niedziela, 31 sierpnia 2014

Wakacyjny stosik Gośki!


Cześć!
Wiem, że bardzo lubicie stosiki, a tutaj, na Blasku bardzo dawno nie było żadnego. Dlatego postanowiłam zgromadzić wszystkie moje książki, jakie do mnie przyszły od mojego ostatniego stosu i pokazać go Wam. Nie ma tutaj wszystkich książek, bo parę poszło w obieg. Jak możecie zauważyć blog przeszedł metamorfozę. Od wtorku na Blasku możecie widzieć nowy wygląd i...logo, na które czyhałyśmy od jakiegoś czasu. Dajcie znać w komentarzu jak Wam się podoba. Ponadto bardzo chciałabym Wam podziękować za dużą aktywność na blogu. Ostatnio na bloga dziennie wchodzi około 2 000 osób! To jest niesamowite, Wy jesteście niesamowici. Dziękujemy! 

sobota, 30 sierpnia 2014

Magdalena Kordel - "Malownicze. Wymarzony dom"




Każdy ma swój Wymarzony Dom. Miejsce, w którym może znaleźć ukojenie, szczęście i miłość. Kiedy Magda podejmuje szaloną decyzję i kupuje stary dom w Malowniczem, miasteczku u podnóża Sudetów, nie wie jeszcze, jak bardzo zmieni się jej życie. W pierwszym odruchu chce się go pozbyć, ale dom nie chce wcale pozbyć się jej. Siła kryjąca się w jego wnętrzu pozwala Magdzie odnaleźć swoje miejsce i pomóc innym:

Małej Marcysi, która potrzebuje mamy.

Krysi, która leczy złamane serca kawą migdałową, a wieczorami piecze „kłopotki”, by zapomnieć o przeszłości. 

Michałowi, który uczy się walczyć o miłość Magdy.

Malownicze, to takie miejsce, w którym chyba każdy chciałby się znaleźć. Piękne krajobrazy, świeże powietrze, cisza, spokój i piękny stary dom, który niedawno został kupiony. Jego posiadaczką stała się niejaka Magda. Była to bardzo spontaniczna i zupełnie nieprzemyślana decyzja podjęta pod wpływem chwilowej słabości. Świat Magdy przewraca się do góry nogami. Z dnia na dzień rozpada się jej ponad dwuletni związek, a także rezygnuje z pracy. Magda postanawia pojechać w Sudety i sprawdzić jak wygląda jej nowo zakupiony dom. Nie przypuszcza jednak, że to miejsce diametralnie zmieni jej życie jak i ją samą. Zapozna się z nowymi ludźmi, będzie robić wszystko, aby im pomóc. Na jej drodze znajdzie się mała Marcysia, która mieszka wraz ze starszą siostrą Anią i dziadkami, którzy lubią "zajrzeć do kielicha", Julka, która przyjedzie do Malowniczego odkryć tajemnicę ojca i porozmawiać z niejaką panią Krystyną. Pozna również pana Miecia, miejscowego pijaczynę, który zakocha się w niej bez pamięci i będzie starał się o jej serce. Pojawi się również przystojny osobnik płci męskiej...ale to oczywiście tylko malutki fragmencik tego, co czeka Magdę w  wiosce Malownicze.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Robin LaFevers - "Mroczny triumf"


Autor: Robin LaFevers
Tytuł: Mroczny triumf
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 25 kwietnia 2014
Ilość stron: 504
Ocena: 5/10

„I tak jak miłość ma dwa oblicza, tak samo miał je Śmierć. Ismae została stworzona, by służyć Mu jako litosna ręka, jednak mnie ukuł na inną modłę.
Każda śmierć, której była świadkiem, groza jaką przeżyłam, ukształtowały mnie w to, czym się stałam – Jego ramieniem sprawiedliwości”

Dwa tygodnie temu na blogu ukazała się moja recenzja pierwszego tomu serii „Jego nadobna zabójczyni” Robin LaFevers pt. "Posępna litość", która – mówiąc delikatnie – dupy mi nie urwała. Z niemałą niechęcią, a nawet wstrętem, złapałam „Mroczny triumf”, chcąc mieć już to za sobą. Tak jak przypuszczałam tom drugi miał ciekawszą główną bohaterkę, a raczej przeszłość tejże dziewczyny była bardziej interesująca. Niestety obie pozycje reprezentują ten sam poziom.
Sybella dorastając doznała wielu krzywd od ojca, teraz jej siłą napędową jest nienawiść do tego mężczyzny. Dziewczyna desperacko pragnie uwolnić się od widm przeszłości, które pozostawiły cień na jej duszy. Czy jej się to uda? Czy fakt, że jest córą samej Śmierci okaże się pomocny?
Czułam się zobowiązana, aby mimo wszystko napisać recenzję tej książki. Będzie ona krótka, bowiem o „Mrocznym triumfie” myślę prawie to samo, co o „Posępnej litości”. Szczerze mówiąc książki różnią się od siebie niewiele.
Sybella wydawała się być bohaterką, którą mogłabym polubić, jednak tak się nie stało. Sądziłam, że będę miała do czynienia z młodą kobietą o grubej skórze, która postawiła sobie cel i uparcie będzie dążyła, aby go osiągnąć. Tak naprawdę jest ona po prostu złamana. Wewnątrz pancerza, jakim jest jej ciało, znajduje się drżąca, rozgniewana i lekko szalona dziewczyna, która wcale nie jest tak dojrzała i doświadczona, jak się spodziewałam. Starała się niby chronić swoje przyjaciółki z zakonu, jednak ona sama jest naiwna, to ona potrzebuje ratunku – i wbrew jej słowom – przepełnia ją nadzieja.
W „Mrocznym triumfie” fabuła jest równie prosta, a wątek romantyczny o wiele bardziej banalny, nudny, a nawet mdły. Nie przepadam za romansami, okay – unikam ich, jak ognia, a czytając tę książkę miałam wrażenie, jakbym pożyczyła jakieś bzdurne romansidło od mamy, która za nimi przepada. Ciężko zliczyć ileż razy się krzywiłam, zniesmaczona przesłodzonymi scenkami i najróżniejszymi oklepanymi deklaracjami.
Autorka na ostatnich stronach książki napisała kilka słów od siebie, gdzie oznajmiła, że ten tom został poświęcony Sybelli, nie potyczce politycznej, o której zdecydowanie więcej było w „Posępnej litości”. Tak, tak właśnie jest w rzeczywistości, jednak uważam to za duży błąd.Ten zabieg sprawił, że lektura jest przenudna!
Wątek romantyczny był nudny i bez polotu, myśli i czyny bohaterki nie wywoływały emocji, bliżej jej do zlęknionej zakochanej nastolatki, niż do młodej kobiety, która miała tak ciężkie życie i chce wziąć odwet za doznane krzywdy. A Bestia? Litości! Postać kompletnie nierzeczywista. Pełna bezbrzeżnego zrozumienia, współczucia i ciepła. Okay, zrozumiałam, autorka chciała stworzyć porządnego faceta, a nie drania, jednak zdecydowanie przesadziła z tą jego świętością.
Fabuła prosta jak drut, aspekt romantyczny nudny jak śledzie, intryg politycznych tyle co kot napłakał, więc co jest interesującego w tej książce, zapytacie. Otóż jedyną ciekawą rzeczą jest przeszłość Sybelli, która z każdym rozdziałem jest nam odsłaniana. Dziewczyna przeżyła wiele strasznych i okrutnych rzeczy, o których stopniowo się dowiadujemy. Byłam autentycznie zafascynowana tym, co miało miejsce w przeszłości. Choć „zafascynowana” to może za dużo powiedziane. Zastanawiało mnie, co doprowadziło do tego, że Sybella jest tak przepełniona strachem, jak pomiędzy nią a bratem powstała tak chora i niewłaściwa relacja. W mojej głowie pojawiało się wiele różnych pytań i tylko chęć zdobycia odpowiedzi, motywowała mnie, by przeczytać tę książkę do końca. Raz nawet zostałam zaskoczona! Cóż za niespodziewane, szczęśliwe wydarzenie! Muszę wyznać, że pod koniec lektury byłam szczerze rozbawiona. Objawienie Sybelli mnie rozbiło. Z młodej gniewnej, stała się dzieckiem kwiatem. Byłam zdziwiona, że nie wrzuciła na grzbiet kolorowych ciuchów, a na przywitanie nie odpowiadała: „Peace and Love, brother!”. Coś niesamowitego, nawet w tej chwili jestem w lekkim szoku, kompletny odlot.
Tworząc tę recenzję, wzdychałam kilkanaście razy. Doprawdy nie wiedziałam, co mogę napisać. Bardzo ubolewam, że tak ciekawy pomysł, został tak zmarnowany. Nie jest on nowy, tak – to już było. Nadal jednak autorka mogła napisać porządną serię fantastyczną. Żałuję, że zrobiła z niej denne romansidło. Robin LaFevers czerpała z wydarzeń autentycznych, co wywołuje u mnie jeszcze większy smutek. Uważam za wielką stratę, tak zmarnować fajny materiał. Żadnemu wielkiemu fanowi fantastyki nie polecam „Jego nadobnej zabójczyni”, ewentualnie osobom, które z lubością zaczytują się romansami. Ja niestety – lub stety – się do nich nie zaliczam. Wielki zawód.  

Ann

środa, 27 sierpnia 2014

Krystyna Mirek - "Droga do marzeń"


 "Droga do marzeń" to książka o skomplikowanych życiowych wyborach, tajemnicach przeszłości oraz gorących podmuchach uczucia. A przede wszystkim o szukaniu własnej tożsamości i rodzinnych korzeni, które niekiedy zaskakują nas bardziej, niż moglibyśmy kiedykolwiek podejrzewać. Czasem po prostu nic nie jest takie, jak przez lata się zdawało. Życie dwudziestokilkuletniej Konstancji wali się w gruzy. Rozwiewa się jak bajka, z której młoda kobieta musi wejść w realny świat, znaczony codziennymi troskami bytowymi, niepewnością jutra, a nawet niejasnością, kto jest przyjacielem, kto rywalem, komu można zaufać. W obliczu katastrofy można tylko zginąć albo stworzyć siebie od nowa - po raz pierwszy prawdziwie. Tę właśnie opcję wybiera Konstancja.


Droga do marzeń dla każdego jest inna. Jednym przychodzi ona bardzo prosto, a inni natomiast muszą wiele w swoim życiu doświadczyć i poświęcić się dla marzeń. Wszystko zależy od tego, jakie duże są te nasze marzenia. Czego oczekujemy i pragniemy tak, jak niczego innego. Czym jest spełnienie naszych marzeń. Marzeniem Rafała jest być szefem kuchni w jakiejś dobrej restauracji. Tymczasem młody mężczyzna po szkole, dobrze wykształcony, mający pasję - gotowanie mieszka na dworcu. Nie ma swojego lokum, nie stać go na własne mieszkanie. Czasem pracuje w jakimś obskurnym barze czy stołówce szkolnej, nie jest to jego szczyt marzeń, ale nie narzeka. Cieszy się, że wpadną mu jakieś pieniądze, za które może przeżyć. Pewnego dnia na dworcu spotyka dziewczynę, która nijak nie pasuje do tego miejsca.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Meg Cabot - "Poszła na całość"


 Autor: Meg Cabot
Tytuł: Poszła na całość"
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 266
Ocena: 9/10


Meg Cabot zawsze kojarzyła mi się z grzecznymi powieściami dla nastolatek. Fakt, że napisała "Pamiętnik księżniczek" (którą to powieść przeczytałam w latach młodości :) ) spowodował, że zaszufladkowałam ją do autorów, których książki przeznaczone są głównie dla młodzieży. Ale jak to zwykle bywa myliłam się. I to jak bardzo!

Główną bohaterką powieści jest Lou Calabrese, scenarzystka i "prawie dziewica". Takiego właśnie określenia użył Jack Townsend. A to wszystko tylko dlatego, że przez dziesięć lat była z Barrym Kimmelem. I z nikim innym. To dla niego poświęciła swoje najlepsze lata. To dla swojego ukochanego Lou napisała scenariusz, który stał się hitem wszechczasów. Teraz musi się zmierzyć z tym, co nastąpiło potem. Zdrada i odejście Barrego do filmowej partnerki, Grety Woolston, a następnie ich szybki ślub. Nie ma dla niej znaczenie, że otrzymała Oskara za ów film, za "Hindenburga", ponieważ to w pewnym sensie pogłębiło ranę w jej sercu.

niedziela, 24 sierpnia 2014

BlaskTV: Nana







          Co to za nowość na blogu? Ano taka! Jest to moja pierwsza pełnowymiarowa recenzja anime i tylko od Was zależy czy pojawią się kolejne. Blask Książek jest blogiem książkowym, ale chcemy go z dziewczynami urozmaicić. Nic jednak na siłę, jeśli odzew będziesz zerowy, więcej się ich nie ukaże i zostaniemy przy mniej „egzotycznych” serialach, filmach, itp.
          Anime to moja druga miłość, zaraz po książkach. Prawie jednocześnie odkryłam te dwa cuda i wciąż je uwielbiam. Zważając na fakt, że jest to pierwsza recenzja anime na blogu, postanowiłam napisać o produkcji, którą kocham. Jest jedyna w swoim rodzaju i nie spotkałam się jeszcze z niczym, co by ją przebiło.
          „Nana” opowiada historię dwóch dziewczyn o tym samym imieniu i w tym samym wieku. Są to dwudziestojednoletnie młode kobiety o imieniu Nana, które spotykają się w pociągu w przełomowym momencie swojego życia. Obie wyruszają do Tokio w pogoni za marzeniami i ambicjami, żadna jednak nie spodziewała się, że w czasie tej podróży odnajdzie przyjaźń. Dziewczęta zamieszkują razem. Mimo identycznego wieku i imienia, są zupełnie różne. Nana „Hachi” Komatsu jest roztrzepaną, niedojrzałą, wiecznie zakochaną dziewuszką, natomiast Nana Osaki stoi twardo na ziemi i wie czego chce – założyć zespół i zdobyć sławę. Obserwujemy, jak te dwie pełne życia dziewczyny, dążą do zrealizowania swoich pragnień, odnajdują miłość, doświadczają niepowodzeń i mierzą się z rzeczywistością.


          Przebrnąwszy przez pierwsze kilka odcinków, które są lekko nudnawe, bowiem przedstawiają przeszłość obu Nan, wpada się w to anime bez reszty. Oglądałam je kilkakrotnie i nie mogłam oderwać się od komputera, chcąc obejrzeć, jak najwięcej odcinków, jednocześnie pragnąc, by nigdy nie dotrzeć do końca. Przygody każdego bohatera wciągają i nie chcą puścić.
           Osoby, które miały okazję już wcześniej zapoznać się z jakimś anime, wiedzą, że nie są to produkcje superpoważne. Często problemy bohaterów są głupawe, postaci schematyczne i przesłodzone, a akcja prosta i niedopracowana. Tego nie można powiedzieć o „Nanie”. Mamy tutaj postaci, które mogłaby być człowiek z krwi i kości, a ich rozterki są realne i uzasadnione. Oczywiście, nie brakuje charakterystycznego humoru, ale bez tego anime nie byłoby anime.
         Bohaterowie są wspaniali. To młodzi ludzie, którzy dostali już parę „razów” od życia, są jednak zdeterminowani. Osobowości postaci są złożone i różnorodne, a postępowanie logiczne, każda posiada wyrazisty, własny charakter, za który możemy je pokochać lub znienawidzić. Mają własne historie, które - w większym lub mniejszym stopniu – poznajemy. Nie ma takiej sytuacji, że w każdym – lub co drugim – odcinku widzimy jakąś postać i mało co o niej wiemy – o nie, dzięki czemu odbiorca ma okazję poznać wszystkich bohaterów. Są zdecydowani, aby rozpocząć dorosłe życie na swoich warunkach. Dużo uwagi poświęcono relacjom między postaciami, co jest kolejnym ogromnym plusem. Twórcy nie zaniedbali tego aspektu, a nawet więcej, w „Nanie” został on wyjątkowo pieczołowicie dopieszczony. Nie ma bohaterów jednoznacznie złych lub dobrych. To osoby posiadające zarówno zalety, jak i wady, są bowiem osobistościami wielowymiarowymi i przybliżają nam niekiedy bardzo trudne tematy. Naprawdę godny pochwały jest fakt, że o wszystkie postaci – nie tylko o te główne – zadbano w równym stopniu. To imponujące.
          Należę do osób, które kochają muzykę, a jej w „Nanie” nie brakuje. Mam elastyczny gust (nie trawię tylko disco polo, techno, dubstepu, itp. „jebadł”) więc mnie utwory, jak najbardziej przypadły do gustu i przez wiele dni – w czasie oglądania, jak i po – najróżniejsze piosenki chodziły mi nieustannie po głowie. Wiem, że nie jestem w tym osamotniona. Kawałek z openingu wbija się w mózg i zwyczajnie nie da się go pozbyć. Soundtrack jest bardzo przyjemny dla ucha, jestem przekonana, że niewielki procent oglądających był z niego niezadowolony, jeśli w ogóle ktoś. Piosenkarki wcielające się w role wokalistek zespołów w „Nanie” są bardzo utalentowane, dzięki czemu z wielką przyjemnością słucha się występujących tam utworów, które mają lekko popowe brzmienie, ale bynajmniej nie uważam tego za minus. Sądzę, że daje to naprawdę niezły efekt.
          Kreska jest w porządku – ani nie zachwyca, ani nie brzydzi, a mam w tym aspekcie naprawdę wysokie wymagania, jest wiele anime, których nie obejrzałam tylko i wyłącznie ze względu na sposób w jaki sceneria i postaci zostały narysowane. Tutaj jednak mamy naprawdę ładne tła i bohaterów narysowanych bardzo przyzwoicie, a nawet więcej, bo zarówno męska, jak i damska część, może pochwalić się wyglądem godnym osoby trudzącej się modelingiem. Choć mają oni lekko patykowate tułowia, co jest największą wadą, buźki są śliczne. Animacja chwilami kuleje; nie jest to regułą. Jednak ciężko w tym miejscu o perfekcję, w każdym anime.

          Openingi i endingi charakteryzują się piosenkami, które wpadają w ucho, a uważam to za bardzo ważne. Poza tym pod względem animacji są śliczne, sugestywne i klimatyczne.
           Ciężko było mi napisać tę recenzję, bowiem „Nanę” oglądałam już jakiś czas temu i emocje już opadły, a zapewniam, że było ich mnóstwo i były bardzo silne. Największą zaletą tego anime są bohaterowie, którzy mają interesującą przeszłość i są bardzo ciekawymi ludźmi. Ich losy pochłaniają. Kiedy pokona się tych kilka pierwszych odcinków, które opowiadają o przeszłości Hachi, akcja rusza z kopyta, w wyniku czego chciwie chłonie się odcinek za odcinkiem. Produkcja jest typowo dla kobiet (to josei). I choć niejeden pan poznałby się na jej potencjalne, to "Beck" zdecydowanie bardziej przypadłoby im do gustu. Pewne jest jednak, że każda dziewczyna straci głowę na punkcie "Nany". Uwielbiam, na zawsze zostanie dla mnie numerem 1. 




Autor: Ai Yazawa
Tytuł: Nana
Data wydania: 2006
Studio: Madhouse, Viz Media, VAP
Ilość odcinków: 47
Ocena: 10/10



Słowniczek:
- kreska - sposób rysowania postaci, a także całego otoczenia występującego w anime
- opening/ending - pierwszy występuje na początku każdego anime, drugi zaś na końcu. To zwyczajna czołówka i tyłówka. Przedstawiają sekwencję całej produkcji i zawierają piosenki. Bywają zmieniane. 
- josei - tytuły skierowane do młodych DOROSŁYCH kobiet










sobota, 23 sierpnia 2014

Emmy Laybourne - Monument 14. Niebo w ogniu

Autor: Emmy Laybourne
Tytuł: Niebo w ogniu
Seria: Monument 14
Tom: II
Recenzja tomu I - tutaj
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 2014
Ilość stron: 280
Moja ocena: 9/10

Grupka nastolatków i młodszych dzieci - uwięziona w supermarkecie, w którym ukryła się przed serią coraz to większych katastrof - uczy się, jak przetrwać i zorganizować sobie schronienie przed chaosem. Pojawienie się obcych z zewnątrz burzy ich kruchy spokój i prowadzi do kolejnej tragedii, choć też daje dzieciom promyk nadziei. Okazuje się, że z lotniska w Denver władze ewakuują ludzi w bezpieczne miejsca. Jeśli tam dotrą, być może spotkają rodziców i zostaną ocaleni. W obliczu trudnej decyzji grupa się dzieli: Dean postanawia zostać w sklepie wraz ze swoją ukochaną Astrid i trójką maluchów, a jego brat Alex razem z pozostałymi wyrusza w najeżoną niebezpieczeństwami podróż do niepewnego celu. Świat po kataklizmie jest jednak jeszcze gorszy, niż się spodziewali. Ale i w sklepie wcale nie jest bezpieczniej...

Druga część powieści Monument 14, którą zachwycają się dosłownie wszyscy. Wszędzie widzę same pozytywne recenzje, komentarze na jej temat. Wokoło nastąpił jakiś buum! na tą książkę. Wszyscy czytają, wszystkim się podoba! Coś nie tak? To niemożliwe? Też tak myślałam. Przed przeczytaniem pierwszej części również miałam co do niej mieszane uczucia. Nie chciałam się zawieść i udało się! Byłam zachwycona pierwszą częścią, a druga jest zdecydowanie lepsza. 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Dia Reeves - "Krwawy fiolet"






„Wyjęłam nóż z szuflady i przytknęłam go sobie do nadgarstka. […] Rozcięłam sobie rękę, od łokcia aż do nadgarstka. Ból pojawił się natychmiast, gorący jak ogień. […] Rozmazałam krew po ścianach kuchni, jak małe dziecko, które dorwało się do farbek akwarelowych. […] i znów zajęłam się ozdabianiem ścian salonu. Nie czułam się, jakbym umierała – wręcz przeciwnie. Rozcięłam też drugą rękę, żeby było szybciej. […] W końcu padłam na podłogę w salonie, dokładnie tam, gdzie zniknęła Rosalee.”

          Twardo dalej wyciągam kolejne – niektóre już dawno zapomniane – książki ze swojej biblioteczki. Losowo wybrałam „Krwawy fiolet” i do tej chwili nie jestem w stanie sobie przypomnieć skąd mam tę książkę. Kupiłam ją? Odkupiłam? Zamieniłam się na nią? Nie wiem, ale jestem bardzo rada, że trafiła ona na moją półkę. Nigdy wcześniej nie czytałam czegoś podobnego i jestem oczarowana.
          Hanna ucieka z domu ciotki, wcześniej zdzieliwszy ją w głowę wałkiem do ciasta, do matki, która porzuciła ją i jej ojca dawno temu. Dziewczyna jednak wierzy, że uda jej się rozbudzić w rodzicielce uczucia macierzyńskie, a jej choroba psychiczna stanowi największa przeszkodę. Bardzo się myli. Miasteczko zamieszkałe przez jej mamę nie przypomina żadnego innego, stanowczo odbiega od normalności. W nim szalona dziewczyna nie zrobi na nikim wrażenia. Czy jednak istnieje inne miejsce, w którym stuknięta panna poczuje się lepiej? 

„Choćbyś była samym Hannibalem Lecterem - oznajmiła, wstając z niedbałym wdziękiem - tutaj nikomu nie zaimponujesz. To ty powinnaś się bać.”


          Często na okładkach książki widnieją tajemnicze, zmysłowe zdania, które mają zainteresować czytelnika. Spotykamy się z tym m.in. w serii „Jego nadobna zabójczyni”; na pierwszym tomie jest napisane: „Po co być owcą, skoro można być wilkiem”, zaś na drugim: „Zemsta jest słodka”. Zazwyczaj jednak nie mają one nic wspólnego z treścią lektury. „Krwawy fiolet” jest wyjątkiem, bowiem naprawdę szaleństwo jeszcze nigdy nie było tak pociągające!
          Hanna jest bohaterką cudowną, skradła mi serce. Od czasu, kiedy przeczytałam „Nie jestem seryjnym mordercą” Dana Wellsa jestem zafascynowana postaciami, które przez społeczeństwo określane są jako „nienormalne”, a ona właśnie do takich należy. To dziewczyna śmiała, świadoma swojej urody i seksualności. Nie wstydzi się swojej inności, uczciwie rzuca ją bliskim osobom w twarz, wiele „przyjaciół” ją z tego powodu opuściło. Hanna jest spragniona bliskości, pożąda uczuć i ciepła, jak piętnastolatek Scarlett Johansson. Jej determinacja, aby zdobyć miłość matki, a nawet obsesja, wprawiała mnie w zdumienie, ale i w podziw. Mimo wyraźnej niechęci Rosalee do córki, Hanna nie odpuszcza i walczy, nie zważa na ostre, często okrutne słowa, które od niej słyszy. W tego typu książkach szesnastoletnie główne bohaterki to zazwyczaj niepewne siebie dziewuszki, przez nikogo niezauważane i przezroczyste, jak powietrze, Hanna taka nie jest. Nie spotkałam się jeszcze z tak pociągającą, spontaniczną, żywą i świeżą nastolatką. Potrafi podkreślić swoje atuty, ma swój styl i wyczucie. Wie, że fakt, iż rozmawia ze swoim zmarłym ojcem jest dziwny i niepokojący, ale nie ma to dla niej znaczenia. Halucynacje są jej częścią, którą ona akceptuje. Ta dziewczyna jest nieprzewidywalna i niebezpieczna, a ja znając kogoś takiego, bez zastanowienie krzyknęłabym: „Pieprzyć facetów!” i zatopiłabym się w uwielbieniu dla niej. Hanna jest hipnotyczna i urzekająca. Więcej takich bohaterek proszę!

„- Hanno – mimo apatycznego nastroju Rosalee zwróciła się do mnie z niezwykłą troską, jakbym zmieniła się we wściekłe zwierzę, którego nie chciała sprowokować – czyżbyś zabiła swoją ciotkę?

Zjadłam resztkę grzanki i oblizałam tłuszcz z palców.

- Chyba tak.”

          Cieszę się, że autorka nie wyidealizowała nastolatków XXI wieku. Młodzież to stworzenia stadne, które podążają za najsilniejszym osobnikiem, a w mieścinie, jaką jest Portero liderzy zostali bardzo jasno określeni – jeśli nie jesteś w ich łaskach, nie istniejesz. Nie poświęcono jednak pozostałym postaciom wiele uwagi, nad czym jakoś nie ubolewam. Każda ma swoje osobowości, co widać, ale Dia Reeves nie przybliża ich nam. To dzieciaki oswojone z nienormalnością ich rodzinnego miasteczka, mają specyficzne poczucie humoru, nietuzinkowy styl życia i potrafią rzucać wulgaryzmami, jak to u nastolatków bywa.
Mamy oczywiście przystojnego, ważnego chłopca, który kręci się z naszą bohaterką, ale nie stanowi on centrum akcji. Coś niesamowitego! Wyatt nie oczarował mnie tak, jak Hanna. Polubiłam tego chłopaka, był troszkę inny niż standardowi adoratorzy w tego typu historiach. Wydawało mu się, że jest niesforny i nagina zasady, ale dopiero w momencie, kiedy poznał Hannę, zrozumiał, że jego buntowniczość jest niczym przy postawie tej dziewczyny. To przy niej pierwszy raz postawił się systemowi i odważył się zignorować panujący w mieście porządek. Wyatt chwilami sprawiał wrażenie, jakby był tak samo zafascynowany Hanną, jak ja, i wcale mu się nie dziwię.


„Bóg nie może być wszędzie. Dlatego stworzył matkę”

         „Krwawy fiolet” jest książką z gatunku fantastyki, jednak ta strona powieści nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Potworki w książce kojarzyły mi się trochę z baśniami, były jednak o wiele mroczniejsze. Tytuł książki jest bardzo uzasadniony, zapewniam, że znajdziemy tam tyle samo fioletu, co i krwi, więc nawet jeśli aspekt nadnaturalny nie wcisnął mnie w fotel, jestem zadowolona, że autorka zrobiła to inaczej. Nie mamy do czynienia ze snującymi się bez celu zjawami, czy miłymi duszkami. To krwiożercze bestie, a aby je unicestwić nieraz trzeba zabić przy tym niczemu winną ofiarę. W imię większego dobra, czy dlatego, że tak jest wygodniej? Skłaniałabym się ku drugiej odpowiedzi.
        Musicie być świadomi, że nie jest to książka, która na każdym zrobi tak piorunujące wrażenie. Należę do czytelników, którzy doceniają inne poczucie humoru, można nazwać je nawet czarnym, kocham ironię, sarkazm, a dobrze wymierzoną szczyptę absurdu traktuję jak przyprawę, która może podkręcić smak. Nie wszyscy podchodzą do książek w ten sposób, a jeśli należycie do tej grupy, to „Krwawy fiolet” może Wam nie zaimponować, tak jak mi. Ja jednak – powtarzam – jestem zachwycona. Od teraz kolor fioletowy będzie mi się zawsze kojarzył z tą pozycją, mam nadzieję, że więcej książek tej autorki pojawi się na polskim rynku. Ostatnimi czasy trafiam na powieści, które rozczarowują, nudzą i wywołują niesmak, nareszcie udało mi się znaleźć coś, co przerwało tę tragiczną passę. Liczę, że mogę potraktować to, jako znak, że od teraz moje czytelnicze schadzki będą bardziej udane. 


Autor: Dia Reeves
Tytuł: Krwawy fiolet
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 16 lutego 2011
Ilość stron: 344
Ocena: 8/10

środa, 20 sierpnia 2014

Alexandra Monir - "Władcy czasu"

Autor: Alexandra Monir
Tytuł: "Władcy czasu"
Tom: II
Recenzja tomu I: "Poza czasem"
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 2014
Ilość stron: 288
Moja ocena: 10/10

Kiedy Philip Walker staje w progu szkoły, do której chodzi Michelle Windsor, dziewczyna nie posiada się ze szczęścia. Chłopak jest jej wielką miłością, o której myślała, że utraciła ją raz na zawsze - w czasie ostatniej podróży w miniony wiek. Okazuje się jednak, że radość Michelle była przedwczesna. Philip w ogóle jej nie pamięta. Więcej - nie pamięta niczego, co wydarzyło się kiedyś i wydaje się nie mieć pojęcia o samym sobie z 1910 roku.
Zrozpaczona Michelle natrafia na dziennik swego ojca, a w nim na opowieści o jego podróżach w czasie, tajnej organizacji i kontaktach z mściwym członkiem rodziny Windsorów...


Pamiętacie jak jakiś czas temu zachwycałam się powieścią "Poza czasem"? Jeśli tak, to bardzo się z tego powodu cieszę, a jeśli są tacy, którzy nie wiedzą o co mi chodzi, przeczytajcie tę recenzję. Dzisiaj mam dla Was opinię dotyczącą kolejnej, drugiej części tego wspaniałego debiutu autorki, który podbił moje serce!