piątek, 19 września 2014

Jakub Ćwiek - "Dreszcz"








"Wstał, zatoczył się lekko, złapał za gitarę i wszedł na główną salę. Błękitne wiązki jak szalone skakały mu po twarzy i dłoniach, pędziły tam i z powrotem wzdłuż zamka kurtki, przeskakiwały iskrami między włosami siwej szczeciny na głowie muzyka. Ludzie przyglądali się Ryśkowi jak zjawisku, milkli, gdy przechodził, co odważniejsi chwalili efekty specjalne. Ktoś nawet spróbował go dotknąć, ale kopnięty prądem odskoczył błyskawicznie, trzymając się za porażoną rękę."

 U Ćwieka nawet podstarzały rockman wciąż jest rockmanem i czuje rock’n’rolla!
Ryszard „Zwierzu” Zwierzchowski jest już dziadkiem, jednak mimo podeszłego wieku ani myśli żyć, jak na przyzwoitego polskiego emeryta przystało. W żyłach Zwierza płynie rock, a to do czegoś zobowiązuje. Praca także się Rychowi nie uśmiecha, nie będzie przecież siedział za biurkiem, skoro może udowodnić wyższość rocka na streecie, a w przerwie między wyśpiewywanymi wersami wziąć bucha dobrego zioła, które najlepiej popić piwkiem. Zwierzu jest kompletnie niereformowalny i mimo usilnych starań jego córki (jedynego dziecka, które się jeszcze do niego przyznaje), ten nie zamierza zmienić stylu życia, a w efekcie Janice wciąż go utrzymuje. Pewnego –zdawałoby się zwyczajnego – dnia, w Ryśka trafia piorun i ten zyskuje supermoce – władzę nad elektrycznością. Czy to coś zmieni w życiu naszego bohatera? Oooo tak.




"Jebać starość w jej rolazłe, porośnięte cellulitem poślady!" 
Wyznam z lekkim rumieńcem wstydu na policzkach, że nie wszystko z tej książki zrozumiałam. Mam tutaj na myśli slang. Zdarzyło mi się czytać kilkakrotnie fragment dialogu, aby w końcu załapać (lub nie), o co bohaterom chodziło. Niektórych żartów po prostu nie chwytałam, mimo iż blondynką nie jestem. Cóż, zdarza się. Nie ukrywam także zadowolenia z faktu, że jako tako język niemiecki ogarniam, inaczej za nic w świecie nie potrafiłabym pojąć o czym mówi Alojz, jeden z bohaterów (górnik i dumny ślązak). Słownictwo z tegoż języka głęboko zakorzeniło się w gwarze śląskiej i trzeba mieć minimalne o nim pojęcie, bowiem pojawia się wiele słów niemieckich, pisanych fonetycznie, które są na Śląsku użytkowane.
Główny bohater jest niewątpliwie oryginalny. Nie mamy tutaj superciacha z kaloryferem, milionami na koncie i twarzą anioła zemsty. Rysiek to niezwykle charyzmatyczny, utalentowany starszy mężczyzna, który wciąż ma „to coś”, tę iskrę, która sprawia, że pomimo pooranej zmarszczkami twarzy i siwych włosów, młode dziewczęta nadal się za nim oglądają… a raczej panny, które czują rocka. ;) Śledząc wyczyny Ryśka i sposób w jaki podchodzi do różnych rzeczy, niemal ciągle kręciłam głową z niedowierzaniem, a na ustach błąkał mi się lekki uśmiech. Nie ulega jednak wątpliwości, że mając takiego ojca na pewno bym dostała „nerwicy serca”, jak to mówi moja mama. Jest nieodpowiedzialny, ma skłonność do nielegalnych używek, odżywa się niezdrowo, a w głowie mu tylko rock i krótkie spódniczki. Równowagą dla tego szalonego staruszka, stanowi jego najlepszy przyjaciel – Alojz. Nauczył się znosić humory, komentarze i kąśliwe uwagi swojego kumpla, dba o niego i pilnuje, aby tamten nie narobił głupot… za dużo. Często czytając jego rady i pouczenia skierowane do Ryśka, kiwałam głową z aprobatą, całkowicie się z nim zgadzając. 


"- Chyba dzisiaj nie poćwiczę - stwierdził. (Rysiek) - Mam sprawę w sądzie.
 - Jak to sprawę? - zdziwił się Benjamin.
[...]
- No, normalnie. Spór terytorialny - wyjaśnił Rysiek i podniósł się z miejsca, strzepując okruchy na podłogę. - Teraz chciałbym zajarać. 
- Zaraz, czekaj. Terytorialny? - nie zrozumiał Benjamin. - Ty masz jakąś ziemię? Posiadłość może?
- Nie. Jeden koleś na streecie zajął raz moje miejsce, więc mu wyjebałem jego gitarą w zęby. - Machną ręką. - Dawne dzieje, ale słyszałeś już pewnie o polskich sądach. Kto wie, może stąd tyle tych herosów teraz. Łatwiej ubrać kalesony czy rajstopy starej na ryj, niż wywalczyć coś u tych zjebów w togach. Dasz mi coś czy mam dzwonić do dilera?"

Fabuła nie jest czymś nowym i zaskakującym, i taka być nie miała. Jakub Ćwiek odgrzał motyw superbohaterów i przedstawił go bardziej „po naszemu”, po polsku. Ja ze swojej strony szczerze powiem, że nie piałam z zachwytu. Nigdy nie byłam fanką komiksów, ani filmów, które na ich podstawie powstały, nic więc dziwnego, że historia nie wydaje mi się urzekająca. Aczkolwiek fani „Spidermana”, „Batmana” i im podobnych, powinni być zadowoleni… Tak mi się przynajmniej wydaje. ;)
Akcję śmiało można nazwać dynamiczną, ponieważ w „Dreszczu” nie występują jakieś nudne zawieszenia. Nawet jeśli akurat Zwierzu siedzi w domu i pije piwo, jego wypowiedzi i spostrzeżenia są na tyle ciekawe, zabawne i zadziwiające, że czytelnik nie może się nudzić. Nie nazwałabym siebie osobą pruderyjną, ale głowę daję, że Rysiek nie raz by mnie zawstydził i wywołał krwawe plamy na moich policzkach. Antagonista nie jest jeden, nasz superbohater mierzy się z różnymi przeciwnikami – mniej i bardziej potężnymi, a doniesień o kolejnych ludziach obdarzonych mocą, przybywa. Wątek holygenetyki i holytransplantologii bardzo mnie zaskoczył, i to nawet pozytywnie. Absolutnie się czegoś takiego nie spodziewałam.
Ogromną przyjemnością było czytanie książki ilustrowanej. Kieruję zamaszysty ukłon w stronę Iwo Strzeleckiego, który pięknie narysował, przedstawioną przez autora rzeczywistość i bohaterów. Ilustracje w każdym maleńkim szczególe oddawały treść.
„Dreszcz” był właśnie taki, jaki myślałam, że będzie – to samczy świat, pełen ostrego, niewyparzonego języka, mocnej, dobrej muzyki i atrakcyjnych kobiet. Jakub Ćwiek wykreował rzeczywistość, w której chciałby żyć każdy mężczyzna, niezależnie od wieku. Z pewnością i autor, jeśli by mógł, z ochotą teleportowałby się do swojej książki. ;) W czasie czytania niejeden facet pozazdrościł Ryśkowi życia rockmana!
W mojej opinii największą zaletą tej książki jest klimat i ciekawe postacie. Nie spotkamy się tutaj z wyidealizowaną rzeczywistością, raczej w drugą stronę, która przy tym jest zabarwiona dużą dawką humoru. Spędziłam z „Dreszczem” bardzo miłe chwile, zakończenie jest otwarte, wiele furtek nie zostało zamkniętych, więc w drugim tomie na pewno sporo się dzieje. Zamierzam się niebawem o tym przekonać. Wielkim plusem są zawarte w książce teksty piosenek, nie tylko AC/DC, które znam i bardzo lubię, ale także innych zespołów. Z wielką przyjemnością je sobie, nie czytałam, a wyśpiewywałam, super sprawa.
Jeżeli więc to, co opisałam Wam wyżej, sprawiło, iż pomyśleliście: „Hej, to może być fajne!”, serdecznie Was zachęcam do sięgnięcia po tę lekturę. Będziecie się przy niej świetnie bawić. 



            Autor: Jakub Ćwiek
Tytuł: Dreszcz
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 20 marca 2013
Ilość stron: 296
Ocena: 7/10
Ann