszystkich mieszkańcach Chamberlain, a jedynie na uczniach, którzy byli na balu studniówkowym. Trochę to mnie zachęciło do poszukania powodu ominięcia tej kwestii przez twórców filmu. I tak dowiedziałam się, że to z powodu zbyt dużych kosztów Brian De Palma musiał zrezygnować z nakręcenia scen, gdzie Carrie oprócz szkoły niszczy także stację benzynową oraz sporą część miasta. A szkoda, bo to mogłoby dodać większej grozy całej ekranizacji.
Na wyróżnienie zasługują aktorzy. Nie bez powodu Sissy Spacek, wcielająca się w rolę Carrie oraz Piper Laurie, która grała jej matkę, Margaret, otrzymały nominacje do Oskara. Właśnie ich gra aktorska dodały smaku całej tej ekranizacji. Sissy Spacek świetnie zagrała nękaną dziewczynę, a Piper Laurie okazała oblicze kobiety złej i szalonej.
W filmie zagrał także John Travolta, którego wszyscy, albo prawie wszyscy, znamy z filmu "Grease".
Podobała mi się również muzyka, która świetnie budowała napięcie i była naprawdę bardzo klimatyczna.
Podsumowując, mogę śmiało stwierdzić, że film wiernie odwzorowuje powieść Stephena Kinga. Aż sama byłam zaskoczona tym faktem. Co prawda, kilka wątków zostało nieznacznie zmienionych, jednak to nie sprawiło, że cały film stracił na wartości.
Mam ochotę na obejrzenie jeszcze innych ekranizacji "Carrie", co zrobię z pewnością w najbliższym czasie.

niedziela, 21 grudnia 2014

Roma Ligocka - "Dobre dziecko"


Autor: Roma Ligocka
Tytuł: "Dobre dziecko"
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: 2012
Ilość stron: 286
Ocena: 10/10

"Myślę, że powinnam była od razu napisać tę część mojej biografii, ale nie mogłam. Okazało się, że wspomnienia - szczególnie te bolesne - mają swoje warstwy i nie wszystkie można odkryć na raz. To, o czym mówię w tej książce, było tak głęboko poruszające, wstydliwe i trudne, że potrzebowałam wielu lat, by dojść do momentu, w którym mogę o tym napisać.
Nieprawda. że dojrzewanie, czas kiedy jest się młodym, ładnym i wesołym, to okres szczęśliwości. Dojrzewanie jest bardzo trudnym procesem i o nim przede wszystkim piszę w tej książce. - Roma Ligocka

Przez jakiś czas nie czytałam książek Romy Ligockiej, choć mam już kilka na swoim koncie. Autorka opisuje bardzo trudne chwile swojego życia, wojna, obozy koncentracyjne, ciągły strach o życie. To było dla mnie za wiele i mimo, że uwielbiałam jej książki, to chyba postanowiłam do nich "dorosnąć". I chyba nadszedł czas, by znów wrócić do tej niezwykłej pisarki. Jej kolejne książki są po prostu cudowne!

Życie po wojnie, w bardzo trudnej polskiej rzeczywistości, przysparza wielu problemów. Roma wraz z mamą mieszkają w niewielkim, wynajętym mieszkaniu. Po stracie ojca, dziewczynie została tylko matka, z którą nie ma najlepszego kontaktu. Obie męczy przeszłość, Teofila (matka) nie chce rozpamiętywać przeszłości, nie chce słuchać o snach, które dręczą jej córkę. Roma ma poczucie, że jest ze wszystkim sama.

Wydawałoby się, że po wojnie wszystko toczy się spokojnie, swoim rytmem i już nic nie może grozić tej młodej kobiecie. Tak jednak nie jest, przeszłość boleśnie wyryła się w pamięci i nie chce odejść. W każdej sytuacji bohaterka widzi gdzieś podobieństwa wojny.

Dojrzewanie to bardzo trudny okres dla każdego z nas, ale wyobraźmy sobie jak to było zaraz po wojnie, kiedy wszystko wyglądało nie tak jak powinno. Podziwiam panią Ligocką za to, że potrafi otwarcie pisać jak to wyglądało w jej przypadku. Potrafi powiedzieć o swoich błędach, z pokorą ponieść za nie winę. Może nie była idealnym dzieckiem, ale myślę, że kluczową rolę miało tu wsparcie innych, którego jej zwyczajnie brakowało. Pozostawiana sama sobie walczyła o lepsze jutro chwytając się każdej szansy. Na zawsze zakochana w sztuce, to w niej szukała ucieczki od rzeczywistości.

To chyba jedna z najlepszych książek Romy Ligockiej, często doprowadzała mnie do łez, do tego stopnia że musiałam odłożyć książkę, by trochę ochłonąć i znów zabrać się za czytanie.

Bardzo gorąco polecam! To niesamowita książka!

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję:

piątek, 19 grudnia 2014

Tara Hyland - "Wybranki fortuny"

     

          Każdy czytelnik miewa okresy, kiedy chce poczytać coś relaksującego, wciągającego, choć jednocześnie niezbyt wyrafinowanego. Oczywiście, wszyscy lubimy czytać dobre książki, które dają do myślenia, jednak ja ciekawym czytadłem od czasu do czasu nie pogardzę. Przyznam, że ostatnio byłam zmęczona tymi wszystkimi dystopiami i dramatami. Ponadto niedawno przeze mnie czytany "Obłęd" trochę zmęczył mnie psychicznie. Zapragnęłam więc zatopić się w świat idealny (?), pełen luksusów i dobrobytu. Takie właśnie są "Wybranki fortuny".
          Głównymi bohaterkami są trzy siostry Melville, dziedziczki szanowanego i ekskluzywnego imperium modowego. Dziewczęta są piękne i zdolne, jednak całkiem się od ciebie różnią. Elizabeth wie czego chce od życia, jest skupiona na swoim celu i wiele energii wkłada w swoje sukcesy, Caitlin natomiast jest dość zagubiona i nadal szuka swojego powołania, podczas kiedy Amber to dziewczyna rozpuszczona i spragniona uwagi rodziców. Siostry nie są ze sobą zżyte, zatem kiedy osiągają pełnoletność opuszczają dom rodzinny i niemal zrywają ze sobą kontakt. Jednak wkrótce w ich firmie pojawiają się poważne problemy, kobiety będą musiały się zjednoczyć, jeśli zechcą uratować swoje dziedzictwo.
          Trochę bałam się tej książki. Mam dość sprecyzowane gusta, choć wciąż staram się sięgać po coś nowego. Dlatego też towarzyszyła mi obawa, że w czasie czytania będę się nudziła i męczyła. Do tego wszystkiego książka liczy sobie ok. 500 stron. Odetchnęłam z ulgą po przeczytaniu kilku pierwszych kartek, bowiem historia bardzo mnie zainteresowała. Zaczęłam się angażować i pochłaniać chciwie każdą literkę tekstu.
          Przede wszystkim bardzo spodobała mi się kreacja bohaterów. Są to postacie bardzo indywidualne i charakterystyczne. Elizabeth polubiłam od razu i okazała się być moją ulubienicą, losy Caitlin mnie ciekawiły, a Amber potraktowałam trochę po "macoszemu", gdyż nie przepadam za rozpieszczonymi smarkulami. Jedno jednak muszę autorce przyznać - bohaterów stworzyła świetnych. Często zdarza mi się spotykać z postaciami, które irytują mnie niemiłosiernie. W "Wybrankach fortuny" nie wszystkich lubiłam - oczywiście, ale nie odczuwałam poirytowania, kiedy się pojawiały, nie trzęsłam się z gniewu targana pokusą, by przejść do fragmentu, gdzie tej postaci już nie ma. Tara Hyland jednak wykreowała bohaterów wielowymiarowych i logicznych. I dzięki jej za to.
          Kolejną rzeczą, która bardzo mi się podobała jest sposób napisania tej książki. Jak już wspominałam akcja osadzona jest w realiach luksusowych, mimo to nie czułam się przytłoczona zbytkami, ponieważ cała opowieść nie buja w chmurach, a ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Problemy i przeszkody bohaterów są bardzo realne i mogą dotyczyć każdego. Jednocześnie za powiew świeżości wzięłam tę luksusową otoczkę.
          Fajną sprawą jest, że w "Wybrankach fortuny" akcja nie skupia się tylko na jednym okresie czy wydarzeniu. Autorka prezentuje nam dość rozległą ramę czasową, dzięki czemu towarzyszymy bohaterom w wielu różnych, często decydujących, momentach ich życia. Smakujemy nie tylko te dobre chwile, ale i złe. Spotykamy tam romans, dramat, akcję, nutkę kryminalistyczną. Ponadto relację miedzy bohaterami są bardzo interesujące. Choć wszyscy są od siebie oddaleni i nie mają dla siebie czasu, wciąż o siebie dbają i się kochają. Każdy z nich stawia na siebie i swoja karierę, dość rzadko oglądając się na swoich bliskich, jednak kiedy to robią wykazują się szczera troską.
          Przechodząc już do podsumowania... polecam. Polecam tę książkę każdemu, kto poszukuje lekkiej lektury dla rozluźnienia. "Wybranki fortuny" czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Historia jest ciekawa, a bohaterowie interesujący i mądrzy. Co więcej jest to porządne tomisko, a nie jakieś dwustu stronicowe pitu-pitu. Raz jeszcze polecam i życzę miłych chwil przy czytaniu! :)

Autor: Tara Hyland 
Tytuł: Wybranki fortuny
Wydawnictwo: Książnica
Data wydania: maj 2011 
Ilość stron: 536
Ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję:


Ann