czwartek, 21 sierpnia 2014

Dia Reeves - "Krwawy fiolet"






„Wyjęłam nóż z szuflady i przytknęłam go sobie do nadgarstka. […] Rozcięłam sobie rękę, od łokcia aż do nadgarstka. Ból pojawił się natychmiast, gorący jak ogień. […] Rozmazałam krew po ścianach kuchni, jak małe dziecko, które dorwało się do farbek akwarelowych. […] i znów zajęłam się ozdabianiem ścian salonu. Nie czułam się, jakbym umierała – wręcz przeciwnie. Rozcięłam też drugą rękę, żeby było szybciej. […] W końcu padłam na podłogę w salonie, dokładnie tam, gdzie zniknęła Rosalee.”

          Twardo dalej wyciągam kolejne – niektóre już dawno zapomniane – książki ze swojej biblioteczki. Losowo wybrałam „Krwawy fiolet” i do tej chwili nie jestem w stanie sobie przypomnieć skąd mam tę książkę. Kupiłam ją? Odkupiłam? Zamieniłam się na nią? Nie wiem, ale jestem bardzo rada, że trafiła ona na moją półkę. Nigdy wcześniej nie czytałam czegoś podobnego i jestem oczarowana.
          Hanna ucieka z domu ciotki, wcześniej zdzieliwszy ją w głowę wałkiem do ciasta, do matki, która porzuciła ją i jej ojca dawno temu. Dziewczyna jednak wierzy, że uda jej się rozbudzić w rodzicielce uczucia macierzyńskie, a jej choroba psychiczna stanowi największa przeszkodę. Bardzo się myli. Miasteczko zamieszkałe przez jej mamę nie przypomina żadnego innego, stanowczo odbiega od normalności. W nim szalona dziewczyna nie zrobi na nikim wrażenia. Czy jednak istnieje inne miejsce, w którym stuknięta panna poczuje się lepiej? 

„Choćbyś była samym Hannibalem Lecterem - oznajmiła, wstając z niedbałym wdziękiem - tutaj nikomu nie zaimponujesz. To ty powinnaś się bać.”


          Często na okładkach książki widnieją tajemnicze, zmysłowe zdania, które mają zainteresować czytelnika. Spotykamy się z tym m.in. w serii „Jego nadobna zabójczyni”; na pierwszym tomie jest napisane: „Po co być owcą, skoro można być wilkiem”, zaś na drugim: „Zemsta jest słodka”. Zazwyczaj jednak nie mają one nic wspólnego z treścią lektury. „Krwawy fiolet” jest wyjątkiem, bowiem naprawdę szaleństwo jeszcze nigdy nie było tak pociągające!
          Hanna jest bohaterką cudowną, skradła mi serce. Od czasu, kiedy przeczytałam „Nie jestem seryjnym mordercą” Dana Wellsa jestem zafascynowana postaciami, które przez społeczeństwo określane są jako „nienormalne”, a ona właśnie do takich należy. To dziewczyna śmiała, świadoma swojej urody i seksualności. Nie wstydzi się swojej inności, uczciwie rzuca ją bliskim osobom w twarz, wiele „przyjaciół” ją z tego powodu opuściło. Hanna jest spragniona bliskości, pożąda uczuć i ciepła, jak piętnastolatek Scarlett Johansson. Jej determinacja, aby zdobyć miłość matki, a nawet obsesja, wprawiała mnie w zdumienie, ale i w podziw. Mimo wyraźnej niechęci Rosalee do córki, Hanna nie odpuszcza i walczy, nie zważa na ostre, często okrutne słowa, które od niej słyszy. W tego typu książkach szesnastoletnie główne bohaterki to zazwyczaj niepewne siebie dziewuszki, przez nikogo niezauważane i przezroczyste, jak powietrze, Hanna taka nie jest. Nie spotkałam się jeszcze z tak pociągającą, spontaniczną, żywą i świeżą nastolatką. Potrafi podkreślić swoje atuty, ma swój styl i wyczucie. Wie, że fakt, iż rozmawia ze swoim zmarłym ojcem jest dziwny i niepokojący, ale nie ma to dla niej znaczenia. Halucynacje są jej częścią, którą ona akceptuje. Ta dziewczyna jest nieprzewidywalna i niebezpieczna, a ja znając kogoś takiego, bez zastanowienie krzyknęłabym: „Pieprzyć facetów!” i zatopiłabym się w uwielbieniu dla niej. Hanna jest hipnotyczna i urzekająca. Więcej takich bohaterek proszę!

„- Hanno – mimo apatycznego nastroju Rosalee zwróciła się do mnie z niezwykłą troską, jakbym zmieniła się we wściekłe zwierzę, którego nie chciała sprowokować – czyżbyś zabiła swoją ciotkę?

Zjadłam resztkę grzanki i oblizałam tłuszcz z palców.

- Chyba tak.”

          Cieszę się, że autorka nie wyidealizowała nastolatków XXI wieku. Młodzież to stworzenia stadne, które podążają za najsilniejszym osobnikiem, a w mieścinie, jaką jest Portero liderzy zostali bardzo jasno określeni – jeśli nie jesteś w ich łaskach, nie istniejesz. Nie poświęcono jednak pozostałym postaciom wiele uwagi, nad czym jakoś nie ubolewam. Każda ma swoje osobowości, co widać, ale Dia Reeves nie przybliża ich nam. To dzieciaki oswojone z nienormalnością ich rodzinnego miasteczka, mają specyficzne poczucie humoru, nietuzinkowy styl życia i potrafią rzucać wulgaryzmami, jak to u nastolatków bywa.
Mamy oczywiście przystojnego, ważnego chłopca, który kręci się z naszą bohaterką, ale nie stanowi on centrum akcji. Coś niesamowitego! Wyatt nie oczarował mnie tak, jak Hanna. Polubiłam tego chłopaka, był troszkę inny niż standardowi adoratorzy w tego typu historiach. Wydawało mu się, że jest niesforny i nagina zasady, ale dopiero w momencie, kiedy poznał Hannę, zrozumiał, że jego buntowniczość jest niczym przy postawie tej dziewczyny. To przy niej pierwszy raz postawił się systemowi i odważył się zignorować panujący w mieście porządek. Wyatt chwilami sprawiał wrażenie, jakby był tak samo zafascynowany Hanną, jak ja, i wcale mu się nie dziwię.


„Bóg nie może być wszędzie. Dlatego stworzył matkę”

         „Krwawy fiolet” jest książką z gatunku fantastyki, jednak ta strona powieści nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Potworki w książce kojarzyły mi się trochę z baśniami, były jednak o wiele mroczniejsze. Tytuł książki jest bardzo uzasadniony, zapewniam, że znajdziemy tam tyle samo fioletu, co i krwi, więc nawet jeśli aspekt nadnaturalny nie wcisnął mnie w fotel, jestem zadowolona, że autorka zrobiła to inaczej. Nie mamy do czynienia ze snującymi się bez celu zjawami, czy miłymi duszkami. To krwiożercze bestie, a aby je unicestwić nieraz trzeba zabić przy tym niczemu winną ofiarę. W imię większego dobra, czy dlatego, że tak jest wygodniej? Skłaniałabym się ku drugiej odpowiedzi.
        Musicie być świadomi, że nie jest to książka, która na każdym zrobi tak piorunujące wrażenie. Należę do czytelników, którzy doceniają inne poczucie humoru, można nazwać je nawet czarnym, kocham ironię, sarkazm, a dobrze wymierzoną szczyptę absurdu traktuję jak przyprawę, która może podkręcić smak. Nie wszyscy podchodzą do książek w ten sposób, a jeśli należycie do tej grupy, to „Krwawy fiolet” może Wam nie zaimponować, tak jak mi. Ja jednak – powtarzam – jestem zachwycona. Od teraz kolor fioletowy będzie mi się zawsze kojarzył z tą pozycją, mam nadzieję, że więcej książek tej autorki pojawi się na polskim rynku. Ostatnimi czasy trafiam na powieści, które rozczarowują, nudzą i wywołują niesmak, nareszcie udało mi się znaleźć coś, co przerwało tę tragiczną passę. Liczę, że mogę potraktować to, jako znak, że od teraz moje czytelnicze schadzki będą bardziej udane. 


Autor: Dia Reeves
Tytuł: Krwawy fiolet
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 16 lutego 2011
Ilość stron: 344
Ocena: 8/10