piątek, 17 października 2014

Michał Chmielewski - "Zrobiłbym coś złego"



"Wiecie, zrobiłbym coś złego..."

          Chyra ma dwanaście lat i razem ze swoimi kumplami: Szczepanem zwanym Rykunem, Łukaszem o ksywie Malina oraz Robertem nazywanym Rudym, spędzają wspólnie, całkowicie bezproduktywnie, wakacje. Robili wszystko i nic. Jednak jeden szczególny dzień zmienił wszystko. Jednego dnia wydarzyło się coś, co sprawiło, że te dzieci dojrzały gwałtownie, zadecydowanie za szybko. Chłopcy zostaną wyrwani ze swojego światka skrytego w bańce mydlanej przeznaczonej dla dzieci i zostaną wrzuceni do rzeczywistości dorosłych. Te wakacje zapamiętają do końca życia. Będą dla nich najważniejszą nauką, której niektórzy ludzie nie poznają nigdy.
          Nigdy nie przeczytałabym tej książki, gdyby nie poproszono nas o to w zakładce "Zapytaj". Nigdy nie dowiedziałabym się, że istnieje taki pisarz. Nie miałabym bladego pojęcia, że taka książka powstała. Jednak wiem i przeczytałam ją. Cieszy mnie ten fakt cholernie. 
          Do tej książki ciągnęło mnie od samego początku, sam tytuł mnie zaintrygował, a opis zafascynował i wiedziałam, że ja muszę to przeczytać. 

"Niezdarnymi, ciężkimi krokami podbiegł do garów.
Stanął przy nich, rozglądając się dokoła. Poganialiśmy go, żeby się pośpieszył. W dalszym ciągu nie wierzyłem, że może się na to odważyć, ale wtedy, jakby czytał mi w myślach, rozpiął rozporek, wciągnął swój "interes" i zaczął sikać do jednego z garnków.
Buchnęliśmy śmiechem. Boże, on naprawdę to robi. 
I oczywiście, jakżeby inaczej, drzwi do kuchni otworzyły się. Kucharka stanęła jak zaczarowana; pewnie jej mózg musiał przetrawić to, co widziały jej oczy. Szczepan, wciąż sikając, trzymał swojego tego-ten-tego i gapił się na nią z otwartymi ustami. Ups. Sparaliżowała nas cała absurdalność tej sytuacji i zamiast uciekać, pokładaliśmy się ze śmiechu. Szczepan zaczął uciekać, spodnie zsunęły mu się do kolan, jego pindol dyndał, a kucharka ruszyła za nim.
- Ty mały skurwysynu! Chodź tu, gówniarzu ty jeden, wracaj!
Odwrót! Odwrót!"

          Jestem rocznikiem 96 i choć bohaterowie ze "Zrobiłbym coś złego" są ode mnie starsi to moje pokolenie było jednym z ostatnich, które dzieciństwo w niemal 100% spędziło na dworze. Berek, zabawa w chowanego, tworzenie bazy (nawet podziemnej!), sprzedawanie butelek po piwie, najróżniejsze zabawy przy trzepaku i gry z piłką oraz wiele, wiele innych tego typu rozrywek mnie nie ominęło. Dlatego też z ogromnym sentymentem, a nawet czułością, czytałam jak Chyra i jego kumple spędzali wakacje. Będąc szczerą wyznam, iż towarzyszyło mi także poczucie niepokoju, a nawet przerażenia. Co ci gówniarze wyrabiali! Chwilami nie mogąc się opanować wybuchałam śmiechem i kręciłam głową, a moja mama patrzyła na mnie jak na wariatkę: "Do komputera się śmieje, eheeee". Cóż, śmiałam się i nic na to poradzić nie mogłam. Nie wiem co wyrabiali moi koledzy z osiedla, kiedy byli tylko w męskim gronie, ale ja byłam dzieckiem grzecznym i bardzo odpowiedzialnym, a śledząc wybryki chłopców ze "Zrobiłbym..." miałam oczy wielkie, jak spodki. Mam takie chwile, kiedy myślę: "Jezu, jaka ze mnie naiwna idealistka" -  taka właśnie myśl kołatała mi się w głowie, kiedy czytałam powieść Michała Chmielewskiego. Zrozumiałam, że ja jeszcze prawdziwego świata nawet nie wąchałam, nie mówiąc już o lizaniu.

 "Salon znajdował się na piętrze. Zszedłem na dół do toalety. 
Na schodach dogonił mnie Łukasz.
- Pokażesz mi? - spytał, z ledwością kryjąc ekscytację. 
Zawahałem się.
- Jak chcesz, możesz mi nawet potrzymać." 

          Chyra, Rykun, Malina i Rudy przypomnieli mi, że żadna wyobraźnia nie równa się kreatywności dzieci. Są po prostu rozbrajający. Za każdym razem, kiedy Szczepan mówił "Zrobiłbym coś złego" wzdychałam ciężko i gdybałam co też oni tym razem wymyślą. Bardzo pozytywne postacie, które u mnie wywoływały wiele przyjemnych - ale nie tylko - wspomnień. 
          Fabuła jest prosta, tak nieskomplikowana, że aż cudowna. Żadnych udziwnień, wątków fantastycznych czy scen wyrwanych prostu z hollywoodzkiego filmu sensacyjnego. A jednak uważam ją za bardzo interesującą. 

"Na obolałe jaja nie mogli nic poradzić. A nic nie boli bardziej od skopanych jaj, amen."
Amen!

          Książka liczy sobie 104 strony. Na początku pomyślałam, że ledwo zdążę zacząć czytać a już skończę. Zawahałam się nawet czy jest sens czytać takie króciutkie czytadełko. Teraz wpadła mi do głowy myśl, iż autorzy często piszą książki, które mają ok. 300 stron, a łącznie, co najmniej, sto z nich nas po prostu nudzi i czekamy aż wydarzy się coś interesującego. Tutaj tak nie było. Od pierwszej do 80 strony wgapiałam się w ekran, myśląc gorączkowo, jak to będzie, CO się wydarzy. Niecierpliwie czekałam na ten przełomowy, wcześniej już zapowiedziany moment. I BUM - jest. Ale na tym nie koniec! Po tym wydarzeniu byłam ciekawa i wstrząśnięta jeszcze bardziej. Mrugałam oczyma i ściągałam brwi z niedowierzaniem, później zaczęłam czuć coś innego. Szok, smutek, napięcie. Towarzyszył mi patos, do samego końca. 

"- Jeden strzał w ziemię. - Wycelowałem pistolet pod kątem w kępę trawy. - Tak na próbę.
Czułem się niesamowicie. Potężnie. Miałem w dłoni coś, czym mogłem oddelegować człowieka do Boga - jakiego tylko chciał. To, co się teraz działo, powinno dziać się w telewizji; to nie powinno spotkać takiego zwykłego dzieciaka jak ja. Pistolet był jak pilot od telewizora. Ja miałem kontrolę nad sytuacją. Ja tu rządziłem."

          Zawsze kiedy zaczynam nosić się z pomysłem napisania książki, trafiam na coś, co wywołuje u mnie myśli "Daj sobie spokój, z czym do ludzi!". Tym razem sprawiła to ta książka. Spotkałam się, a raczej zderzyłam, z lekturą napisaną przez bardzo utalentowanego młodego pisarza, który skopał moją ambicję, jak Jawor Chyrę. Okrutne. Bardzo, bardzo brzydko, panie Michale. 

"Mam dwanaście lat i strzeliłem do przyjaciela. 
To jest to. Moment załamania. 
Nie pękam, tylko strzelam.Wszystkie emocje, napięte od wczoraj niczym cuma, strzelają z trzaskiem.
Widzę rodziców, zwid jakiś. Widzę ich zdziwione, niedowierzające miny, kiedy dowiadują się od policjanta, co zmajstrował ich ukochany syn. Matka płacze, wtula się w ramię ojca. Wasze dziecko, drodzy państwo, zabiło kolegę. Zajebiście, nie? Zrobił coś złego i to, kurwa, na galowo.
Potem pogrzeb.
Sąd dla nieletnich.
Poprawczak.
Płacz rodziny. 
Więzienie.
Jeszcze więcej płaczu. Widzę go przez kraty celi, w której siedzę.
Całe moje życie przesrane w mgnieniu oka."

          "Zrobiłbym coś złego" zbiera wiele bardzo pozytywnych opinii i ja się absolutnie temu nie dziwię. To historia bardzo ciekawa. Przez niemal ponad 80 stron siedzimy z uśmiechem niedowierzania i zdumienia, który nagle znika, a my zaczynamy połykać słowa, nawet porządnie nie żując. Jeju, jak ja chwalę! Tak być nie może! Proszę mieć na względzie, że nie jest to książka, która zmienia życie. Daje do myślenia, tak, ale nie wstrząśnie Waszym światem w posadzkach. Zdecydowanie jest bardzo dobra, wciągająca oraz odświeżająca. Szczególnie dla mnie - osoby, która zaczytywała się ostatnimi czasy ciągle - często dość słabą - fantastyką. Żałuję, że nie wyjaśniła się sprawa kotów oraz znikających dzieci. Myślałam, że czegoś się na ten temat dowiemy. Na pewno tę książkę zapamiętam. Na pewno będę ją polecała. Na pewno także będę wyczekiwała kolejnych tworów Michała Chmielewskiego, po którym spodziewam się bardzo wiele.
          Serdecznie zapraszam do pobrania tego małego cuda. ZA DARMO! Możecie to zrobić tutaj. Wyznam na koniec, że nawet błędy, które czasem się pojawiały, specjalnie mnie nie drażniły. ;) A po lekturze aż mam ochotę zrobić coś złego...


Autor: Michał Chmielewski
Tytuł: Zrobiłbym coś złego
Wydawnictwo: www.ebooks43.pl
Data wydania: czerwiec 2014 (data przybliżona)
Ilość stron: 104
Ocena: 8/10

Polecam, 
Ann