czwartek, 28 sierpnia 2014

Robin LaFevers - "Mroczny triumf"


Autor: Robin LaFevers
Tytuł: Mroczny triumf
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 25 kwietnia 2014
Ilość stron: 504
Ocena: 5/10

„I tak jak miłość ma dwa oblicza, tak samo miał je Śmierć. Ismae została stworzona, by służyć Mu jako litosna ręka, jednak mnie ukuł na inną modłę.
Każda śmierć, której była świadkiem, groza jaką przeżyłam, ukształtowały mnie w to, czym się stałam – Jego ramieniem sprawiedliwości”

Dwa tygodnie temu na blogu ukazała się moja recenzja pierwszego tomu serii „Jego nadobna zabójczyni” Robin LaFevers pt. "Posępna litość", która – mówiąc delikatnie – dupy mi nie urwała. Z niemałą niechęcią, a nawet wstrętem, złapałam „Mroczny triumf”, chcąc mieć już to za sobą. Tak jak przypuszczałam tom drugi miał ciekawszą główną bohaterkę, a raczej przeszłość tejże dziewczyny była bardziej interesująca. Niestety obie pozycje reprezentują ten sam poziom.
Sybella dorastając doznała wielu krzywd od ojca, teraz jej siłą napędową jest nienawiść do tego mężczyzny. Dziewczyna desperacko pragnie uwolnić się od widm przeszłości, które pozostawiły cień na jej duszy. Czy jej się to uda? Czy fakt, że jest córą samej Śmierci okaże się pomocny?
Czułam się zobowiązana, aby mimo wszystko napisać recenzję tej książki. Będzie ona krótka, bowiem o „Mrocznym triumfie” myślę prawie to samo, co o „Posępnej litości”. Szczerze mówiąc książki różnią się od siebie niewiele.
Sybella wydawała się być bohaterką, którą mogłabym polubić, jednak tak się nie stało. Sądziłam, że będę miała do czynienia z młodą kobietą o grubej skórze, która postawiła sobie cel i uparcie będzie dążyła, aby go osiągnąć. Tak naprawdę jest ona po prostu złamana. Wewnątrz pancerza, jakim jest jej ciało, znajduje się drżąca, rozgniewana i lekko szalona dziewczyna, która wcale nie jest tak dojrzała i doświadczona, jak się spodziewałam. Starała się niby chronić swoje przyjaciółki z zakonu, jednak ona sama jest naiwna, to ona potrzebuje ratunku – i wbrew jej słowom – przepełnia ją nadzieja.
W „Mrocznym triumfie” fabuła jest równie prosta, a wątek romantyczny o wiele bardziej banalny, nudny, a nawet mdły. Nie przepadam za romansami, okay – unikam ich, jak ognia, a czytając tę książkę miałam wrażenie, jakbym pożyczyła jakieś bzdurne romansidło od mamy, która za nimi przepada. Ciężko zliczyć ileż razy się krzywiłam, zniesmaczona przesłodzonymi scenkami i najróżniejszymi oklepanymi deklaracjami.
Autorka na ostatnich stronach książki napisała kilka słów od siebie, gdzie oznajmiła, że ten tom został poświęcony Sybelli, nie potyczce politycznej, o której zdecydowanie więcej było w „Posępnej litości”. Tak, tak właśnie jest w rzeczywistości, jednak uważam to za duży błąd.Ten zabieg sprawił, że lektura jest przenudna!
Wątek romantyczny był nudny i bez polotu, myśli i czyny bohaterki nie wywoływały emocji, bliżej jej do zlęknionej zakochanej nastolatki, niż do młodej kobiety, która miała tak ciężkie życie i chce wziąć odwet za doznane krzywdy. A Bestia? Litości! Postać kompletnie nierzeczywista. Pełna bezbrzeżnego zrozumienia, współczucia i ciepła. Okay, zrozumiałam, autorka chciała stworzyć porządnego faceta, a nie drania, jednak zdecydowanie przesadziła z tą jego świętością.
Fabuła prosta jak drut, aspekt romantyczny nudny jak śledzie, intryg politycznych tyle co kot napłakał, więc co jest interesującego w tej książce, zapytacie. Otóż jedyną ciekawą rzeczą jest przeszłość Sybelli, która z każdym rozdziałem jest nam odsłaniana. Dziewczyna przeżyła wiele strasznych i okrutnych rzeczy, o których stopniowo się dowiadujemy. Byłam autentycznie zafascynowana tym, co miało miejsce w przeszłości. Choć „zafascynowana” to może za dużo powiedziane. Zastanawiało mnie, co doprowadziło do tego, że Sybella jest tak przepełniona strachem, jak pomiędzy nią a bratem powstała tak chora i niewłaściwa relacja. W mojej głowie pojawiało się wiele różnych pytań i tylko chęć zdobycia odpowiedzi, motywowała mnie, by przeczytać tę książkę do końca. Raz nawet zostałam zaskoczona! Cóż za niespodziewane, szczęśliwe wydarzenie! Muszę wyznać, że pod koniec lektury byłam szczerze rozbawiona. Objawienie Sybelli mnie rozbiło. Z młodej gniewnej, stała się dzieckiem kwiatem. Byłam zdziwiona, że nie wrzuciła na grzbiet kolorowych ciuchów, a na przywitanie nie odpowiadała: „Peace and Love, brother!”. Coś niesamowitego, nawet w tej chwili jestem w lekkim szoku, kompletny odlot.
Tworząc tę recenzję, wzdychałam kilkanaście razy. Doprawdy nie wiedziałam, co mogę napisać. Bardzo ubolewam, że tak ciekawy pomysł, został tak zmarnowany. Nie jest on nowy, tak – to już było. Nadal jednak autorka mogła napisać porządną serię fantastyczną. Żałuję, że zrobiła z niej denne romansidło. Robin LaFevers czerpała z wydarzeń autentycznych, co wywołuje u mnie jeszcze większy smutek. Uważam za wielką stratę, tak zmarnować fajny materiał. Żadnemu wielkiemu fanowi fantastyki nie polecam „Jego nadobnej zabójczyni”, ewentualnie osobom, które z lubością zaczytują się romansami. Ja niestety – lub stety – się do nich nie zaliczam. Wielki zawód.  

Ann