środa, 15 października 2014

J. Courtney Sullivan - "Zaręczyny"


Autor: J. Courtney Sullivan
Tytuł: "Zaręczyny"
Wydawnictwo: Muza S.A.
Ilość stron: 542
Data wydania: 2013
Ocena: 5/10

"Diamenty są wieczne" - młoda copyrighterka Frances Gerety w 1947 roku wymyśliła reklamowy slogan wszech czasów. Przekonała ludzi na całym świecie, że diament w pierścionku zaręczynowym jest symbolem wiecznej miłości. Takiej właśnie, jakiej pragnęli wszyscy kolejni posiadacze tego samego pierścionka z brylantami: wiekowa Evelyn, która nosiła go na palcu kilkadziesiąt lat; zamężna Francuzka, która nigdy nie dowie się, że mąż go dla niej ukradł, i Jeff z Tobbym, para gejów zamierzających się pobrać. 

Historie tych związków przeplatają się z historią Frances, która nigdy nie chciała założyć rodziny i do końca życia została singielką.

"Zaręczyny" to powieść o różnych obliczach miłości. O zakochanych, którzy łączą się w pary pod wpływem gorącej namiętności, o tych, którzy w małżeństwie szukają partnerstwa i wsparcia, także o tych, którzy choć się kochają, nie mają wcale zamiaru stanąć na ślubnym kobiercu. 

Nie urzekła mnie ta powieść, już sam tytuł sugerował mi, że to będzie spotkanie z ogromną miłością, emocjami towarzyszącymi temu uczuciu i niestety tak nie było, a może po prostu dla mnie zbyt mało. Sam pierścionek zaręczynowy jest w niej przedstawiony bardziej jako rzecz materialna niż coś, co łączy dwoje ludzi, kładziony jest nacisk na brylanty, gdy tymczasem w miłości żadne skarby nie są potrzebne, by się kochać.

Mimo wszystko było kilka momentów, kiedy mogłam się uśmiechnąć podczas czytania, ale o wiele za mało. Może stawiam zbyt wygórowane wymagania, jednak spodziewałam się po tej książce czegoś więcej. Może komuś innemu podoba się bardziej.

Denerwujące było dla mnie to, że każdy kolejny rozdział rozpoczynał wątek innych bohaterów, czasami się gubiłam, a tego bardzo nie lubię. Nie wybrałam sobie również swoich ulubionych postaci, ponieważ nikt nie urzekł mnie do tego stopnia, by oddać mu serce.

Okładka książki mimo to śliczna, bardzo zachęca czytelnika do sięgnięcia po nią i myślę, że mnie też w pewnym stopniu skusiła. To kolejny dowód na to, że nie ocenia się książki po okładce. 

Może jednak warto po nią sięgnąć, nie zamierzam nikogo zniechęcać, przedstawiłam tylko moje skromne zdanie - zdanie niepoprawnej romantyczki. 

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję: