wtorek, 16 października 2012

Barbara Baraldi - "Scarlett"

Tytuł: Scarlett
Autorka: Barbara Baraldi
Tom: 1
Dostępny: Tom 2 - Scarlett. Pocałunek demona.
Liczna stron: 336
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Moja ocena: 2/10
Opis: Scarlett ma szesnaście lat i właśnie przeprowadziła się do Sieny. Zostawiła za sobą wakacje, swoją najlepszą przyjaciółkę i kiełkującą miłość do Matteo… W nowej szkole poznaje Umberto, który od razu okazuje jej zainteresowanie, jednak Scarlett odkrywa, że jej koleżanka z ławki Caterina jest w nim skrycie zakochana. Co wybrać: miłość czy przyjaźń? Odpowiedź przychodzi sama podczas szkolnego koncertu, kiedy na scenę wchodzi chłopak o oczach jasnych jak lód i ich wzrok spotyka się w tłumie. Mikael, basista zespołu Dead Stones, pojawia się przy niej w najbardziej niespodziewanych momentach, by za chwilę zniknąć, a Scarlett nie potrafi oprzeć się jego magnetycznemu spojrzeniu.
Jednak Mikael jest zbyt piękny i zbyt niezwykły, by mógł być prawdziwy: tylko Umberto zdaje się znać jego sekret, lecz nie udaje mu się ostrzec Scarlett…
Niedługo potem w szkole ma miejsce niewyjaśnione morderstwo, a Scarlett pada ofiarą przerażającego ducha o płonących oczach.
Kim naprawdę jest Mikael? Jej aniołem stróżem czy prześladującym ją demonem?


Na wstępie pragnę zaznaczyć, że moja opinia jest jedną z nielicznych, która nie zachęca do kupna tej książki, wręcz przeciwnie, więc jeśli zastanawiacie się nad kupnem to lepiej zapoznajcie się z innymi recenzjami i dopiero wtedy podejmijcie decyzje. Nie chciałabym, żebyście przez moją złą ocenę stracili szansę na przeczytanie tej książki, gdyż możecie być jednymi z tych, którym się ona spodoba. Dziękuję.

Dlaczego kupiłam tę książkę? Działały na to trzy przyczyny. Pierwszą  były zapewnienia znajomej, że mi się ona spodoba, gdyż według niej, jest to wspaniała lektura. Do drugiej można zaliczyć wiele, naprawdę wiele dobrych opinii na temat tej powieści, które mogłam przeczytać niejednokrotnie na wielu stronach.A trzecią była przecena w księgarni. Tak właśnie obydwie książki pani Barbary trafiły na moją półkę i zapewniam, że długo na niej nie postoją gdyż mam zamiar się ich pozbyć.

Okładka jest przeciętna, choć nie powiem - ten księżyc ma w sobie jakąś moc. Napisy na niej są ciekawe i zapewne zachęcają do przeczytania. Opis nie jest tragiczny, choć też nie ma w nim nic oryginalnego, ale akurat w dzisiejszych czasach trudno o to. Muszę przyznać, że okładka drugiej części mimo wszystko jakoś bardziej mi się podobała. Niestety estetyka w powieściach to nie wszystko. Bardziej liczy się treść... więc skoro mowa o tym...

Gdy sięgałam po tę książkę byłam nastawiona do niej bardzo pozytywnie i optymistycznie więc jaka była moja wściekłość kiedy spotkałam zupełnie co innego. Od tamtego czasu niemal do wszystkiego podchodzę z dystansem. O autorce, z tyłu książki piszą, iż jest ona "najwyższą autorką nowego nurtu włoskiej powieści gotyckiej", więc te słowa każą mi się zastanawiać jaki poziom we Włoszech mają książki oraz jakie gnioty tam czytają. Niemalże im współczuję.

Nie wiem co zraziło mnie do tej lektury. Na pewno nie czas teraźniejszy bo przecież niejednokrotnie czytałam "Ognistą" i "Niewidzialną" oraz są one jednymi z moich ulubionych, więc do tego nie mam jakichś specjalnych zarzutów. Chyba najbardziej irytowało mnie to, że główna bohaterka - Scarlett zachowywała się jak dziecko. I tu po raz kolejny się zastanawiam jaka młodzież jest we Włoszech? Czy tylko pani Barbaldi tak sobie wymyśliła swoją postać czy też kreowała ją na czyjeś podobieństwo?

Mam wrażenie, że jedyne co łączy mnie z bohaterką to miłość do książek oraz umiłowanie gwiazd i nocnego nieba. Scarlett jest tak denerwującą postacią, że nieraz miałam ochotę po prostu podrzeć tę powieść i wyrzucić ją przez okno, jednak powstrzymywała mnie myśl, że mogę ją komuś odsprzedać, a za te pieniądze kupić coś lepszego.Oprócz tego, główna bohaterka ma tak beznadziejne, wręcz banalne problemy, że nic tylko załamać ręce i płakać nad jej głupotą.  Już nie wspominając o tym, że wyżej wymieniona, lamentuje kiedy "podłe, wstrętne dziewuchy" zabierają jej ulubioną piłeczkę i nie chcą oddać. Och no i jak tu żyć bez zabaweczki? Przepraszam za sarkazm, ale naprawdę jestem w podłym nastroju.

W każdym razie... bohaterowie są płytcy jak talerze, ich wypowiedzi są pełne sztuczności, a opisy autorki? Tragedia. Co mnie za przeproszeniem, obchodzi, że dziewczyna po raz kolejny ubiera swoją ulubioną bluzeczkę, którą, nawiasem mówiąc, można by sprzedać w sklepie dla dzieci? Fabuła to czysta okrutność ze strony autorki. Wszystko słodkie, piękne i proste. Aż wieje tym szczęściem.

Oczywiście nie może zabraknąć idealnego chłopaka, który nie interesował się żadną dziewczyną dopóki nie spotkał  JEJ. Przyznam, że Michael jest w pewien sposób intrygujący, tak samo Vincent i jego dziewczyna, ale nie oczarowali mnie na tyle aby moja ocena wynosiła więcej niż obecna.

Jeśli jesteśmy już przy tej książce to nie będę opisywać akcji, tak jak to zwykle robię przy recenzowaniu bo po prostu mi się nie chce. Jak myślę, że mam wrócić do wspominania tej powieści to mi się niedobrze robi. Aczkolwiek jeśli miałabym oceniać część drugą dałabym 3/10 gdyż była już troszkę lepsza, ale i tak mnie zawiodła i rozczarowała.

Dwa słowa: Nie polecam.

Przepraszam fanów tejże powieści, że tak ostro skrytykowałam ich ulubioną książkę, ale najwyraźniej nie jest ona dla mnie. Nie mój typ. Nie mój gatunek. :)

Pozdrawiam.
Sherry.

2/10