piątek, 12 września 2014

Stephen King - "Joyland"


 
„Usłyszałem dźwięk. Przeciągłe, powolne westchnienie. Nie ludzkie westchnienie, w żadnym razie. Zabrzmiało tak, jakby ktoś odkręcił niewidzialny zawór parowy. A potem zapadła cisza. I na tym się skończyło. Przynajmniej tego dnia.”

„Joyland” jest pierwszą książką Stephena Kinga, jaką przeczytałam. Jak to nazwała pewna dziewczyna z grupy na facebooku, do której należę – jest to pozycja „niekingowa”. Po przeczytaniu wiem, że miała absolutną rację. Bazując tylko na tej książce, nigdy nie nazwałabym tego autora królem horrorów. Jeśli więc, podobnie jak ja, pragniecie rozpocząć swoją przygodę ze Stephenem Kingem, nie sięgajcie w pierwszej kolejności po „Joyland”. Nie znaczy to jednak, że jest zła, wręcz przeciwnie – to dobra książka, po prostu jest „niekingowa”, haha. ;)
Devin będąc biednym studentem postawia sobie dorobić w wakacje. Zatrudnia się w parku rozrywki, tytułowym Joylandzie. W czasie tych dwóch miesięcy wiele rzeczy zmienia się w jego życiu. Chłopak nie spodziewa się, jak wielką rolę odegra w nim wesołe miasteczko. Devin odkryje w sobie duszę kuglarza i zafascynuje się historią ducha, który podobno straszy w Joylandzie. Czy uda mu się poznać tajemnice zamordowanej Lindy Gray?
Pierwszy raz miałam okazję czytać książkę z perspektywy młodego mężczyzny. Zazwyczaj była to narracja kobieca pierwszoosobowa lub w osobie trzeciej. Była to dla mnie bardzo miła nowość. Dev to fajny główny bohater. Śledzenie wydarzeń jego oczami było dla mnie świetną zabawą. To delikatnie złośliwy i pełen życia młody człowiek, który wywoływał uśmiech na moim ustach swoimi dowcipnymi uwagami. Devin kojarzy mi się z młodością. Z powodzeniem mógłby być uosobieniem definicji tego słowa; roześmiany, zabawny, odważny i niepewny siebie. Jest takim typowym spoko gościem, który pocieszy Cię, kiedy tego potrzebujesz, udzieli pomocy i posłuży dobrym słowem. Moja ciocia określiłaby go mianem faceta, który idealnie nada się na męża, ale nie na chłopaka. Najbardziej urzekły mnie jego komentarze odnoście najróżniejszych sytuacji. Tym bardziej, że był to taki powrót do przeszłości; Devin emeryt opowiadał o swojej młodości.
Fabuła jest prosta. Młody chłopak, lunapark, morderca, którego próbują dorwać. Niczym szczególnym nie zaskakiwała. Bardzo ciekawym elementem była tzw. „gadka”, mianowicie – wymyślony przez autora slang obowiązujący w wesołym miasteczku. Tworzył on specyficzny klimat i sprawiał wrażenie, że przekraczając bramę Joylandu przenosimy się do innej rzeczywistości, gdzie najważniejszym towarem jest zabawa. Niewielki wątek paranormalny nie grał pierwszych skrzypiec, jednak niezaprzeczalnie był bardzo ważny.
„Joyland” wbrew pozorom nie jest tylko lekką opowiastką o młodym mężczyźnie, który zaczyna przebudzać się ze swojego pięknego, prostego życia i zaczyna zasmakowywać prawdziwego bólu oraz strachu. To naprawdę mądra i prawdziwa książka, bije z niej szczerość i bezwzględność, jaką charakteryzuje się życie. Niestety w rzeczywistości bardzo rzadko występuje happy end.
Jeżeli chodzi o akcję to można ją określić jako linię prostą. Wyraźnie nie przyśpieszyła w żadnym momencie, jak i nie zwolniła. Szła prosto, równym tempem, nawet moment odkrycia mordercy z lunaparku nie był wielkim BUM, choć autor przez kilka stron trzymał czytelnika w niepewności, w czasie ich czytania trzy razy zmieniłam swój typ.
Nie będę ukrywała, że „Joyland” był dla mnie rozczarowaniem. Miałam nadzieję liznąć nieco tych osławionych, genialnych horrorów Stephena Kinga i choć na Lubimy Czytać książka ta figuruje jako horror, ja bym jej tak nie nazwała. Był tylko jeden jedyny malutki moment, kiedy wstrzymałam oddech i poczułam dreszcze. Pragnęłam ciarek na całym ciele co piąta strona, koszmarów nocnych i przyśpieszonego ze zgrozy oddechu – nie doświadczyłam tego – trudno. Pójdę jednak za radą i sięgnę po np. „Lśnienie”, które z pewnością, jeśli wierzyć powszechnym opiniom, mnie nie zawiedzie.
Czy książkę polecam? Tak, aczkolwiek osobom, które mają ochotę na jakąś przyjemną, wyważoną powieść z fajnym głównym bohaterem i maleńkim wątkiem kryminalnym, a nawet detektywistycznym, bowiem Devin próbował rozwiązać sprawę morderstw młodych kobiet. „Joyland” nie jest porywającą jazdą bez trzymanki, więc jeśli to tego szukacie, ta pozycja nie jest dla Was.
Cieszę się, że moje pierwsze spotkanie z tym autorem było tak przyjemnie, nawet jeśli żałuję, że nie trafiłam na mrożący krew w żyłach horror. Dla mnie była to bardzo przyjemna lektura, która nie wryje mi się w pamięć, ale będzie miło przeze mnie wspominana. 

Autor: Stephen King
Tytuł: Joyland
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 6 czerwca 2013
Ilość stron: 336
Ocena: 6/10

Ann