poniedziałek, 30 czerwca 2014

Carl Hiaasen - "Słodycz zemsty"

Autor: Carl Hiaasen
Tytuł: "Słodycz zemsty"
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 376
Ocena: 4/10


    Na książkę trafiłam w bibliotece. Był to owego czasu kiedy nie zamierzałam w ogóle pożyczać w niej książek, tylko oddać już kiedyś pożyczone. Ale oczywiście skończyło się na zamiarach. Zaintrygował mnie tytuł. "Słodycz zemsty" ... pomyślałam, że to kryminał, czyli z gatunku moich ulubionych. Właściwie nie wiem czemu tak pomyślałam, bo przecież przeczytałam opinie na okładce, mówiącą o Hiaasenie, że to jeden z najznakomitszych współczesnych satyrów. SATYRÓW!! Czasami mam ciemnotę w głowie i nie skojarzyłam, że satyra i kryminał nie maja ze sobą wiele wspólnego. Jednak postanowiłam, że skoro już wzięłam książkę do ręki, to ją przeczytam. 
  
   Powieść opowiada o samotnej matce, Honey Santana, która wraz ze swoim synem mieszka w ubogiej dzielnicy na Florydzie. Chwilowo jest bezrobotna, dzięki wymierzonemu ciosowi wprost w części intymne swojego szefa, Piejacka. No cóż, pewnie się mu należało.
   
   Po rozmowie z telemarketerem postanawia uwolnić świat od znieczulicy społecznej i natręctwa telefonicznych sprzedawców. W tym celu zabiera łatwowiernego i pozbawionego manier telemarketera Boyda Shreave'a oraz jego kochankę, Eugenie, na małą wycieczkę, by udzielić im lekcji dobrego wychowania.

    Nie wie jednak, że śledzi ją byłe szef, który ma jej na punkcie obsesję. Tak na marginesie, wcale się jej nie dziwię, że się tak obroniła od jego "zalotów", bo był strasznie obleśny! 
    Żeby tego było mało, podążają też za nią jej były mąż Perry i nad wiek dojrzały dwunastoletni syn Fry.
    Wszyscy lądują na małej wysepce, odciętej od świata, naruszając tym samym spokój pół krwi Indianina, Sammy'ego Tygrysioogona oraz jego nachalnej przyjaciółki, Gillian. Od tego momentu cała ta zgraja wariatów musi przetrwać parę dni na bezludnej wyspie.

   Seria niefortunnych zdarzeń, a przede wszystkim akcja i przygoda, to główne zalety tej książki. Nie należała do tych, które czytam z zapartym tchem, nie mogąc się doczekać następnego rozdziału. Irytowały mnie też literówki, których wcale nie było mało. Koniec końców powieść była ciekawa, zwłaszcza dzięki ironii i komizmowi. 

    Co się tyczy bohaterów... Myślę, że w rzeczywistości jest mało prawdopodobne, żeby taka laska, jaką była Eugenia, poleciała na takiego frajera. Boyd nie był w stanie nic jej zaoferować. Nie był bogaty ani przystojny, a namiętnością również nie grzeszył.

    Piejack to kolejny bohater, który odurzony jest vicodinem bardziej niż dr House. Aż trudno uwierzyć, że daje radę na tym pustkowiu.Ale tylko do pewnego momentu.

    Co do reszty bohaterów, to także oni są wykreowani w mało wiarygodny sposób. Ale może właśnie o to chodziło autorowi, aby wprowadzić taki nastrój komizmu.

    Jeśli mam oceniać całokształt powieści to muszę się przyznać, że istniały momenty podczas których śmiałam się na cały regulator, ale niestety były też takie, kiedy zwyczajnie się nudziłam. 
    Myślę, że warto ją przeczytać, choćby dla zabicia nudy i poznania specyficznego poczucia humoru autora. Jest to taka odskocznia od codziennego życia, w którym pełno jest poważnych sytuacji.