piątek, 10 października 2014

Lisa Desrochers - "Demony. Grzech pierworodny"

 

       
 "Doganiam Frannie i resztę w drodze do wyjścia. [...] 
- Nic jej nie jest? - pytam [...]
- Brali burundangę jest nieźle zaprawiona - mówi Lili.
Kiedy podnoszę wzrok, pojmuję, dlaczego wzbudziliśmy takie zainteresowanie.
Andrus.
Opiera się o framugę, zagradzając nam wyjście. 
- Nie wychodzicie chyba? - pyta, unosząc brwi w udawanym zdumieniu. 
[...]
Twarz Andrusa krzywi się złowrogo..."

ANIOŁ CZY DEMON?

          Frannie jest już oznaczona dla Nieba, jednak nie ma tak łatwo, Piekło nie zamierza się poddać. Wzburzenie króla Lucyfera wzmógł fakt, że Luc wypowiedział mu posłuszeństwo, by stanąć u boku Frannie i chronić ją przed swoimi byłymi piekielnymi pobratymcami. Demony dokonają wszelkich starań, aby zaciągnąć swojego ex-kompana na powrót do Piekła. Tymczasem Gabe odchodzi i zostawia na swoim miejscu Matta - nowego anioła stróża bohaterki. Czy Luc zostanie doprowadzony przed oblicze swojego byłego pana? Czy diabli zdołają przejąć Frannie? I czy Matt podoła i ochroni siostrę?
          Mam serdecznie dość wciąż powielanych schematów. Co z kreatywnością autorów? Wyjechała na wakacje? Tropiki? Może Mazury? Ktoś, coś? Większość książek tego gatunku ma dokładnie taki sam szkielet, pisarze potrafią się tylko szarpnąć, aby zmienić szczegóły i imiona oraz pochodzenie postaci - wszystko inne jest takie samo, jak w książkach, które ukazały się wcześniej. Odnoszę wrażenie, jakbym czytała kilka wersji tej samej historii, ponieważ autor nie może się zdecydować, w którym świecie osadzić swój pomysł. Ciągle i ciągle i ciągle to samo. Aż głowa boli, a żołądek się ściska. Pierwszemu tomowi wystawiłam wysoką ocenę, ponieważ uważałam, że Lisa Desrochers ma szansę pójść w dobrym kierunku, było kilka naprawdę fajnych wątków, które można było pociągnąć i rozwinąć. 
          Największą udręką dla mnie było to, co działo się miedzy Frannie a Lukiem. Zęby mnie od tej słodyczy i miłości bolały, miewałam wręcz odruchy wymiotne i wykrzywiałam twarz jakby mnie coś bolało. Nie wiem co sobie myślała autorka pisząc te męczące opisy uczuć tych bohaterów. Były dwie opcje: rozwodzenie się nad tym jak on/ona kocha ją/jego albo obwinianie się o to, że to, tamto i sramto jest jej lub jego winą i on/ona nie zasługuje na tę drugą połówkę. Nie dało się tego czytać, po prostu się nie dało.
          Frannie doprowadzała mnie do białej gorączki. Przez calusieńką książkę się obrażała, bezpodstawnie wkurzała, upierała przy swoich kretyńskich pomysłach, wpieprzała w to, w co nie powinna, przeszkadzała, obwiniała, jęczała, płakała i była tak bezgranicznie głupia, że oczy bolały od czytania. Nie rozumiem głównych bohaterek, nie wiem skąd u nich ten syndrom pępka świata, który im sugeruje, że każde zło i nieszczęście jest ich winą. Czemu ciężko im jest pomyśleć, że świat i postępowanie ludzi wokół nich, nie kręci się wokół ich osoby? Zamiast usiąść na dupie i dać działać tym, którzy wiedzą, co należy zrobić, ona oczywiście musiała się wyrwać (one wszystkie to robią), wszystko zniszczyć, doprowadzić do tragedii, a później się załamać i zamiast dostać baty, że zrobiła głupotę, wszyscy ją pocieszali i lizali jej tyłek, bo jakże inaczej? Biedna Frannie... Luc nie był lepszy, nieustannie czytałam o tym, jak to on musi odejść, bo naraża swoją ukochaną na niebezpieczeństwo i to wszytko JEGO WINA. Ojeju, jakie to potworne! Kolejny był Matt. Kompletnie beznadziejna postać; zaślepiona, otumaniona, nieodpowiedzialna, krótkowzroczna i zwyczajnie głupia, ten chłopak nie potrafił powiązać ze sobą prostych faktów. Jednak finał dla tego bohatera autorka wymyśliła bardzo ciekawy i zaskakujący, nie spodziewałam, że z Mattem zadzieją takie rzeczy, duże zaskoczenie, i to pozytywne. Wszystkie postacie postępowały niedorzecznie i niemiłosiernie mnie irytowały. 
          Postać Lili jedynie przez kilka rozdziałów mnie fascynowała, kombinowałam kim ona jest i czego chce i udało mi się do tego dojść. Niemal od razu rozwiązałam zagadkę, jaką była ta bohaterka, choć uważam za zbawienne, że choć jedna rzecz mnie w tej książce zainteresowała.
          Mój koszmar trwał przez 230 stron. Tak, kochani. Męczyłam się całe dwieście trzydzieści stron (ponad połowa książki), aż w końcu wydarzyło się coś ciekawego i - BOGU DZIĘKI - interesującego, choć nie oryginalnego, ponieważ spotkałam się już w innych seriach z niemal identycznym wątkiem. Zostając przy plusach - pojawiła się pewna niejasność, taka otwarta furtka, którą prawdopodobnie autorka wyjaśni w kolejnej części i wyznam, że jestem ciekawa. W akcie desperacji łapię się wszystkiego, co może okazać się fajne, gdyż przyzwoity poziom kretynizmu i beznadziei w "Demonach. Grzech pierworodny" już dawno został przekroczony. Zakładając optymistycznie, że zdołam się zmusić, by tom kolejny tej trylogii przeczytać, a mam co do tego duże wątpliwości.
          W recenzji "Demonów. Pokusa" zapomniałam napisać o pewnej fajnej rzeczy - tytułach. Każdy rozdział ma swój własny tytuł i z jakiegoś powodu one mi się bardzo podobają, uważam, że to naprawdę ciekawe urozmaicenie. Za każdym razem próbowałam połączyć nagłówek z treścią rozdziału. 
           Może przesadzam ale jest mi autentycznie przykro. Napisano bardzo niewiele dobrych serii tego typu, żywiłam ogromną nadzieję, że udało mi się trafić na perełkę i doświadczyłam bardzo nieprzyjemnego rozczarowania. Nigdy się już chyba nie doczekam serii napisanej na tak wysokim poziomie, jak na przykład "Kroniki Mac O' Connor" Karen Marie Moning, która wykreowała tak genialny wątek romantyczny i tak wspaniałe nieszablonowe postacie, że nic tylko giąć się w ukłonie. Wiem, że już to pisałam, ale się powtórzę jeszcze nie raz - nie lubię romantycznych bzdur. Mądrze skonstruowana relacja między dwojgiem bohaterów jest czymś czego pragnę, wyczekuję, pożądam i podziwiam. Natomiast w "Demonach" dostałam coś w stu procentach odwrotnego: banalne, męczące, irytujące, nudne, i zwyczajnie głupie. Nie wiem komu to, co miało miejsce między Lukiem a Frannie mogło się podobać. Nie potrafię sobie nawet takiej ewentualności wyobrazić, a zapewniam, że wyobraźnię to ja mam. 
           Cóż mogę napisać? Nie polecam. Co prawda na szarym końcu pojawiło się światełko w tunelu, ale naprawdę nie warto się zmuszać do przeczytania tych pierwszych 230 stron, aby je ujrzeć. Książkę tę przeczytałam, ponieważ jestem obowiązkowa i nie wyobrażam sobie, abym mogła odłożyć na bok egzemplarz otrzymany do recenzji - zobowiązałam się do wystawienia szczerych i pełnych opinii, a to nie byłoby możliwe znając jedynie część lektury. Nie jestem aż taką optymistką, by liczyć, że tom trzeci i ostatni uratuje tę historię. Pewnie tak nie będzie, więc... jeśli jesteście bardzo ciekawi - przeczytajcie serię Lisy Desrochers, ale ja Wam to odradzam.
         
                

Autor: Lisa Desrochers
Tytuł: Demony. Grzech pierworodny
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania: 20 stycznia 2013
Ilość stron: 360
Ocena: 3/10


Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję wydawnictwu:


 
Ann